WYBORY W USA. To dlatego są takie ważne! Analizujemy wybory połówkowe w Stanach [Analiza wyborów połówkowych USA]

Wybory połówkowe w USA – co warto wiedzieć

W materiale Michał Fitz szczegółowo omawia mechanizm wyborów połówkowych (midterms) w Stanach Zjednoczonych, wyjaśniając, na czym polega odnawianie całej Izby Reprezentantów oraz jednej trzeciej Senatu. Prezentuje historyczne tendencyjne tzw. „połówkową klątwę”, pokazując, że od 1934 roku partia urzędującego prezydenta traciła mandat w ponad 90 % przypadków, głównie w Izbie Reprezentantów. Na podstawie najnowszych sondaży i prognoz konsensusowych wskazuje, że demokraci mają ponad 80 % szans na przejęcie Izby Reprezentantów, natomiast w Senacie sytuacja jest bardziej wyrównana – prawdopodobieństwo wygranej wynosi około 51 %.

Omówione są również najważniejsze kwestie kampanii: wysokie ceny paliwa, aferę związaną z Jeffreyem Epstinem, kwestie opieki zdrowotnej oraz politykę migracyjną. Autor wskazuje, jak te czynniki wpływają na decyzje wyborców i jak mogą przełożyć się na resultados głosowania. Przedstawia możliwe scenariusze po wyborach – od przejęcia jedynie Izby Reprezentantów przez Demokratów, przez podział władzy, aż po hipotetyczne przejęcie obu izb, analizując, jakie narzędzia legislacyjne (komisje, impeachment, blokada nominacji) będą dostępne każdej stronie.

Materiał jest obiektywnym kompendium wiedzy dla osób interesujących się amerykańską polityką, jej wpływem na rynki finansowe oraz podstawowymi mechanizmami funkcjonowania systemu kongresowego w USA.

  • Definicja i funkcjonowanie wyborów połówkowych (midterms)
  • Historia i statystyka „połówkowej klątwy”
  • Analiza najnowszych sondaży i prognoz wyborczych
  • Główne tematy kampanii: ceny paliwa, aferę Epstina, opiekę zdrowotną, migrację
  • Potencjalne skutki dla prezydenta Trumpa i Kongresu
  • Scenariusze po wyborach i dostępne narzędzia legislacyjne
Zobacz pełną transkrypcję filmu

5000 na głowę dla każdego obywatela lub ognie piekielne. Taki wybór przed Amerykanami w obliczu nadchodzących wyborów postawił Donald Trump i to dosłownie. To znak, że komuś już jest gorąco pod czterema literami. Badania opinii publicznej i sondaże jasno wskazują, że obywatele kiepsko oceniają pierwsze d lata rządów republikanów. Prości obywatele mają dość rosnących cen, braku rozliczeń oprawców seksualnych i stawiania wojen ponad ich zdrowiem. W efekcie republikanie muszą obiecywać gruszki na wierzbie, by liczyć na sukces. Są duże szanse na to, że demokraci zabiorą im w wyborach połówkowych obydwie izby Kongresu, dzięki czemu będą mogli znacząco komplikować życie Donalda Trumpa, a nawet próbować go rozliczyć. W jaki sposób? No i jak duże są te szanse? Czym w ogóle są wybory połówkowe i kogo się do nich wybiera? Te wszystkie kwestie omówię dokładnie w dzisiejszym odcinku. Zapraszam na film. Partnerem odcinka jest Polskie Biuro Nieruchomości w Hiszpanii Home in Spain. Zamień oszczędności w bezpieczną inwestycję. Link do oferty znajdziesz w opisie. A zanim przejdziemy dalej, krótki temat dla każdego, kto ma dość robienia zakupów i gotowania. Sprawdźcie catering dietetyczny Wygodna dieta. W diecie z wyborem menu sami wybieracie spośród 25 dan dziennie to, na co macie ochotę każdego dnia. Z naszym kodem FX Mac macie 15% rabatu przy zamówieniu od 10 dni. Link z kodem ważnym tylko przez dwa tygodnie znajdziecie w opisie. Ja