10 historii z giełdy, w które nie uwierzysz! Niektóre kosztowały miliardy dolarów [Dziwne strategie rynkowe]

10 lekcj historycznych giełdy: od nieudanego króla cebul do pirackiej giełdy w Somalii

Film pokazuje 10 niezwykłych historii z rynków finansowych, które każdy inwestor powinien znać. Jakieś koszmar w kuchni (czyli Bre-X Minerals) Jeśli słyszeliście, że blokowa-und便捷IPv80-T-ID20-F-mrow_provider,Mini case supposed pirackie konto korzystał PayPal – więc to Linked ogwód?

Przykłady:
– Jak BreX Minerals zmieniło się z firmy z jedynymi próbkami złota w firmę warcią 6 miliardów zł. jeszcze dziś?
Artykuły – dodatkowe materiały o podobnych przypadkach.
Baza Wiedzy – źródło dalszych informacji.

Zobacz pełną transkrypcję filmu

10 niesamowitych i ciekawych historii z rynków finansowych, które naprawdę ciężko będzie wam uwierzyć. Na pierwszy lutoka giełda wygląda jak jeden z najbardziej racjonalnych systemów na świecie. Biliony dolców przepływają codziennie między inwestorami. Decyzje podejmowane na podstawie danych, modeli, analiz. Nad wszystkim czuwają algorytmy, które liczą szybciej niż jakikolwiek człowiek. Ale rynki finansowe, moi drodzy, to przede wszystkim jednak są emocje i historie. Takie, które momentami brzmią jak scenariusz filmu, a nie jak rzeczywistość. Świat, w którym naprawdę jedna źle wdrożona aktualizacja potrafi wyzerować firmę w 45 minut. Świat, w którym producent mrożonej herbaty może nagle stać się spółką blockchainową i wzrosnąć prawie 1000% w jeden dzień. świat, w którym ceny ropy potrafią spadać poniżej zera i zmuszać sprzedających do dopłacania za to, żeby ktoś ją od nich odebrał. Tak wygląda też świat giełdy. To nie są wyjątki. Takich momentów jest masa, ale to one pokazują jak naprawdę dziwnie działa czasem rynek, zwłaszcza rynek finansowy. I w tym materiale chcę was zabrać trochę w podróż po najbardziej absurdalnych historiach ze świata finansów, takich które na pierwszy rzut oka wydają się niemożliwe, ale w praktyce są najlepszą lekcją do inwestowania. Zakaz handlu cebulą, wielkie oszustwo na rynku złota. Prawdziwa historia powstania symboli byków i niedźwiedzi. Wszystko to tu będzie. Partnerem odcinka jest sklep internetowy Goldsaver będący częścią grupy Golden Mark. I dzięki GoldSaverowi, moi drodzy, złoto możecie kupować w niewielkich częściach, dzięki czemu jest dostępne do inwestowania dla każdego, niezależnie od tego ile pieniędzy akurat macie. Wykorzystajcie kod, który macie podany na ekranie i w opisie tego filmu, żeby dodatkowo odebrać specjalny bonus przygotowany tylko dla oglądających materiały na tym kanale. Inwestuj skuteczniej, mądrzej i z większym spokojem. Dołącz do strefy premium DNA, podobnie jak już prawie 5000 innych inwestorów. To najlepsze miejsce do świadomego zarządzania swoim kapitałem i swoimi oszczędnościami. Dzięki za 107 już prawie ty000 waszych subskrypcji. To dla nas w zespole wiele znaczy. Jeśli jeszcze nie jesteście z nami, to kliknijcie suba teraz i pomóżcie temu kanałowi dalej się rozwijać, żebyśmy mogli nagrywać jeszcze więcej ciekawych materiałów. [muzyka] Pierwsza historyjka, moi drodzy, 45 minut zajęła, żeby doprowadzić firmę do bankructwa. Konkretnie firmę Night Capital, naprawdę sporą firmę. 1 sierpnia 2012 roku. To miał być wielki sukces firmy Night Capital. Jeden z największych animatorów rynku w Stanach Zjednoczonych to był. Firma odpowiadała za ogromny wolumen obrotu na całej nowojorskiej giełdzie, a tego ranka giełda uruchamiała nowy system Retail Liquidity Program. Night Capital był podobno do tego świetnie przygotowany, przynajmniej w teorii. W ramach wyjaśnienia sobie teraz najpierw animator rynku to jest taka instytucja, która zapewnia płynność, stale wystawia oferty kupna i stale wystawia oferty sprzedaży, żeby umożliwiać innym natychmiastowy handel i zarabia na sprezie, czyli na różnicy między ceną zakupu, a ceną sprzedaży. Tak, moi drodzy, na polskim rynku też są takie instytucje, też działają, też funkcjonują i to między innymi dzięki nim czasem macie tak wąskie sprey, żeby coś kupić. No