GIEŁDA PIRATÓW? [Giełda Pirackich Wypraw]

Niezwykła Giełda W Historii

W 2009 roku w Haradere, na wybrzeżu Somalii, powstała giełda o charakterze wyjątkowym – nie notowano na niej akcji firm, a udziałów w wyprawach pirackich. To primera dekada XXI wieku sprzyjała rozwojowi niekonwencjonalnych modeli finansowania działań przestępczych, a giełda piracka stała się jej groteską, ale jednocześnie fascynującą przykładą zastosowania instynktów rynkowych.

Funkcjonowanie giełdy

Platforma działała jak Model działał fundusz inwestycyjny, ale zamiast typowych aktywów wymieniano papiery wartościowe dla ekspedycji pirackich. Uczestnicy mogli inwestować gotówką lub wymieniać towary – broń, paliwo czy urządzenia GPS. Zyski z udanych operacji dzielono między kapitałobierców i działających na terenie lokalnym!

Społeczne znaczenie

Zyski częściowo finansowały lokalna społeczność – szkoły, szpitale czy drogi – co sprawiło, że lokalna społeczność akceptowała制度. Model działał przez 2 lata, w czasie których notowanych było ponad 70 grup pirackich.

Zakończenie giełdy

W 2011 roku rosnąca presentność międzynarodowych operacji (takich jak misja Atalanta ONZ) oraz ustalona ochrona morska znacząco ograniczyła zyski z piractwa. Giełda schodła w niepamięć, ale jej istnienie wskazuje na wieczny humanistyczny impuls do organizowania się i wykorzystywania ryzyka finansowego.

Rynki

Typy treści

Zobacz pełną transkrypcję filmu

W 2009 roku w somalijskiej wiosce powstała giełda. Tylko, że nie notowano tam akcji firm, a notowano akcje misji pirackich. Tak, dobrze słyszycie akcje misji pirackich. Haradere, somalijska miejscowość na wybrzeżu. Powstała tam platforma, która wyglądała jak bardzo dziwny fundusz Venture Capital. Tylko zamiast garniturów były karabiny AK47. Zamiast ekranów Bloomberga były papierowe rejestry. Zamiast spółek były udziały w wyprawach pirackich i mechanizm był bardzo prosty. Piractwo na oceanie indyjskim było wtedy bardzo lukratywnym biznesem, a okupy za porwane kontenerowce sięgały milionów dolarów. Tylko, że organizacja pojedynczej wyprawy była stosunkowo droga. Paliwo, łodzie, broń, GPS, wyżywienie. No i lokalni wataszkowie często nie mieli na to wystarczająco dużo kapitału, więc otworzono giełdę 24 godziny na dobę i każdy mógł zostać udziałowcem. Wpłacasz gotówkę, dostajesz udziały, a jak nie masz gotówki, możesz przynieść coś innego. Broń, paliwo, amunicję, właśnie GPS. Masz firmę transportową, a nie masz tamtego, nie ma problemu. Możesz dorzucić logistykę na przykład. I jak wyprawa kończy się sukcesem, czyli okup wpływa, no to najpierw zwrot kosztów, potem lwią część biorą właśnie akcjonariusze i wataszkowie. Reszta dopiero gdzieś tam trafiała do załogi, która faktycznie ryzykowała jako tako życie, biorąc w tej udział w tej wyprawie. W szczytowym momencie między 2009 a 2011 rokiem notowanych było 70 ponad grup pirackich. Lokalna społeczność też akceptowała ten model, bo zyski częściowo finansowały i szkoły, i szpitale, i drogi w regionie. Co z tego teraz zostało w dzisiejszych latach? Niewiele. Międzynarodowa operacja morska Atalanta i uzbrojona ochrona na statkach trochę zabrały rentowność temu całemu biznesowi. Ale ta historia to jest najaskrawszy dowód na to, że taki instynkt giełdowy nie pochodzi czasem bezpośrednio z Wall Street. On jest gdzieś bezpośrednio w człowieku, nawet w najbardziej upadłym zakątku świata. Jeśli pojawia się zysk i pojawia się ryzyko, które trzeba połączyć, to natychmiast pojawia się rynek, który to odpowiednio wyceni. I pojawia się kapitał i pojawiają się akcjonariusze. Obserwujcie ten kanał, żeby wiedzieć więcej o takich rynkowych ciekawostkach. M.

Przewijanie do góry