Brexit – analiza skutków ekonomicznych i społecznych
Michał Fitz przedstawia dane dotyczące PKB, PKB per capita, handlu, inwestycji, zatrudnienia i produktywności. Według Goldman Sachs brytyjski PKB mógłby być o 6% wyższy bez Brexitu, a Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych wylicza, że przeciętny obywatel jest biedniejszy o ok. 3500 funtów rocznie. Analiza opiera się na raportach instytucji takich jak Goldman Sachs, Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych oraz Centre for European Reform.
Sectorowo największe spadki eksportu dotyczą turystyki (−39%), rolnictwa (−29%), usług finansowych i chemicznej. Najbardziej ucierpiały małe firmy, podczas gdy duże korporacje nie wykazały statystycznie istotnego spadku handlu.
W zakresie migracji po Brexicie napływ z Europy Wschodniej zmalał, ale wzrosła imigracja z Indii, Nigerii, Chin, Pakistanu i Ukrainy, często związana z wizami studenckimi i opiekunami. Imigracja netto osiągnęła szczyt 944 000 osób w 2023 r., spadając do 171 000 w 2025 r., jednak struktura pochodzenia uległa istotnej zmianie, co utrudnia asymilację.
Omówiono także scenariusze powrotu do Unii: unia celna (+0,5 % PKB), jednolity rynek (+3 % PKB) oraz pełna reintegracja (odrobienie większości strat PKB). Każdy wiąże się z kosztami politycznymi i gospodarczymi.
- Źródła: Goldman Sachs, Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych, CER, London School of Economics, UK in Changing Europe.
- Dane obejmują lata 2016‑2025.
- Film nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Brexit narobił więcej szkód niż pożytku. To nie są słowa jakiegoś internetowego frustrata. Tak wprost o decyzji większości Brytyjczyków sprzed tylko dekady mówi ich nowy premier Andy Barnam. Nie wierzycie? Posłuchajcie sami. I na krytyce tego pomysłu absolutnie nie kończy. stawia kluczowe pytanie. Co z tym zrobimy? Sam dalej mówi o kilku opcjach, z czego ta najbardziej zdecydowana to całkowity powrót do wspólnoty, czyli de facto cofnięcie Brexitu. To już nie jest wątek z gatunku political fiction, a zupełnie realna możliwość. W ciągu najbliższej dekady Brytyjczycy znów mogą stać się częścią Unii Europejskiej, tak naprawdę wytrącając najsilniejszy argument z rąk wszystkich tych, którzy w innych krajach zachęcają do wyjścia z Unii. W dzisiejszym materiale pochylimy się nad tym pomysłem. Jakie faktycznie są na to szanse? Co dziś sądzi o tym pomyśle społeczeństwo, które przecież raptem dekadę temu w większości opowiedziało się za opuszczeniem wspólnoty? No i przede wszystkim weźmiemy pod lupę główny cytat premiera Barnama. Czy Brexit faktycznie zaszkodził? Jeśli tak, to w jaki sposób dokładnie? Czy gospodarka Wielkiej Brytanii naprawdę straciła na tym przedsięwzięciu? A jeżeli tak, to ile? Spróbujemy to sobie policzyć, by przekonać się, czy życie poza Unią rzeczywiście jest bardziej opłacalne, tak jak sugeruje to wielu polityków. Przeanalizujemy też problem migracji, na który tak narzekali Brytyjczycy przed wyjściem ze wspólnoty. Czy Brexit faktycznie go rozwiązał? A może jednak tylko go skomplikował? Jeśli więc chcesz dowiedzieć się więcej o niewykluczone, że największej pomyłce politycznej XX wieku, którą na dodatek wielu chce powtórzyć, to zostań ze mną do końca materiału. Zapraszam na film. Sponsorem odcinka jest CMC Markets, globalny dostawca usług transakcyjnych i inwestycyjnych wiodący broker kontraktów na różnic, ofarujący 0% prowizji na CFD na akcje i ETFY z giełd w Polsce, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej z wyłączeniem Grecji. >> Ja nazywam się Michał Fit, a ty oglądasz FX