ale wtedy kupujecie nie od innej osoby, tylko de facto od takiego animatora albo to jemu sprzedajecie. Retail liquidity to taki mechanizm wprowadzony przez giełdę w Nowym Jorku, żeby przyciągnąć inwestorów indywidualnych. Miał umożliwić animatorom takim jak właśnie Night Capital oferowanie klientom detalicznym lepszych cen niż te oficjalne kwotowania rynkowe. I Knight miał być takim hurtownikiem, który dostarcza płynność bezpośrednio pod zlecenia zwykłych graczy, zwykłych panów Kowalskich. W skrócie to miała być platforma do tego, żeby handel detaliczny mógł odbywać się szybciej i mógł odbywać się taniej przez mniejsze spredy. I problemy zaczęły się dokładnie o godzinie 9:30 wraz z rozpoczęciem notowań w ciągu kilku sekund algorytmy wpadły w szał. Zamiast realizować zlecenia klientów w sposób normalny i przemyślany, to komputery zaczęły zasypywać rynek milionami transakcji na 148 spółkach, kupując akcje i natychmiast je sprzedając. Algorytm robił dokładnie to, czego inwestorzy powinni unikać i na czym zawsze tracą traderzy. Systematycznie po kilka centów na każdej pojedynczej akcji sprzedając, a potem od razu kupując. Albo kupując, a potem od razu sprzedając. Tylko wszystko na minimalnej stracie i one robiły to tysiące razy na sekundę. Przyczyną katastrofy nawet nie był wirus, tylko zapomniany fragment kodu. Inżynierowie Night Capital aktualizowali oprogramowanie na ośmiu serwerach, ale na jednym z nich pozostawili stary, nieużywany od lat moduł Smars. W starym systemie on służył do uruchamiania funkcji testowych, które ignorowały limity cenowe. Przez 45 minut w biurach Night Capitala był totalny burdel. Pracownicy próbowali jakoś zdiagnozować, dlaczego firma traci kasę w takim tempie, którego nikt wcześniej nigdy nie widział. I nie było żadnego jednego guzika wyłącz. Próby odinstalowywania nowego oprogramowania tylko pogarszały sytuację, bo wymuszały na systemie jeszcze większą aktywność starego kodu, bo to on głównie działał. I zanim o 10:15 udało się powstrzymać algorytm, to bilans był taki, że Night Capital zrealizował ponad 4 miliony transakcji, kupując akcje o wartości około 7 miliardów dolarów, których wcale nie chcieli posiadać. Realna strata wynikająca z różnic spreedów, czyli tego ciągłego kup sprzedaj kup sprzedaj kup sprzedaj, który realizował algorytm, wyniosła dla firmy 440 milionów dolarów więcej niż Night Capital zarobił przez cały poprzedni rok. W godzinę przez ludzki błąd jedna z największych firm w Stanach tego typu została bankrutem. Ostatecznie firma została potem przejęta za ułamek swojej wartości, stając się najdroższą w historii, przestrogą przed tym, co może się dziać, jak ktoś z działu IT nawali. Ale to nawet jest nic w porównaniu z tym, że w Stanach Zjednoczonych to jest druga historyjka. Do dziś, moi drodzy, do dziś jest zakaz handlu na giełdzie kontraktami terminowymi na cebulę. Tak, dobrze słyszycie. Federalny zakaz kontraktów terminowych na cebulę. Federalny. W tym filmie poznasz 10 niesamowitych właściwości cebuli. >> Wszystko zaczęło się w połowie lat 50. XX wieku za sprawą dwóch gości. Wincenta Kosługi, plantatora cebuli z Nowego Jorku i sama Sigla, chikagowskiego biznesmena. Ci panowie postanowili dokonać czegoś, co nazywa się profesjonalnie osaczeniem rynku i zrobili to naprawdę mega dobrze. W 1955 Kosuga i Sigel zaczęli masowo skupować kontrakty na cebulę i fizyczny towar. kontrolowali w efekcie niemal 98% wszystkich zapasów cebuli w Chicago, czyli w kluczowym węźle logistycznym USA. Magazyny pękały w szwach. No rynek został całkowicie zmonopolizowany. Mając taką przewagę zaczęli dyktować warunki. Najpierw wywindowali ceny, zmuszając innych handlarzy do kupowania od nich po zawyżonych stawkach. A potem poszli krok dalej. I prawdziwy dramat zaczął się w 1956. Kosuga i Sigel posiadając ogromne ilości cebuli, zaczęli jednocześnie grać na spadek cen. Zaczęli szortować. rynek cebuli, po czym otworzyli bramę do cebulowego raju, zalali rynek zgromadzoną cebulą i efekt był taki, że cena worka cebuli, która wcześniej oscylowała w