nazywam się Michał Fitz, a ty oglądasz FX Mac. Kanał, na którym tłumaczymy świat finansów już od 2016 roku. Jeśli chcesz być na bieżąco ze sprawdzonymi informacjami, które dotyczą twojego portfela, to nie zapomnij zostawić suba. Zapisz się także na nasz inwestycyjny FX Magowy Newsletter. Potrzebny do tego link znajdziesz w opisie. Na początek warto sobie pokrótce wyjaśnić, czym dokładnie są wybory połówkowe i kogo w ogóle się w nich wybiera. Nazwa połówkowe po angielsku midterms wynika z tego, że ich termin wypada zawsze mniej więcej w połowie kadencji obecnego prezydenta. Dzięki temu Amerykanie mają szansę w pewien sposób ewaluować rządzącą od dwóch lat opcję, bo w USA koniec końców ten kto ma prezydenta tak naprawdę rządzi, choć oczywiście Kongres nie jest bez znaczenia, o czym dziś sobie opowiemy. No i w wyborach połówkowych wybiera się właśnie polityków, którzy zasiądą w Kongresie, a ten składa się z dwóch izb Senatu oraz izby reprezentantów. Elekcja dotyczy wszystkich 435 kongresmenów zasiadających w izbie reprezentantów, ponieważ ci są wybierani na dwuletnie kadencje. Senatorów jest za to 100, ale ich kadencje trwają po 6 lat. Dlatego w wyborach połówkowych wymianie podlega tylko 1/3 tej izby. A na tym nie koniec, bo poza nimi wybierani są także gubernatorzy stanowi. W tym roku walka będzie dotyczyła aż 36 takich stanowisk. Tu warto wyjaśnić, że nie chodzi o gubernatorów wszystkich 50 stanów, bo niektóre z nich przeprowadzają wybory w tych samych latach, co wybory prezydenckie, a jeszcze inne działają według całkowicie indywidualnych osi czasu. Ci jednak nie będą mieli aż takiego wpływu na politykę całego kraju, zarówno tą wewnętrzną, jak i zewnętrzną. Dlatego nie będziemy się dziś nimi przejmować. skupimy się na kongresmenach, bo ich rozkład okaże się kluczowy w kontekście tego, jak Stany Zjednoczone będą prowadziły swoje główne polityki przez najbliższe 2 lata. Obecnie niemalże władzę absolutnią ma ogólnie pojęta prawica, czyli republikanie, to ich reprezentuje Donald Trump i to oni mają większości zarówno w izbie reprezentantów, jak i w senacie. Jeśli masz wszystkie te trzy insygnia władzy, to rządzisz bezdyskusyjnie. To ma oczywiście plusy i minusy, bo może i robisz co chcesz, ale jak nie idzie to nie za bardzo masz na kogo zrzucić winę. Choć oczywiście Republikanie usilnie próbują to robić i za problemy obarczają Bidena, Zełeńskiego czy irański reżim. Sęk w tym, że przewaga Republikanów w obydwu izbach Kongresu jest stosunkowo niewielka. Jak widać na tej grafice w izbie reprezentantów Republikanie mają przewagę czterech mandatów nad demokratami. Posiadają ich 218, czyli dokładnie tyle, ile potrzeba do większości. W Senacie sprawa wygląda dla nich tylko ciut korzystniej. Tu mają 53 mandaty o dwa więcej niż potrzeba do minimalnej większości, a tak naprawdę to o trzy więcej, bo w przypadku remisu decydujący głos ma wiceprezydent, a ten jest republikaninem. Jak widać na grafice, tu bezpartyjnych zaznaczono na zielono, ale ci są tacy tylko z nazwy, bo w praktyce w większości przypadków głosują razem z demokratami. Przewaga Republikanów jest więc cieniutka i utrzymać będzie ją szalenie ciężko. Wskazują na to przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwszą jest historia. W amerykańskiej polityce istnieje bowiem pojęcie nazywane midterm C, co można przetłumaczyć na polski jako połówkowa klątwa. Choć