Mac, kanał, na którym tłumaczymy świat finansów już od 2016 roku. Jeśli chcesz być na bieżąco ze sprawdzonymi informacjami, które dotyczą twojego portfela, to nie zapomnij zostawić nam suba. Żeby lepiej zrozumieć, czemu teraz Brytyjczycy narzekają na Brexit, przypomnijmy sobie jego genezę. Krótka lekcja historii współczesnej. Nastroje eurosceptyczne narastały na wyspach już w drugiej dekadzie tego wieku. W styczniu 2013 roku ówczesny premier Wielkiej Brytanii David Cameron obiecuje przeprowadzenie referendum w sprawie wyjścia z Unii, by zaspokoić potrzeby rosnącej grupy przeciwników wspólnoty. To też dobry moment, by poświęcić kilka zdań temu, dlaczego w ogóle tak duża część Brytyjczyków chciała opuścić Unię. Separatyści narzekali na imigrację, która po rozszerzeniu Unii w 2004 roku między innymi o Polskę znacząco się nasiliła. Narzekano, że obywatele ze wschodniej Europy przyjeżdżają na wyspy i zabierają miejscowym pracę. Dodatkowo punktowano kryzys strefy euro i fakt, że Wielka Brytania więcej do Unii wkłada niż z niej wyjmuje. Przede wszystkim jednak Brexit promowano hasłem odzyskajmy kontrolę. Chodziło o suwerenność, którą zdaniem separatystów Wielka Brytania po prostu utraciła. Twierdzili oni, że Brytyjczycy nie kontrolują już własnej gospodarki, granic ani finansów. Motywowano obywateli, że dzięki Brexitowi ci wreszcie będą panami we własnym domu. Taka narracja ewidentnie chwyciła. Brytyjczycy musieli jednak poczekać kolejne trzy lata, by do referendum doszło. Przeprowadzono je 23 czerwca 2016 roku. Tuż przed nim sondażownie były zgodne, że wynik będzie bliski, ale spodziewano się, że jednak delikatna większość opowie się za pozostaniem w Unii. Pomyliły się. Okazało się bowiem dokładnie odwrotnie. 51,9% Brytyjczyków głosowało w referendum za wyjściem z Unii. To około 17,5 miliona obywateli. Frekwencja w referendum wyniosła imponujące 72%. Zanim jednak Brexit zostanie formalnie dopełniony, mijają kolejne 4 lata. A w międzyczasie do dymisji podaje się dwójka szefów rządu. Najpierw Cameron, a później Teresa May. Żadne z nich nie potrafiło dogadać ostatecznej wersji umowy wyjścia ze wspólnoty. Dopiero Boris Johnson, który swoją drogą wygrał wybory na haśle Get Brexit Done, czyli dokończmy Brexit, dopełnia formalności i 31 stycznia 2020 roku Wielka Brytania oficjalnie wychodzi z Unii. Co ciekawe, już wtedy sondaże wskazują, że za wyjściem jest już tylko 47% obywateli, ale jest już za późno, żeby się wycofać. Słowo się rzekło. Kości zostały rzucone, a Rubikon przekroczony. Minęły lata i okazuje się, że Brytyjczycy chcą jednak zrobić krok w tył przez tę rzekę, pozbierać te rozrzucone kości i odszczekać to, co mówili wcześniej, a przynajmniej wskazuje na to przekaz rządzącej obecnej Parti pracy. Szczególnie głośno zrobiło się o tym przed kilkoma dniami po wystąpieniu obecnego premiera Andiego Barnama na konferencji partyjnej w Liverpoolu. Fragment wypowiedzi z tego wydarzenia widziałeś już na początku. Bernam jest pierwszym premierem od czasu Brexitu, który publicznie mówi o możliwości powrotu do Unii i nie rzuca tylko pustym hasłem, że jest gorzej, ale wymienia wprost, co jego zdaniem popsuło się w Wielkiej Brytanii od czasu wyjścia z Unii. Mówi o dekadzie powolnego wzrostu gospodarczego, a także o utracie kontroli nad migracją do kraju. To paradoksalne, bo przecież Brexit miał te kwestie naprawić, a tymczasem możliwe, że nawet ją pogorszył. W dalszej części materiału dokładnie omówię jak do tego doszło. Kolejnego dnia w BBC Radio powielał ten przekaz. mówił o czterech konkretnych rozwiązaniach obecnej sytuacji, z czego