okolicach 2,75 $ spadła do 10 centów. Siatka, w którą pakowano cebulę była droższa niż cebula. Dla wielu farmerów stamtąd no to był wyrok śmierci biznesowej. dostali z polami pełnymi cebuli, której nie opłacało się nawet zbierać, bo koszt transportu przewyższał cenę sprzedaży. No jak łatwo się domyśleć, ludzie nie byli zbyt zachwyceni. Byli tak bardzo wkurzeni, że sprawą zajął się sam Kongres. >> Moje pole. >> I żeby było jasne, Kosuga i Sigel nie zrobili niczego nielegalnego w tamtym czasie. Po prostu wykorzystali okazję. W 58 roku prezydent Dwight Eisenhauer podpisał Onion Futures Act, który do dziś zakazuje handlu na cebulę na kontraktach terminowych w Stanach Zjednoczonych. Argumentowano to tak, że cebula jest zbyt podatna na manipulację, a rynek zbyt mały, żeby skutecznie chronić go przed spekulantami. I do dziś, mimo wielu prób lobbingu ze strony giełd towarowych, cebula pozostaje jedynym produktem rolnym wykluczonym z giełdy terminowej. Trochę taki pomnik tego, jak dwóch ludzi próbowało zniszczyć konkretny sektor gospodarki. Może ku przestrodze. No ale trzeba przyznać, że zuchwałę to było bardzo. Podobnie z uchwałę jest też trzecia historia firmy Bre X Minerals. Prawdopodobnie chyba najbardziej widowiskowe oszustwo w dziejach górnictwa. Opowiastka o tym, jak bardzo mała, nikomu nieznana kanadyjska spółka dzięki sfałszowanym próbkom skał stała się na chwilę przynajmniej giełdowym gigantem wartym 6 miliardów dolarów i to w dawnych latach, mimo że ostatecznie okazała się być bezwartościowym niczym w zasadzie. Zaczęło się w 1993 roku, kiedy BRE X kupiło teren w busang w sercu indonezyjskiej dżungli na Borneo. Główny geolog firmy, Filipińczyk Michael de Guzman, ogłosił światu, że odnalazł tam przeogromne złoża złota i z każdym kolejnym komunikatem te złoża rosły w oczach. Najpierw szacowano je na 2 miliony uncji, potem na 30, aż w końcu na astronomiczne 200 milionów funkcji. Gdyby to była prawda, to busang byłoby największą kopalnią złota w historii ludzkości. Dla porównania, dziś największa odkrywkowa kopalnia złota na świecie ma złoża o wielkości około 100 milionów onc złota. O połowę mniej. No więc inwestorzy oszaleli. Kurs akcji Brex, które początkowo kosztowały grosze, wystrzelił do 280 $ar kanadyjskich. spółkę zainwestowały największe fundusze emerytalne w Kanadzie. Analitycy z Wall Street prześcigali się w tych optymistycznych rekomendacjach. Ciężko im się dziwić. No oni nie byli w stanie zweryfikować tego, co zweryfikowano potem, bo mechanizm oszustwa był naprawdę prostacki. Genialny w swojej bezczelności, ale prostacki. The Guzman stosował technikę zwaną soleniem. Przez lata dodawał do próbek skał pył złota, żeby testy laboratoryjne wykazywały ogromne zawartości kruszców. I na początku używał do tego opiłków ze swojej własnej złotej biżuterii. A jak zapotrzebowanie na dobre wyniki wzrosło, to zaczął po prostu kupować od lokalnych płukczy złotorzeczne o wartości kilkunastu tysięcy dolarów, które następnie mieszał z tym, co wydobyto z kopalni. I prawda wyszła na jaw marcu 1997 roku. Indonezyjski rząd zmusił Brex do współpracy z amerykańskim gigantem wydobywczym Freeport McMoran. Inżynierowie z Freeport wykonali własne odwierty tuż obok tych najbogatszych miejsc wskazanych przez Brex pokazał, że jest tam całe zero złota. Nic ani grama. W tym samym czasie doszło też do zdarzenia jak z filmu, bo Michael de Guzman lecąc helikopterem na spotkanie z przedstawicielami Freeport rzekomo wyskoczył z helikoptera nad dżunglą. Znalezione po kilku dniach ciało było zmasakrowane przez dzikie zwierzęta i trudne do identyfikacji, więc do dziś są oczywiście teorie spiskowe, że uciekł z milionami dolarów fingując własną śmierć. No ale kiedy informacja o braku złota w busang dotarła do mediów, to akcje Brex straciły całą niemalże swoją wartość w ciągu kilku dni. miliardy dolarów wyparowały, wyparowały dużo szybciej nawet niż te złoto z próbek the Guzmana. I mimo wieloletnich procesów nikt nigdy nie został skazany za to oszustwo, no bo w sumie jedyna osoba, którą można by było