brzmi nieco fantastycznie, to zjawisko jak najbardziej realne. Historia pokazuje jasno, że w znacznej większości przypadków partia urzędującego prezydenta traci miejsca w obydwu izbach, głównie w izbie reprezentantów, bo do niej wybiera się wszystkich członków. Dlaczego psycholodzy i socjolodzy tłumaczą to w ten sposób, że elektorat partii opozycyjnej jest bardziej zmotywowany od przeciwnego, bo jest po prostu bardziej niezadowolony z tego, co się dzieje. A obecnie wyborcy demokratów mają mnóstwo powodów do niezadowolenia, o czym zaraz powiem, gdy zerkniemy sobie na sondaże. Zanim to zrobimy, zerknijmy jeszcze na druzgocące wręcz statystyki obrazujące omawianą klątwę. Od 1934 roku, czyli od ponad 90 lat, tylko trzykrotnie dochodziło do sytuacji, w której partia urzędującego prezydenta nie traciła miejsc w izbie. Ostatnim razem miało to miejsce w 2002 roku za prezydentury George W. USA, kiedy to Republikanie płynęli na fali stanowczej reakcji na zamachy z 11 września wcześniejszego roku. Później klątwa już tylko się potwierdzała, a szczególnie uderzyła w Baracka Obamę i Demokratów w 2010 roku. Wtedy demokraci po wyborach połówkowych mieli o 63 mandaty mniej niż przed nimi. Naród był drastycznie niezadowolony z wysokiego bezrobocia i dodatkowych wydatków rządowych, które Obama zarządził. Mimo to 2 lata później wybrano go na drugą kadencję. Jak widać na tym wykresie klątwa dopadła też Donalda Trumpa w trakcie jego pierwszej kadencji. Wówczas republikanie stracili aż 40 mandatów. W tym roku wystarczy, że stracą ich tylko cztery, a większość przejdzie w ręce demokratów. Właśnie ten drugi czynnik, który wskazuje na porażkę republikanów, to sondaże i różnego rodzaju prognozy. Prognoza konsensusowa największych amerykańskich analityków wyborczych wskazuje, że tylko 18 z 435 okręgów jest nierozstrzygniętych. Wynika to z faktu, że w Ameryce jest dużo więcej miejsc, które w Polsce nazwalibyśmy bastionami jakiejś partii. Zerknijmy na mapkę konsensusu, by sobie to uzmysłowić. Te najciemniejsze z obydwu kolorów to właśnie te bastiony. Absolutne pewniaki. Im jaśniejszy odcień, tym zwycięstwo jest mniej pewne, ale wciąż spodziewane. Ciekawskim od razu wyjaśniam. Okręgi tak bardzo różnią się rozmiarem na mapie z uwagi na to, że są ustalane pod względem zaludnienia, a nie powierzchni. Dlatego na wybrzeżach jest tak gęsto, a w centrum niektóre stany to tylko jeden okręg. Ich kształt i tak wzbudza jednak w tym roku ogromne kontrowersje, ale o tym za chwilę, żeby teraz nie namieszać. Wracając do meritum, konsensus wylicza 214 mniej lub bardziej pewnych mandatów dla demokratów i 203 dla Republikanów. Partia Trumpa musiałaby więc wygrać w 15 z 18 okręgów, gdzie sprawa wygląda fifty-50ifty, by utrzymać większość w izbie. To prawie na pewno się nie wydarzy. Swoją drogą jednym z tych nierozstrzygniętych okręgów jest okręg Skranton. Tak, tego Skranton. Ten rozstrzał widzą rynki predykcyjne. Obecnie dają ponad 80% szans na to, że demokraci przejmą izbę. Tak wygląda przykładowe notowanie na Kalshi z dnia tworzenia materiału. Jak widać Platforma daje aż 86% szans na wygraną Demokratów. Republikanie powinni więc liczyć się z utratą jednego insygnia władzy. No ale co z drugim? Jak to wygląda w Senacie? Tu sytuacja jest dużo bardziej wyrównana. Zerknijmy na mapkę konsensusu sondaży. Ta jest już prostsza w odbiorze, bo każdy stan ma po dwóch senatorów, niezależnie od rozmiaru czy liczby ludności. Przypominam, że w przypadku senatorów walka toczy się tylko o 1/3 mandatów, bo mają dłuższe kadencje, stąd te szare pola. Podobnie jak wcześniej, kolory i ich odcienie oznaczają jak duże szanse na wygraną ma dana partia. Licząc tych względnie pewnych mamy remis. 