jedną jest po prostu brak zmian. Trzy kolejne jeszcze sobie dziś omówimy, ale wszystko w swoim czasie. Bernam uważa, że aż 60% Brytyjczyków zgadza się ze stwierdzeniem, że Brexit przysporzył więcej szkody niż pożytku. Wiadomo, politycy lubią sobie rzucać procentami, tym bardziej jeśli zależy im na tym, by kogoś do czegoś przekonać. Sprawdźmy więc, jak faktycznie wyglądają sondaże dotyczące tego tematu. Okazuje się, że w tym wypadku premier niczego nie naciągnął. Na przykład czerwcowy sondażof pokazał, że 61% Brytyjczyków zgadza się ze stwierdzeniem, że Brexit to porażka. Tylko 30% ankietowanych uważa, że była to słuszna decyzja. Według UK in Changing Europe od końca 2022 roku istnieje stała większość za powrotem do Unii. Średnio w tegorocznych sondażach 60% respondentów opowiada się za powrotem. Szczególnie młodsi woleliby się zjednoczyć z Unią. Wśród ankietowanych z przedziału wiekowego 1824 aż 67% chce powrotu do wspólnoty i tylko 13% z nich wyraźnie wskazuje, że zagłosowałoby za pozostaniem poza Unią. Co także istotne, sondaż JUGO pokazał też, że część separatystów przyznaje się do błędu. 23% z tych, którzy głosowali wcześniej za wyjściem z Unii, dziś uważa, że była to zła decyzja. Sondaż ECFR z maja tego roku dokładnie wskazuje, co konkretnie pogorszyło się według Brytyjczyków od momentu wyjścia z Unii. Najwięcej, bo 66% wskazań padło na koszty życia. Tuż za nimi, z wynikiem 65% jest słabsza gospodarka. 57% respondentów wskazało na mniejsze szanse dla młodych, a 56% na problemy z migracją. Jak widać Bernam ma rację, że większość Brytyjczyków chce powrotu do Unii. I głośno sugeruje to nie tylko premier, ale także inne istotne dla brytyjskiej polityki postaci. Na przykład były szef rządu Tony Blair, który wprost wezwał rządzących do przyłączenia się do Unii w ciągu maksymalnie dekady. Nawet niedawno odwołany premier Kir Stamer mówił, że Brexit wyrządził głębokie szkody. Żeby tego było mało, niedawno członkowie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii, czyli Walia, Szkocja i Irlandia Północna podpisały porozumienie o wspólnym dążeniu do niepodległości. Jednym z powodów tego zdecydowanego działania jest właśnie fakt, że wszystkie trzy autonomie chciałyby znów być częścią Unii. Na zapowiedzi obecnego premiera odpowiedzieli też już członkowie wspólnoty. Emanuel Macron nazwał to doskonałą wiadomością, a premier Hiszpanii Pedro Sanchez powiedział, że wspólnota przyjmie Wielką Brytanię z otwartymi ramionami. Chętne są więc obie strony. No dobrze, ale to tylko słowa i opinie. Jakie są konkrety? Co namacalnego wskazuje na to, że Brexit faktycznie wyrządził więcej szkód niż pożytku? Wiemy już, że Brytyjczycy uważają, że przez wyjście z Unii koszty życia urosły, gospodarka osłabła, a problem z imigracją nie zniknął, tylko ewoluował. Teraz sprawdźmy, czy widać to w liczbach. Goldman Zachs w czerwcu tego roku opublikował raport, w którym wyliczył na podstawie tak zwanej metody sobowtura o ile większa byłaby brytyjska gospodarka, gdyby do Brexitu nie doszło. Pokazałem to na tym wykresie. Szacunki banku pokazują, że PKB Wielkiej Brytanii za 2025 rok byłoby o 180 miliardów funtów większe, czyli o jakieś 6% wyższe, gdyby do Brexitu nie doszło. Ale to całe PKB to jest taki nieprzyziemny wskaźnik. Trudno pojedynczemu obywatelowi się do niego odnieść. I to prawda. Dlatego Narodowe Biuro Badań Ekonomicznych, taka apolityczna amerykańska organizacja policzyła, jak prezentowałoby się PKB per Capita w Wielkiej Brytanii, gdyby pozostała w Unii. Zerknijmy na wykres, bo ten dużo bardziej daje do myślenia. Okazuje się, że statystyczny