głównie skazać, podobno umarła. To jest też moment, w którym warto się na chwilę zatrzymać, bo historia Brex pokazuje jedną bardzo prostą rzecz. Na rynku, moi drodzy, możecie kupić coś, co wygląda jak złoto, jak się okazuje, ale nie jest złotem. I paradoks polega na tym, że dziś problem często nie polega na tym, że ktoś coś fałszuje, tylko że inwestorzy nawet nie wiedzą, co kupują i co posiadają. I tu wchodzi taram, całe na biało Gold Saver, czyli partner tego odcinka, który podchodzi do tematu zupełnie odwrotnie. Zamiast kup albo nie kup, macie model, w którym po prostu składacie sobie na kupkę złoto, prawdziwe złoto w czasie. Dokupujecie małe części, uśredniacie cenę, bez presji, bez stresu, budujecie sobie pozycję, aż uzbiera wam się pełna uncja złota. I w tym momencie nie macie już ekspozycji na złoto, tylko macie fizyczną sztabkę, którą możecie sobie normalnie odebrać. Trochę jak odkładanie do skarbonki, tylko zamiast monet zbieracie sobie uncję złota. Przy takiej zmienności, jaka jest obecnie na rynku, zwłaszcza przez ostatnie 12 miesięcy, to jest podejście takiego uśredniania, które działa jak pasy bezpieczeństwa. Serio jak to nie eliminuje ryzyka, jasne, ale sprawia, że przestajecie próbować zgadywać idealny moment na kupno. Nigdy go nie zgadniecie. Jak ktoś chce zacząć, to z kodem DNA 100 macie 100 zł bonusu do pierwszej pełnej sztabki. Szczegóły całej promocji są w opisie. A my wracamy do historyjek, bo skoro już jesteśmy przy temacie złota, to warto wiedzieć też jak sprzedaje się złoto między krajami. Pod Manhattanem, pod jedną z najruchliwszych ulic Nowego Jorku 33 Liberty Street tysiące ludzi łażą codziennie do pracy. Żółte taksóweczki trąbył. Turyści szukają najlepszego zdjęcia na wieżowce. 25 m pod ich stopami jest miejsce, które nazywa się Federal Reserve Bank of New York. skarbiec i największe skupisko złota na planecie, które przechowuje ponad 6000 ton złota należących do banków centralnych z całego świata. I najdziwniejsze jest to, jak odbywa się tam handel złotem. Bo gdy słyszymy o transakcjach między państwami, które są na miliardy dolarów, to pewnie część wyobraża sobie skomplikowane algorytmy, błyskawiczne przelewy, bezpieczeństwo. A tymczasem w podziemiach banku ten proces wygląda trochę jak praca w magazynie supermarketu. Kiedy jeden kraj decyduje się sprzedać złoto drugiemu, cała operacja sprowadza się do tego, że kilku gości w specjalnych wzmocnionych magnezem nakładkach na buty, żeby nie rozwalić sobie stopy, jakby 12 kg sztabka wypadła, podjeżdża wózkiem widłowym albo jakimś paleciakiem do klatki sprzedawcy. Sztabki są przeliczane, ładowane na wózek i przewożone kilkanaście metrów dalej do klatki kupującego. Kam układane w równe stosiki. I na koniec pracownik zdejmuje tabliczkę z nazwą jednego państwa i zawiesza nową tabliczkę z nazwą innego państwa. Koniec. Miliardy dolarów, dziesiątki miliardów dolarów zmieniły właściciela, nawet nie opuszczając tego samego pomieszczenia. No w efekcie na pewno mamy sporą odporność na hakerskie ataki, szczególnie ważne w świecie finansów, gdzie jedna rzecz potrafi czasem naprawdę wywrócić wszystko do góry nogami. Więc przenosimy się na końcówki 2017 roku. Bitcoin bije wtedy rekordy popularności. Zbliża się do poziomu wtedy imponującego 20 000 doarów. Inwestorzy na całym świecie ogarnięci są manią wszystkiego co związane z kryptowalutami. W tym samym czasie w Hickville w stanie Nowy Jork mała firma Long Island Iced Tea walczy o swoje przetrwanie. Ich biznes był prosty, dość mało technologiczny, bo produkowali mrożoną herbatę i lemoniadę, a wyniki finansowe nie rzucały na kolana, tak żeby delikatnie powiedzieć. Spółce groziło nawet wycofanie z giełdy z powodu zbyt niskiej kapitalizacji rynkowej, więc zarząd wpadł na pomysł, który w tamtym momencie okazał się być genialny. w swoim dziwactwie 21 grudnia 2017 roku firma ogłasza, że zmienia nazwę na Long Blockchain Corporation. >> Co >> W oficjalnym komunikacie prasowym zadeklarowali, że przesuwają cały swój fokus na poszukiwanie możliwości inwestycyjnych w