47 do 47. Pozostaje nam sześć nierozstrzygniętych. I tu z ciekawostek warto zwrócić uwagę na ten największy z beżowych obszarów na dole, czyli Tekas. Ten przez dekady był absolutnym bastionem republikanów. Demokrata nie wygrał tam wyborów stanowych od 30 lat. Tymczasem obecny kandydat demokratów James Talarico ma tam duże szanse na wygraną. To zresztą jego dotyczą jedne z największych dymów tej kampanii. Federalna Komisja Łączności powołując się na jeden z archaicznych przepisów dwukrotnie doprowadziła do zablokowania wywiadu Talarico w telewizji. Raz rozmowy na antenie nie mógł przeprowadzić z nim Steven Colbert z CBS, a kilka dni temu to samo spotkało jego wywiad z Jimmy Kimelem. Choć oficjalne wytłumaczenie jest inne, obaj prezenterzy nie mają wątpliwości, że to decyzja polityczna. W efekcie oba trafiły do sieci, a drugi został w niej umieszczony pod wymownym tytułem, w którym wprost napisano: "Komisja nie chc, żebyś zobaczył ten wywiad". Tymczasem w kilka dni nazbierał już ponad 10 milionów wyświetleń. To dobrze pokazuje jak zacięta jest rywalizacja i jak wysoka jest stawka. Sześć głównych pól bitew i trudno powiedzieć jak mogą się one potoczyć. Tutaj trudno więc wskazać jedną ze stron tak jednoznacznie jak w przypadku Izby reprezentantów. Rynki predykcyjne tylko nieznacznie skłaniają się w stronę demokratów, a rozwój notowań jest bardzo dynamiczny. Na chwilę obecną prawdopodobieństwo ich zwycięstwa w Senacie wynosi 51%. W związku z tym jest też duża szansa na to, że obie strony podzielą się izbami. Demokraci wezmą izbę reprezentantów, a republikanie jednak wyszarpią dla siebie Senat. Poza telewizyjną blokadą dla Talaico zaciętość tej kampanii pokazuje jeszcze afera mapowa. Normalnie okręgi wyborcze przerysowuje się raz na dekadę po spisie powszechnym. Mówię o tych bardziej skomplikowanych okręgach z pierwszej mapki konsensusowej. Jednak w 2015 roku Trump poprosił o przerysowanie mapy okręgów w Teksasie poza standardowym cyklem, by w teorii dodać mandaty republikanom. To uruchomiło lawinę. Od 1970 roku do 2026 tylko dwa stany przerysowały okręgi między spisami dla korzyści partyjnej. Teraz zrobiło to 10 stanów. Dzięki podobnym roszadom w stanach takich jak Floryda, Ohio czy Alabama, Republikanie tylko w ten sposób przy tak zwanym zielonym stoliku wypracowali sobie teoretyczną przewagę 10 mandatów. Jak wynika z sondaży, na niewiele im się to ostatecznie zda. Co dobrze pokazuje, jak musieli zaszkodzić swojemu poparciu, skoro mimo to prawdopodobnie przegrają walkę o izbę reprezentantów. I to jest dobry moment na to, by skupić się na głównych wątkach tej kampanii, a co za tym idzie, głównych powodach, przez które ci niezdecydowani mogą zagłosować tak, a nie inaczej. Czym przeskrobali sobie przez te ostatnie dwa lata rządzący? Co zaszkodzi im przy urnach? A co może pomóc? Przede wszystkim republikanom mocną czkawką odbija się wojna z Iranem. Ta miała przecież potrwać co najwyżej szeć tygodni i powinna być dawno zakończona sukcesem, który miał być jednym z mocniejszych argumentów za republikanami w tych wyborach. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Wojna doprowadziła do kryzysu cen paliw, a Amerykanie to przecież wyjątkowo zmotoryzowany naród. Ceny paliwa to zawsze jeden z najważniejszych argumentów przy wyborach, a te obecnie są drastycznie wysokie. Jak widać na tej mapce średnia cena za galon paliwa to około 4$ i 36 cent. W niektórych Stanach zaznaczonych na czerwono cena ta przekracza 5 $ar za galon, a w Kalifornii trzeba zapłacić ponad 6 $ar za galon. Przed wojną ta cena wynosiła nieco poniżej 3 $arów. Jeszcze gorzej jest w przypadku diesla. 6 do$arów za galon to jego średnia cena, a nie górna granica widełek. Dolary, a przede wszystkim galony pewnie niewiele mówią niektórym widzom, którzy chcieliby mieć porównanie do polskich cen. No to zróbmy szybkie przeliczenie. Kurs dolara to jakieś 3,76, a galon 3,78 l. Wychodzi nam więc, że 4 D$ i 36 centów za galon to tyle samo co 4 zł i 34 gr za litr. Pomyślisz sobie: "No taniocha, pewnie niedawno sam musiałeś płacić dwa razy tyle na polskiej stacji. Sęk w tym, że paliwo w USA ogólnie jest tańsze niż w Polsce, tak jak u nas nawet przy rodzinnych obiadach zaczyna się narzekać na ceny, gdy przebiją 7 zł za litr. Tak w USA dzieje się podobnie przy przebiciu 4 dolarów za galon. To, że cena bezwzględna dla Amerykanów jest znacznie niższa nie oznacza, że nie odczuwają oni podwyżki. To wciąż realny i namacalny problem, który odbije się przy urnach. Ale nie tylko on. Wyborcy, również ci wcześniej wyraźnie proreplikańscy mają rządzącym za złe to, jak ci zbagatelizowali największy pedofilski skandal w nowożytnej historii. Mowa o aferze, której głównym bohaterem był Jeffrey Epstin. Zamieszani w nią byli politycy z obydwu partii, celebryci, biznesmeni, no ogólnie cała śmietanka bogatych i potężnych ludzi. Tymczasem nie wyciągnięto wobec nich żadnych konsekwencji. Upubliczniono jedynie akta, które tylko potwierdzały skandaliczny proceder. To w połączeniu z brakiem wyraźnych działań wymiaru sprawiedliwości tylko dolało oliwy do ognia, bo obywatele dostali dowody na tacy, a mimo to wyroków czy nawet postępowań nie ma. Jak wynika z wrześniowego sondażu Reconing Action, aż 88% Amerykanów planujących głosować, w tym aż 83% wyborców republikańskich będzie preferować kandydatów obiecujących rozliczenie potężnych osobistości zamieszanych w tą aferę. Do tego dochodzi jeszcze kryzys zdrowotny. Republikanie nie przedłużyli rozszerzonych dopłat do ubezpieczeń wprowadzonych w 2021 roku do programu, który stworzył jeszcze Obama za swojej prezydentury. Commonwealth Fund szacuje, że w 2026 roku z tego powodu ubezpieczenia zdrowotne straci do 5 milionów Amerykanów. Rządzący nie przekazali też finansów na żłobki i przedszkola. Ogromnym negatywnym echem odbiła się ówczesna wypowiedź Donalda Trumpa, który tłumaczył te decyzje w taki sposób. Tu cytat: "Nie przeznaczymy żadnych pieniędzy na opiekę. Toczymy wojny. Nie możemy zadbać o opiekę". To oburzyło nawet wyborców republikanów, bo wielu z nich głosowało na Trumpa z uwagi na postulaty pod wspólną nazwą America First, czyli najpierw Ameryka. W ich myśl prezydent miał przede wszystkim dbać o codzienne, podstawowe potrzeby obywateli, a nie przejmować się polityką zagraniczną, za co krytykowany był Biden. Tak naprawdę jedynym mocnym argumentem w ręku Republikanów jest to, jak poprowadzili politykę migracyjną. Trump obiecał szczelniejsze