Brytyjczyk jest biedniejszy o około 3500 funtów rocznie. To mniej więcej tak, jakby odebrano mu równowartość jednej miesięcznej pensji, choć oczywiście PKB per capita i średni dochód to nie to samo. Tu nieco upraszczam. Raport tego samego biura pokazuje także, że przez Brexit o 12 do 18% spadły inwestycje, o 3 do 4% spadło zatrudnienie, a produktywność o też 3 do4%. Te spadki w dużej mierze spowodowane są problemami handlowymi, do których doprowadził Brexit. Pogorszenie się handlu to zresztą najlepiej udokumentowany skutek tego przedsięwzięcia, więc od razu rzućmy okiem na szacunki. konkretnie raport fing tanku CER z czerwca tego roku. Ten pokazuje, że brytyjski eksport do krajów Unii jest o 12% niższy niż byłby bez Brexitu. Import jest za to o 16% niższy. Brytyjczycy opowiadający się za odejściem z Unii liczyli, że handel zostanie po prostu przekierowany do innych krajów i te różnice w końcu się wyrównają dzięki innym partnerom handlowym. Raport CER sugeruje, że tak się nie stało. Wskazuje, że łączny handel z resztą świata zmienił się o mniej niż 1%. Innymi słowy, Wielka Brytania nie znalazła rekompensaty dla korzystnego handlu, który prowadziła z krajami Unii, gdy była jej częścią. A które branże ucierpiały najbardziej? Na tym wykresie zagregowałem konkretne sektorowe wyniki z tego raportu, by właśnie to pokazać. Okazuje się, że najbardziej po tyłku dostała turystyka, konkretnie eksport usług z tej branży do Unii. Ten spadł o aż 39%. Kłopoty dotknęły też rolników. Eksport towarów rolnospożywczych spadł o 29%. Wyraźnie osłabił się też eksport usług finansowych oraz chemii i usług transportowych. Jak widać na wykresie, tak naprawdę jedynym wygranym jest sektor związany z usługami prawnymi i księgowymi. Co gorsza dane pokazują, że Brexit nie uderzył w wielkie koncerny. Najbardziej pod względem handlu ucierpiały małe firmy, czego dopatrzył się zespół badaczy z London School of Economics. Przeglądając dane, okazało się, że firmy klasyfikowane jako małe sprzedają do Unii o 30% mniej towarów niż wcześniej. średnie o 15% mniej, a w przypadku gigantów nie stwierdzono statystycznie istotnego spadku. Ten handel oczywiście gwarantowałby wpływy także do budżetu państwa. A że go zabrakło, kapitał trzeba było wziąć z innego miejsca. Jak to zwykle w takich wypadkach bywa, bierze się go z kieszeni obywateli poprzez nowe podatki. Wartość podwyżek podatków z lat 2019-2024 oszacowano na około 100 miliardów funtów. Jak wynika z wyliczeń CER, około 40 miliardów z nich, czyli blisko połowa, to bezpośrednia konsekwencja łatania dziur po Brexicie. Pozostałe to kwestia covidu, cen energii i innych przyczyn. Pod lupę weźmy teraz najbardziej przyziemną, a jednocześnie najbardziej drażniącą Brytyjczyków kwestie, czyli koszty życia. Tę sprawę również dobrze przeanalizowali fachowcy z London School of Economics. I co się okazało, że w ciągu dwóch lat do końca 2021 roku statystyczne gospodarstwo domowe wydawało przez Brexit 210 funtów więcej na jedzenie. Do 2023 roku było to już o 250 funtów więcej niż 4 lata wcześniej. Koszty życia najbiedniejszych gospodarstw domowych wzrosły o 1,1%, a tych najbogatszych o 7%. To kolejny dowód na to, że Brexit uderzył przede wszystkim w tych maluczkich. Pewnie część Brytyjczyków musiała przez to zrezygnować z niektórych produktów. No niewykluczone, że na przykład z kawy, ale ty nie musisz, bo nasz partner, polska palarnia kawy Cafe Delmondo, ma świetną i przystępną ofertę, w której znajdziesz chociażby te odmiany Ram i Palermo. A jeśli użyjesz kodu FX Mac, to pierwsze 30 dni dzierżawy sprzętu będą darmowe. Idealna