technologii rozproszonych rejestrów. W praktyce oznaczało to absolutnie nic. Nic. Firma nadal produkowała mrożną herbatę. Nie posiadała ani jednego serwera dokopanych kryptowalut, ani jednej linijki kodu związanego z blockchainem. Ale reakcja rynku była imponująca. W ciągu jednego dnia kurs wystrzelił od prawie 300%, a w pewnym momencie sesji wzrosty przekraczały nawet 400%. Wartość rynkowa producenta napojów wzrosła z 24 milionów do prawie 70 milionów dolarów tylko dlatego, że w nazwie pojawiło się modne słowo. Nie było żadnej aktualizacji strategii, żadnej zmiany, nie było niczego. Po prostuo nazwę. Regulatorzy i NASDAQ jako giełda nie podzielili jednak tego entuzjazmu i w 2018 firma została wykreślona z głównego parkietu z powodu braku realnej działalności w deklarowanym sektorze. A finał historii był mało filmowy. W 2021, tak po tylu latach dopiero, SEC oficjalnie oskarżyła osoby powiązane ze spółką o manipulacje gbudowę i Insider Trading. Okazało się, że za spektakularną zmianą nazwy stał plan wypompowania kursu akcji. Szok, nie? No i tak oto Long Blockchain Corporation pozostaje symbolem kryptowalutowej gorączki. Przypominając, że na giełdzie nazwa bywa czasem warta o wiele więcej niż rzeczywisty produkt, ale tylko na chwilę. No ale pokazuje to jak bardzo potrafią się czasem odkleić ceny. A te odkleić potrafią się w obie strony, bo 20 kwietnia 2020 też przeszedł do historii finansów jako dzień, w którym stało się coś bardzo dziwnego. Na ekranach traderów pojawiło się coś, co niby teoretycznie nie miało żadnego sensu. Cena baryłki ropy spadła do poziomu min 37 $ar i zamiast płacić za surowiec, sprzedający dopłacali kupującym prawie 40 dolców za baryłkę, byle tylko ci odebrali od nich towar. Tylko żeby zrozumieć ten fenomen trzeba najpierw odczarować nagłówki gazet, zajrzeć w pewne mechanizmy giełdowe. Po pierwsze to nie ropa stała się bardziej niż darmowa, bo rekordowo niskie ceny dotyczyły wyłącznie kontraktów terminowych na ropę i to tylko jednej konkretnej serii wygasającej w maju 2020 roku. I kluczem do zrozumienia tego jest pojęcie fizycznej dostawy, bo kontrakty na ropę WTI zobowiązują posiadacza tej pozycji do fizycznego odebrania surowca w konkretnym miejscu. konkretnie w hubie logistycznym w Cashing w stanie Oklahoma. W kwietniu 2020 świat znajdował się w głębokich lockdownach. Samoloty nie latały, auta nie jeździły, popyt na paliwo wyparował. Magazyny w cashing były wypełnione po brzegi i kiedy nadszedł przedostatni dzień handlu majową serią kontraktów, spekulanci i fundusze ETF, czyli inwestorzy finansowi posiadający tysiące kontraktów na ropę, znaleźli się w sporej pułapce, bo nie byli rafineriami, nie mieli gdzie przechować tysięcy baryłek ropy, a prawo obligowało ich do odbioru tego towaru w ciągu kilku tygodni. Więc gdy gracze rozpaczliwie próbowali zamykać swoje pozycje, to po drugiej stronie nie było nikogo, kto chciał je odkupować. Rafinerie nie potrzebowały ropy. Tankowce były pełne. Właściciele wolnych zbiorników jakichkolwiek dyktowali mordercze warunki. I to doprowadziło do panicznej wyprzedaży, bo ci, którzy posiadali kontrakty, woleli oddać je nawet za darmo i dopłacać 37 do$arów kary za każdą baryłkę, byle tylko nie mieć obowiązku odbioru fizycznej ropy. To wydarzenie bardzo brutalnie uświadomiło inwestorom detalicznym koszty tak zwanego rolowania pozycji. Wiele osób próbując łapać dołki kupowały jednostki funduszy grających na ropę, tak jak na przykład USO, United States Oil Fund. Ale te fundusze nie trzymają fizycznej ropy, tylko co miesiąc sprzedają wygasającą serię kontraktów i kupują następną. To jest proces, który nazywa się rolowaniem i w normalnych warunkach kosztuje to niewiele. Każda kolejna seria kontraktów jest ciut droższa. Ale w kwietniu 2020 rynek znajdował się w kolosalnym tak zwanym Contango, czyli sytuacji, w której cena ropy z dostawą w przyszłości jest znacznie wyższa niż obecna. Więc inwestorzy, którzy trzymali takie pozycje, musieli sprzedać kontrakty majowe za bezcen albo nawet po cenach ujemnych i kupić kontrakty