granice oraz deportacje nielegalnych imigrantów i słowa dotrzymał. Szczególnie dla mieszkańców południowych Stanów będzie to argument o dużej wadze, ale dla tych z północy już niekoniecznie. Republikanie doskonale zdają sobie sprawę ze swojej nieciekawej sytuacji przed wyborami. Dlatego w kampanii wytaczają najcięższe możliwe działa. Przed tygodniem w Dallas zorganizowano wielką konwencję partyjną. To pierwszy raz, gdy jakakolwiek partia decyduje się na taką konwencję przed wyborami połówkowymi. Choć Trump oczywiście na kartach do głosowania się nie znajdzie, zaproszono go na wydarzenie, by był jego twarzą. Żaden z Republikanów nie ma bowiem takiego posłuchu, jak obecny prezydent. Trumpa można lubić bądź nie, ale charyzmy nie można mu odmówić. Na tym wydarzeniu Trump wprost powiedział, by obywatele wyobrazili sobie, że to on jest na kartach do głosowania, gdy będą stawiali krzyżyk. W tym samym wystąpieniu stwierdził wprost, że ci, którzy nie zagłosują pójdą do piekła. A na koniec odpalił prawdziwą bombę wśród kiełbas wyborczych. Obiecał, że jeśli republikanie wygrają w obydwu izbach, to każdy dorosły Amerykanin dostanie po 5000 doarów na głowę. Więcej obietnicy. Dlaczego jednak jest legalna i dlaczego jest praktycznie niewykonalna z punktu widzenia polityki fiskalnej mówiłem w tym odcinku. Zachęcam by go sobie nadrobić. W dużym skrócie taka wypłata musiałaby powiększyć tegoroczny deficyt budżetowy o 3/4, a dodatkowo wymagałaby oddzielnej ustawy, której na ten moment nie ma. To więc nic innego niż desperacka próba namówienia wyborców do oddania głosu na republikanów. No dobra, a co do zaoferowania ma w takim razie ta druga strona? Tak naprawdę cofnięcie szkód, które przez ostatnie 2 lata wyrządzili obywatelom republikanie. Kampanie demokratów są toczone pod wspólnym hasłem, które na polski można przetłumaczyć jako walczymy o przystępną Amerykę. Wśród głównych postulatów znajduje się zadbanie o opiekę i ochronę zdrowia. Demokraci chcieliby przedłużyć ulgi, które republikanie zignorowali, tak by Amerykanów było stać na opiekę zdrowotną. Druga kwestia tyczy się cen, nie tylko benzyny, ale też żywności oraz mieszkań. Opozycja postuluje rozwiązania, które mają zbić inflację i sprawić, że życie w Ameryce będzie po prostu tańsze. Mimo to badania opinii publicznej sugerują, że najsilniejszym orężem w rękach demokratów jest negatywna opinia dotycząca obecnego prezydenta. Ostatni sondaż The Hill pokazał, że wyborców demokratycznych bardziej motywuje sprzeciw wobec Trumpa niż program ich własnej partii. De facto idą więc głosować nie za kimś, a przeciw komuś. Na koniec omówmy sobie to, jak mogą wyglądać rządy w Ameryce po wyborach, w zależności od tego, jaki scenariusz się rozegra. Tak jak mówiłem na początku, obecnie republikanie posiadają obie izby i prezydenta, co daje im władzę niemalże absolutną. Jak bardzo życie Trumpa skomplikuje się, gdy demokraci przejmą jedną z izb? A jak bardzo, gdy przejmą dwie? Pochylmy się nad tym. Niemal pewniakiem jest przejęcie samej izby reprezentantów. Większość w niej daje możliwość podjęcia próby rozliczenia obecnej administracji poprzez odpowiednie komisje. Demokraci mają już nawet listę spraw, z których chcą rozliczać Trumpa i spółkę. Znajdują się na niej. Potencjalnie korupcyjna polityka ułaskawień. Podejrzane transakcje kryptowalutowe osób powiązanych z prezydentem, słuszność i motywy