opcja dla firm już od jednej złotówki. Link znajdziesz w opisie. Myślę, że dość mamy już danych i przykładów z gospodarki oraz handlu. Teraz zajmijmy się inną przyziemną palącą kwestią. Tą, która jest podawana przez sceptyków Unii z innych krajów jako jeden z głównych argumentów za odłączeniem od wspólnoty, czyli imigracją. Brytyjczycy też byli z niej niezadowoleni. Też uważali, że przez Unię ich kraj zalewają przybysze, którzy nie do końca potrafią się asymilować. Brexit miał ten problem rozwiązać, a jak się stało naprawdę? Niekoniecznie zmienił się sam napływ migrantów, za to zmienił się wyraźnie jego kierunek. Faktycznie Brytyjczykom udało się ograniczyć napływ mieszkańców biedniejszych krajów Unii Europejskiej. Od 2022 roku migracja netto obywateli Unii jest ujemna. W 2025 roku wyjechało z niej o 42 000 więcej osób niż do niej przyjechało. Wyraźną część tego grona stanowią Polacy. W ubiegłym roku do Wielkiej Brytanii emigrowało 6000 naszych rodaków. Za to wyjechało stamtąd ponad trzy razy tyle, 19 000. Tu warto dodać, że sprawę tak zwanego masowego eksodusu Polaków z UK, którą niektórzy nagłaśniali, zajęła się jakiś czas temu agencja fakt checkingowa D Magogok. W skrócie analiza wykazała, że odpływ Polaków z UK ma miejsce, ale nie ma charakteru masowego z uwagi na to, jak dużo Polaków tam jest. Ostatnie spisy powszechne wykazują nawet 900 000 naszych rodaków, więc odpływ nawet około 20 000 rocznie to stosunkowo niewielki spadek populacji. Kurek z Polakami, Bułgarami, Rumunami udało się więc Brytyjczykom nieco przykręcić. Dzięki Brexitowi, ale jednocześnie odkręcił się ten, którym przybywali mieszkańcy z innych części świata. Jak wynika z danych Brytyjskiego Urzędu Statystycznego, imigracja netto osiągnęła szczyt w 2023 roku i wyniosła 944 000 osób. Oznacza to, że do kraju wjechało niemal o milion więcej osób niż z niego wyjechało. Tu warto jednak oddać Brytyjczykom, że ten stosunek w ostatnich latach udało się zmniejszyć. W 2025 roku imigracja netto wynosiła już tylko 171 000 osób na plus. Niemniej po Brexicie do Wielkiej Brytanii przyjechała cała masa ludzi i nie byli to całkiem bliscy pod względem kultury mieszkańcy Europy Wschodniej, tak jak wcześniej, a obywatele z krajów Azji Południowej, Wschodniej i Afryki subsaharyjskiej, czyli państw odległych kulturowo i obyczajowo. W latach 2021-2025 najwięcej imigrantów przyjechało z tych pięciu krajów, z Indii, Nigerii, Chin, Pakistanu i Ukrainy, która jest bezpośrednią konsekwencją wojny. Gdyby Putin nie najechał Ukrainy, w tym miejscu prawdopodobnie znalazłyby się Ghana, Sri Lanka czy Bangladesz, które są na kolejnych miejscach rankingu. Indie akurat nie dziwią i nie wynikają z Brexitu. w końcu długo były perłą w koronie Imperium Brytyjskiego i od 2005 roku nieprzerwanie są liderem, jeśli chodzi o napływ ludności do Wielkiej Brytanii, ale jeśli chodzi o proporcjonalny wzrost napływu, nie są już liderem. Jonathan Porz z Kings College London pisze, że Nigeria, Pakistan, Bangladesz i Zimbabwe zanotowały w ostatnich latach proporcjonalnie większy wzrost niż Indie. W dużej mierze jest to zasługa polityki WIS dla rodzin studentów. Jak wynika z obserwacji organizacji Migrtation Watch UK, udział członków rodzin studentów we wszystkich wizach studenckich jeszcze w 2019 roku tuż przed Brexitem wynosił raptem 6%. W 2022 roku było to już 22%. Skrajnym przypadkiem jest tutaj Nigeria. Proszę sobie wyobrazić, że w 2019 roku na wizach studenckich na wyspach przebywało nieco mniej niż pół00 członków rodzin studentów. Raptem 4 lata później ta liczba była już 42 razy