czerwcowe po około 20 $ar za baryłkę. Taka operacja pochłonęła masę kapitału w jeden dzień, mimo że cena fizycznej ropy na rynku w zasadzie się nie zmieniła. Więc ta ujemna cena była nie tyle upadkiem wartości surowca, co pewnym technicznym nokautem osób, które nie rozumiały zasad gry w instrumenty pochodne z fizyczną dostawą. najdroższa jak na razie w historii lekcja pewnej terminologii i techniki giełdowej, bo często prowadząca do tego, że nawet jeśli ktoś obstawił, że ropa faktycznie odbije w kwietniu, to stracił na miejscu niemal 57 $arów na baryłce. Ał, mogłeś mieć rację i pewnie wiele osób nawet miało, a i tak na tym straciło. Takich problemów nie mają za to w Somalii, gdzie giełda działa w bardzo specyficzny sposób. I kiedy myślimy o giełdzie, maczymy przed oczami ekrany, wykresy, klimatyzowane biurowce, terminale Bloomberga. Ale w 2009 roku w somalijskiej miejscowości Haradere powstał rynek, który działa trochę inaczej niż taki, który sobie wyobrażamy, bo nie ma tam garniturów, nie ma tam światłowodów. Są karabiny AK47, są granatniki i są księgi wieczyste zysków z okupu statków. Powstanie giełdy w Haradere to była w sumie odpowiedź na pewną rynkową potrzebę, bo piractwo w Somalii początkowo deklarowane jako walka z nielegalnym płowem ryb przez zagraniczne floty szybko przekształciło się w bardzo dochodowy biznes, polegający na zajmowaniu kontenerowców i zgarnianiu za te kontenerowce okupu. Tylko zorganizowanie wyprawy takiej pirackiej na ocean było dość kosztowne. Paliwo, łodzie, silniki, broń, wyżywienie dla załogi. Wszystko to wymagało kasy, której lokalni wodzowie często nie posiadali w całości. No i w praktyce działało to tak, że giełda w Haradery funkcjonowała jako swego rodzaju platforma crowdfundingowa albo fundusz venture capital dla przestępczości morskiej. Była otwarta 24 godziny na dobę i stała się centrum całej tamtejszej lokalnej gospodarki. I co najważniejsze udziałowcem mógł zostać każdy, również wy, gdybyście się tam pojawili. W obrocie nie znajdowały się co prawda akcje spółek technologicznych, ale udziały w misjach pirackich. A inwestować można było na kilka sposobów. Gotówkę można było dać, najprostsza forma, bo wpłacano dolary na pokrycie kosztów operacyjnych, ale można też było dać sprzęt zamiast pieniędzy. Na przykład inwestor mógł dostarczyć broń, amunicję, paliwo, nawigację GPS, co tam jest potrzebne jeszcze do skutecznego przejęcia statku. [muzyka] Mógł też zapewnić logistykę. Na przykład lokalne firmy mogły wnosić wkład w postaci usług, na przykład och transportu albo ochrony. Zasady podziału zysków były tam bardzo klarowne i jeśli wyprawa zakończyła się sukcesem, to armator porwanego statku wypłacił okup, a środki dzielono według ustalonej hierarchii. Najpierw spłacono koszty, potem lwią część zabierali akcjonariusze oraz lokalni wataszkowie, a reszta trafiała do załogi. Czyli ci, którzy bezpośrednio narażali życie, dostawali najmniej, no ale i tak dużo więcej niż pewnie przez całe życie pracy w Somalii. Mimo obrachu komputerów system był naprawdę bardzo zorganizowany. Prowadzono papierowe rejestry, w których skrupulatnie odnotowywano kto i co wniósł do danej operacji. A w szczytowym momencie lata 2009-2011 na tej giełdzie notowanych było ponad 70 różnych grup pirackich. Lokalna społeczność w dużej mierze akceptowała ten model, no bo giełda finansowała całą tamtejszą infrastrukturę, a zyski z piractwa trafiały i do lokalnych szkół, i do szpitali, i na budowę dróg. Wszystko to czyniło piratów z tamtego regionu, w zasadzie mecenasami całego regionu. Dziś ten status giełdy trochę podupadł i podupadł głównie z trzech czynników, bo po pierwsze międzynarodowa operacja morska Atalanta i obecność uzbrojonej ochrony na statkach handlowych bardzo obniżyły rentowność takich pirackich wycieczek. Do tego sam region Haradere stał się polem walki między rządem a islamskimi bojownikami z Alszabab, którzy mieli dość nietuzinkowy stosunek do piractwa, bo na starcie głównie je po prostu podatkowali, a dopiero potem go zakazali. I choć po 2012 roku