podjęcia wojny z Iranem oraz deportacyjne praktyki IC, które skończyły się śmiercią dwóch obywateli USA. A to nawet nie jest wszystko. Sęk jednak w tym, że takie sprawy i tak ciągną się latami. Często kończą się na ugodzie lub w ogóle na niczym. Niemniej jest to wywieranie presji na administrację, która musi podejmować bardziej rozsądne i mające sensowne podstawy prawne decyzje. Z większością w Izbie Reprezentantów demokratom będzie też znacznie łatwiej przeforsowywać swoje pomysły ustaw, co nie znaczy, że te bez problemu będą wchodziły w życie. Trump zawsze może je specjalnie blokować. Skąd my to znamy? Prawda? A do odrzucenia prezydenckiego WETA potrzeba 2/3 głosów w obydwu izbach, na co szans nie ma. Mając większość w izbie reprezentantów, demokraci mogą także spróbować odsunąć Trumpa od władzy, wszczynając proces impeachmentu. By jednak prezydent został skazany, potrzeba do tego 2/3 głosów w Senacie, a nie zwykłej większości. Za odwołaniem prezydenta z tej samej partii musiałoby więc głosować kilkunastu republikanów. Tu również szanse są niemal zerowe. Zresztą próbowano to robić dwukrotnie w pierwszej kadencji Trumpa i wówczas sprawa spaliła na panewce w obydwu przypadkach właśnie z uwagi na Senat. Dlatego wydaje się, że tym razem demokraci nie będą tego planu forsować. Jamie Raskin, główny oskarżyciel w drugim procesie impeachmentowym Trumpa, mówi wręcz wprost, że szanse na skazanie go nawet za najbardziej rażące i niezaprzeczalne wykroczenia przeciw konstytucji są znikome, bo ma on zbyt autorytarną władzę w Senacie. Niewykluczone jednak, że demokraci będą próbowali doprowadzić do impeachmentu konkretnych członków administracji. Głównie mówi się ostatnio o próbie odwołania sekretarza wojny Pita Hekseta. Tutaj próg jest identyczny jak w przypadku prezydenta, ale szanse na to, że republikanie postawią się pojedynczym członkom administracji są nieco większe od tego, że zagłosują przeciwko samemu Trumpowi. Póki co z tego co mówię wynika, że w Senacie do najważniejszych decyzji potrzeba 2/3 głosów. Co więc da demokratom zwykła większość w tej izbie, jeśli uda się ją zgarnąć? Senat zwykłą większością zatwierdza lub odrzuca nominatów na sędziów federalnych, sekretarzy, ambasadorów, prokuratorów i gubernatorów Fed. Dominuje ich co prawda Trump, ale demokraci mogą zwykłą większością bez końca odrzucać kandydatów, aż prezydent USA zaproponuje takiego, którego w miarę tolerują wszyscy. Dodatkowo lider większości senackiej decyduje, co w ogóle trafia pod głosowanie. Republikańskie projekty mogą nawet nie ujrzeć sali plenarnej. Podsumowując, nawet jeśli demokraci przejmą obydwie izby w wyborach, to przewrotu o 180 stopni w tamtejszej polityce nie będzie. Będziemy za to prawdopodobnie świadkami rzucania wszelakich kłód pod nogi obecnego prezydenta i prób rozliczania członków administracji. Nawet jeśli te nie zakończą się sukcesem, demokraci w tych procesach będą starali się przedstawić republikanów w na tyle złym świetle, by móc dzięki temu wygrać wybory prezydenckie za 2 lata. Wybory, do których swoją drogą nie wykształtował się póki co ani jeden sensowny kandydat. Jeśli interesuje cię kogo demokraci mogą za d lata wystawić przeciwko Wansowi, no lub ewentualnie Rubio, to daj znać w komentarzu. Chętnie przygotuję materiał o potencjalnych kandydatach. A jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.

Przewijanie do góry