większa, przekroczyła 60 000. A tu mówimy tylko o samych krewnych studentów. Samych uczniów też się namnożyło, co pokazałem na tym wykresie na podstawie danych brytyjskiego rządu. Tu ważna uwaga. Wykres pokazuje przede wszystkim krotność wzrostu, a nie bezwzględną liczbę studentów. Ta jest napisana mniejszą czcionką po prawej. Właśnie dlatego na samej górze jest Sri Lanka, bo w jej przypadku liczba WIS studenckich zaliczyła największy, ponad ośmiokrotny wzrost. Ale ogólnie rzecz biorąc tych WISI wciąż jest niewiele, prawie 6000, 10 razy mniej niż WI dla Nigeryjczyków, których liczba w trzy lata też wyraźnie wzrosła, ponad siedmiokrotnie. Warto zwrócić uwagę na Chiny. Pod względem ogólnej liczby WIS dla studentów są w absolutnej czołówce. Mowa o ponad 100 000, ale od Brexitu ich liczba jednak spadła. A to tylko wizy dotyczące studentów i ich rodzin. W latach 2021-2025 za 62% WIS dla pracowników ochrony zdrowia i opieki odpowiadali obywatele Indii, Nigerii oraz Zimbabwe. Do 2022 roku opiekunowie w ogóle nie mogli dostać wizy pracowniczej. Gdy rząd to zmienił, napływ wystrzelił. Tylko w 2023 roku wizyt dla opiekunów dostało ponad 15 000 obywateli Zimbabwe. Na tym nie koniec, bo pod uwagę musimy wziąć jeszcze azylantów. W roku do czerwca 2025 urzędy odnotowały rekordową liczbę wniosków o azyl. Wpłynęło ich 111 000. 10% z nich to Pakistańczycy. Znacznie więcej wniosków o azyl zaczęło napływać z biednych trawionych przez wojny domowe krajów Afryki. W 2025 roku wniosków od obywateli Somalii było o 255% więcej niż rok wcześniej. W przypadku Erytrejczyków mowa o wzroście o 93%, a w przypadku Sudańczyków o 25%. Takie są właśnie konsekwencje zmiany polityki migracyjnej po Brexicie. Imigranci wciąż napływają, tylko że zamiast z Europy Wschodniej, to z Afryki subsaharyjskiej czy Azji Południowej. Często z krajów trawionych przez biedę oraz wojny, gdzie na dodatek panuje znacząco odmienna kultura, często też religia, co naturalnie utrudnia asymilację. Mało tego, wcześniejsza struktura migracji raczej wspierała gospodarkę. Przed Brexitem Wielka Brytania przyjmowała głównie młodych ludzi z Europy, którzy przyjeżdżali sami i od razu przyjeżdżali do pracy i to było dla budżetu korzystne. Po Brexicie system otworzył szerzej drzwi dla studentów i opiekunów z rodzinami, a to według rządowych doradców z Komitetu Doradztwa do spraw migracji jest dla budżetu stratą. To oczywiście nie znaczy, że to samo wydarzyłoby się w hipotetycznym przypadku, w którym inny kraj wychodzi z Unii. Wszystko zależy od tego, jak rządzący poprowadziliby politykę migracyjną. Ten przypadek pokazuje jednak, że samo wyjście z Unii problemu migracji nie rozwiązuje, a wręcz może go skomplikować. Wróćmy więc do pytania, które postawił Bernam. Co z tym zrobić? Przypomnę, premier wymienił cztery drogi. Pierwsza to zostawić wszystko tak jak jest. Ale skoro większość Brytyjczyków uważa Brexit za porażkę, to opcję możemy odłożyć na bok. Pozostałe trzy najlepiej wyobrazić sobie jako schody. Każdy kolejny stopień daje więcej korzyści, ale też więcej kosztuje. Pierwszy stopień to unia celna, którą proponuje między innymi były konserwatywny minister finansów George Osborn. Wielka Brytania i Unia stosowałyby te same cła wobec reszty świata, a między sobą handlowałyby bez dowodzenia skąd pochodzi towar. Brzmi dobrze, ale jest haczyk. Pamiętacie raport CER? Ten sam fingtank policzył, że wyjście z uni strat w eksporcie. Cała reszta to skutek wyjścia z jednolitego rynku, czyli różnych norm, certyfikatów i kontroli. Według UK in Changing Europe Unia celna dałaby w długim terminie około pół% PKB, a