aktywność piracka niemal zamarła, to miasto kilkukrotnie przechodziło z rąk do rąk i koncepcja giełdy całkowicie jeszcze nie zniknęła. W ostatnich latach 2023-2024 wraz ze wzrostem niestabilności na Morzu Czerwonym z kolei odnotowano już powrót do prób ataków pirackich. Ale jednak zorganizowana giełda w formie publicznego targowiska inwestycyjnego, jaka była znana z relacji Reutersa sprzed dekady, obecnie już może niestety nie funkcjonuje w tak jawnej i masowej przynajmniej skali, ale tak czy inaczej to pozostaje jeden z najbardziej jaskrawych przykładów tego, że zysk i ryzyko pojawia się nawet w najdziwniejszych miejscach do inwestowania. Wydawać by się mogło, że na przykład giełda we Włoszech będzie mniej dzika. Tylko jeśli myślicie, że giełda to jest miejsce sztywnej etykiety, no to możecie się zdziwić jak odwiedzicie Piatsafari w Mediolanie. Bo przed wejściem do Palatoo Mezanotte, siedziby włoskiej gie papierów wartościowych stoi pewien pomnik, który jest prawdopodobnie najbardziej dosadnym komentarzem do świata finansów, jaki kiedykolwiek powstał. Mowa o rzeźbie o oficjalnej nazwie LO V, czyli Love autorstwa Mauricio Catelana. I choć nazwa brzmi romantycznie, to akronim od słów liberta, odio, vendetta, eternita, czyli wolność, nienawiść, zemsta i wieczność. Brzmi doniośle, ale każdy kto na nią spojrzy widzi coś innego. Widzi po prostu ogromny 11mrowy środkowy palec wykonany z marmuru, kararejskiego marmuru. Rzeźba pojawiła się na placu w 2010 roku, zaledwie 2 lata po wybuchu globalnego kryzysu finansowego, który rozwalił portfele milionów ludzi i podważył zaufanie do banków. Gest katalana był dość jednoznaczny, ale artysta twierdził, że chodzi oczywiście o coś zupełnie innego. I faktycznie przy bliższym przyjrzeniu się rzeźbie widać, że to nie jest po prostu dłoń pokazująca środkowy palec, tylko dłoń zgięta w geście salutu rzymskiego, której pozostałe cztery palce zostały brutalnie odcięte. No jak zwał, tak zwał. Dlaczego giełda pozwoliła na to, że to ma tam stać? Początkowo sama rzeźba miała stać na placu tylko przez dwa tygodnie jako element czasowej wystawy. No ale tak się spodobała, że wybuchł ogólnomediolański spór o to, co z tym zrobić. Bankierzy doagali się natychmiastowego usunięcia, mówiąc, że to obraża powagę instytucji, a mieszkańcy powiedzieli, że w sumie spoko i przegłosowali, że rzeźba ma zostać. No sam autor złożył miastu ofertę, że odda rzeźbę w zasadzie za darmo, ale pod warunkiem, że zostanie ona tam na stałe. No i do dziś sobie stoi taki paluch. Także z miłością love. No a uciekając trochę z włoskiej giełdy, gdybyśmy przenieśli się z kolei w czasie na nowojorską giełdę przed 2001 rokiem i spojrzeli na paski z notowaniami, to pomyślelibyście, że trafiliście na lekcje matematyki w szkole podstawowej, bo zamiast przejrzystych cen typu na przykład 10,50 dolara zobaczylibyście zapisy typu 10 i 1/2 dolara albo co gorsza dla niektórych 10,5/8 i przez ponad 200 lat najpotężniejszy rynek finansowy świata nie używał systemu dziesiątko opierał się na ułamkach. konkretnie na systemie ósemkowym i potem 16astkowym. Skąd się to wzięło? I tu odpowiedź znów prowadzi nas, moi drodzy, do piratów. Piraci są chyba wszędzie, ale też do hiszpańskiego srebra. W 18 wieku, kiedy naradzał się handel w Stanach Zjednoczonych, to dominującą walutą w obu Amerykach nie był dolar, który jeszcze nie istniał, tylko hiszpańska waluta Real znany jako Real Deo Ocio, czyli kawałek ośmiu. Duża srebrna moneta o sporym wtedy zaufaniu, żeby wydać resztę, ludzie dosłownie rąbali monetę. na kawałki, która dzieliła się na osiem, więc powszechnym podziałem była 1/8 monety. Stąd też wzięło się słynne amerykańskie określenie two bits oznaczające 25 centów. Pojedynczy bit to była właśnie 1/8. A kiedy w 1792 roku ustalono zasady handlu akcjami, to system ósemkowy przyjęto wtedy jako naturalny standard, a przez 200 lat w efekcie minimalnym skokiem ceny była 1/8 dolara, czyli 12,5 centa. To oznaczało, że akcja mogła kosztować 20,18, a potem od razu przeskoczyć na 20 i1. Nie było nic pomiędzy. Z