Brexit zabrał, przypomnijmy, około 6%. Do tego Londynciłby własną politykę handlową. Gdyby Bruksela nałożyła cła na Chiny, Brytyjczycy musieliby zrobić to samo. To raczej plaster, nie lekarstwo. Drugi stopień to powrót do jednolitego rynku, za czym opowiadają się liberalni demokraci. Tu zysk szacuje się już na około 3% PKB, ale i cena jest wysoka. Unia od lat powtarza, nie ma wybierania rodzynków z ciasta. Kto chce jednolitego rynku, musi przyjąć swobodny przepływ osób, płacić do unijnych funduszy i stosować unijne przepisy. I tu pojawia się paradoks. Wielka Brytania przyjmowałaby te reguły nie mając żadnego wpływu na ich treść, tak jak dziś Norwegia. Brytyjczycy oddaliby więc jeszcze więcej kontroli niż przed Brexitem, choć w 2016 roku chodziło właśnie o jej odzyskanie. Dlatego coraz więcej ekspertów mówi, skoro i tak płacić i otwierać granicę, to lepiej już pójść na całość. To trzeci i ostatni stopień, o którym mówi Bernam, czyli pełny powrót do Unii. Tylko wtedy Brytyjczycy znów mieliby realny głos przy stanowieniu unijnego prawa, a ekonomiści szacują, że z czasem dałoby się odrobić większość strat PKB. Tyle że nie byłby to powrót na stare warunki. Wielka Brytania musiałaby przejść pełną procedurę akcesyjną, a zgodzić się musiałyby wszystkie 27 państw oraz Parlament Europejski. Co ważne, przepadłyby też dawne przywileje. Najcenniejszym był rabat budżetowy, który w 2014 roku obniżał brytyjską składkę o ponad 6 miliardów euro, czyli o 35%. Polski minister spraw zagranicznych mówił wprost, że Warszawa poprze powrót Brytyjczyków, ale nie dostaną tak dobrej umowy jak wcześniej. Formalnie musieliby też zobowiązać się do przyjęcia euro. No choć jak pokazuje przykład Polski, która ma ten obowiązek od 2004 roku, można z tym czekać i czekać. I tu dochodzimy do sedna. Pamiętacie sondaż, w którym około 60% Brytyjczyków chciało powrotu? Gdy ankieterzy dodali, że oznaczałoby to utratę dawnych przywilejów, poparcie spadło do już tylko 35%, a przeciwników było już 43%. Po drugiej stronie kanału jest podobnie. Powrót Brytyjczyków popiera 58% Francuzów i 63% Niemców, ale bez rezygnacji ze stałych przywilejów już tylko 36% i 39%. Kiedy to wszystko mogłoby się wydarzyć? No na pewno nie jutro. Rząd Barnama wciąż wiąże manifest wyborczy z 2024 roku, który wyklucza unię celną, jednolity rynek i swobodny przepływ osób. Na szczycie z Unią, który ma odbyć się prawdopodobnie w listopadzie, premier ma dopiero przedstawić te opcje. Formalne kroki będą możliwe po kolejnych wyborach, najpóźniej w połowie 2029 roku, a sama akcesja trwa zwykle około dekady. Realnie Brytyjczycy mogliby wrócić najwcześniej w latach 30. XX wieku. Jest też jeszcze jedno ryzyko. W sondażach łeb w łeb z partią pracy idzie Reform UK, Nigela Farada, jednego z ojców Brexitu, który razem z konserwatystami zapowiada zerwanie nowych umów z Unią. Bruksela to widzi i zadaje Londynowi proste pytanie. Skąd mamy wiedzieć, że następny rząd tego nie odkręci? Brytyjczycy potrzebowali niecałych czterech lat, żeby z Unii wyjść. Powrót, jeśli w ogóle nastąpi, potrwa znacznie dłużej i odbędzie się na gorszych warunkach. To chyba najważniejsza lekcja dla tych, którzy w innych krajach, również w Polsce, stawiają Wielką Brytanię za wzór. Z Unii wyjść jest łatwo, wrócić jest dużo trudniej i to na uwadze powinni mieć wszyscy inni eurosceptycy. Jeśli jednak jesteś jednym z nich i mimo opisanego przypadku Wielkiej Brytanii uważasz, że wyjście z Unii to dobry pomysł, to napisz o tym w komentarzu. Chętnie poznam twoją perspektywę. A jeśli odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.