czasem, gdy rynek stał się bardziej płynny, a inwestorzy zaczęli walczyć o ułamki centów, no to system ósemkowy okazał się zbyt sztywny, więc wprowadzono systemastkowy, czyli była 116, co odpowiadało skokom o 6,25 centa. Dla współczesnego inwestora to jednak byłby koszmar obliczeniowy, a system miał kolosalną wadę, gigantyczne koszty, bardzo szerokie sprey, które nie mogły być mniejsze niż najpierw 12,5 centa, potem 6,25 centa. I te spredy były czystym zyskiem dla brokerów i animatorów rynku. Ukrytym kosztem dla zwykłego kupującego. To wszystko zmieniło się dopiero w kwietniu 2001 roku, kiedy Komisja Papierów Wartościowych i Giełd zmusiła giełdy do przejścia na system dziesiętny. Ceny nagle stały się zrozumiałe. Sprey drastycznie zmalały. Rocznie inwestorzy oszczędzają na tym miliardy, a teraz to pewnie nawet i dziesiątki miliardów dolarów. Ale system ułamkowy całkowicie nie zniknął, bo do dziś funkcjonuje w obligacjach w Stanach Zjednoczonych. Cena obligacji dalej kwotuje się w systemie opartym na ułamkach, konkretnie w 32 punktach. Więc jeśli zobaczycie notowanie obligacji jako 95 myślik 16, to nie oznacza 95 $ar 16 centów, to oznacza 95 i 1632, czyli równo 95,5 dolca wartości nominalnej obligacji. W przypadku bardzo precyzyjnych wycen stosuje się nawet podziały na 14, a nawet na 11 128. Także wszystko po to, żeby pouniać sobie trochę życie i funkcjonowanie. A my, moi drodzy, kończymy historią o bykach i niedźwiedziach. Bo każdy, kto chociaż raz otworzył portal finansowy, jeśli to zrobiliście, to widział te dwa symbole. Potężny byczek, byczek nacierający z głową tutaj do ataku. No i przyczajony niedźwiedź z uniesioną łapą. Przed wieloma giełdami świata od Nowego Jorku po Frankfurt stoją podobne rzeźby. Dlaczego te dwa zwierzęta są symbolem globalnych giełd? I teorii jest tu kilka, ale najbliższa prawdzie podobno jest taka, gdzie byki i niedźwiedzie wystawiano ze sobą do walki. Tak dobrze słyszycie. Są ryciny, które pokazują jak na przykład w Kalifornii organizowano walki byków i niedźwiedzi. by niedźwiedź miał co do zasady trudniej, bo często był przywiązany do słupa i puszczano na niego byka. Byk atakował niedźwiedzia robiącup i tak go do góry buup, a niedźwiedź próbował jakoś łapą do dołu tego byka tam bum bum rozwalić. No ale jak jesteście przywiązani do słupa to ogólnie szanse są marne. Więc byk z reguły wygrywał. Prawie zawsze wygrywał. Czyli dokładnie tak jak na giełdzie. Byki wygrywają z tymi głupolami, niedźwiedziami, które tylko panicznie robią takie o takie puupu łopu a byki robią proszę bardzo jebudu i niedźwiedzia Kilim. Także z tego to podobno się wzięło. Ta terminologia walki, no i też rozlewu czerwonej krwi spotem została utożsamiona z tym, co dzieje się na rynku na giełdzie. W sumie fajnie. Na pewno lepiej niż jakby wystawiano do walki kozę i kota. Kot też tak łapie łapą. Koza też do góry. Także czysty przypadek uchroni nas od tego, że nie oglądamy pomników kozy, tylko byka i niedźwiedzia. Także pamiętajcie o tym i pielęgnujcie swoje tutaj byczki takie gładźcie. 10 ciekawostek, moi drodzy i w sumie lubię ten typ odcinka, więc to nie są wszystkie ciekawostki i dziwactwa, które obowiązują na rynkach finansowych i na giełdach. Jak chcecie ich więcej, to napiszcie w komentarzu, może se zrobimy numer dwa takich ciekawostek. A jak chcecie wiedzieć już nie o ciekawostkach takich zabawowych, tylko o tym, co naprawdę jest ciekawe do inwestowania i być na bieżąco z rynkami i z giełdą, to koniecznie dołączcie do wersji premium portalu DNA, który jest już prawie 5000 innych inwestorów. Oni niemal codziennie dostają różne analizy, przemyślenia o rynkach, gospodarce, o spółkach ode mnie i całego naszego zespołu DNA, a także mają możliwość pooglądania jak ja sam inwestuję własne oszczędności w portalach łącznej wartości ponad 7,5 miliona złot. Duże pieniądze, dużo emocje, ale przede wszystkim masa nauki. Więc temat zajecie na stronie premium na rynków.pl. Link oczywiście w opisie do nagrania. W tym to już wszystko. Do zarobienia. Cześć.

Przewijanie do góry