Czy mieszkania w Polsce są drogie? Analiza kosztów na tle Europy
Michał Fitz porównuje ceny mieszkań, koszty kredytu hipotecznego i najmu w Polsce z danymi z innych krajów Unii Europejskiej, uwzględniając lokalne zarobki.
- Średnia cena za m² w Warszawie – 5 363 €, najniższa wśród stolic UE.
- Aby kupić 60 m² mieszkanie za gotówkę, statystyczne polskie małżeństwo musiałoby pracować ponad 8 lat przy pełnym odkładaniu dochodu.
- Rzeczywisty roczny koszt kredytu (APRC) w Polsce wynosi ok. 6,18 %, wyższy niż średnia strefy euro (3,72 %).
- Rata kredytu na 20‑letni kredyt pochłania nawet 80 % dochodu miesięcznego.
- Czynsz za 60 m² w Warszawie to 1 183 €, czyli ok. 36 % dochodu – taniej niż rata, ale nadal wysoki względem zarobków.
- Analiza uwzględnia wkład własny: potrzebny czas uzbierania 10‑20 % wynosi od niecałego roku do ponad półtora roku przy pełnym odkładaniu pensji.
Mimo względnie niskich cen bezwzględnych, niskie zarobki i wysokie koszty kredytu sprawiają, że własne mieszkanie pozostaje trudno dostępne dla wielu Polaków, podczas gdy w niektórych krajach UE (np. Belgia) obciążenie jest znacznie mniejsze.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Mieszkania drogie, najem też drogi, a kredyty jeszcze droższe. Można odnieść wrażenie, że mniej więcej taki przekaz dotyczący polskiego mieszkalnictwa krąży po przestrzeni publicznej. Często jako dowód, a jednocześnie przykrą konsekwencję tego stanu rzeczy podaje się odsetek młodych dorosłych, którzy wciąż zmuszeni są do życia na garnuszku u mamusi, bo nie mogą pozwolić sobie na swój kąt. Ile w tym prawdy? Sam się nad tym nieraz zastanawiałem. Dlatego postanowiłem wziąć tę sprawę pod lupę. Przeanalizowałem ceny za metr we wszystkich stolicach Unii Europejskiej, a także koszty najmu i kredytu. Oczywiście wziąłem też pod uwagę lokalne zarobki, bo niezależnie od cen na rynku w Polsce zarabia się przecież inaczej niż w Brukseli czy w Berlinie. I co mi wyszło? Na razie powiem tylko tyle, że Polak chyba nie powinien narzekać aż tak jak narzeka, choć ma jeden główny problem, który w dalszej części filmu omówię. Jeśli chcesz dowiedzieć się czy Polska na tle Europy jest tania, czy droga, gdzie za mieszkanie płaci się najwięcej, gdzie najwięcej można zarobić na najmie i kogo obarczają najdroższe kredyty, to zostań ze mną do końca filmu. Odpowiem na wszystkie te pytania. Nie zabraknie też innych ciekawych smaczków. Zapraszam na film. Sponsorem odcinka jest CMC Markets, globalny dostawca usług transakcyjnych i inwestycyjnych wiodący broker kontraktów na różnic, ofarujący 0% prowizji na CFD na akcje i ETFy z giełd w Polsce, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej z wyłączeniem Grecji. Partnerem odcinka jest walutomat, gdzie tanio i przyjemnie wymienisz waluty. Skorzystaj z linku w opisie i zaoszczędź 50% przy pierwszej wymianie. Ja nazywam się Michał Fitz, a ty oglądasz FX Mac, kanał, na którym tłumaczymy świat finansów już od 2016 roku. Jeśli chcesz być na bieżąco ze sprawdzonymi informacjami, które dotyczą twojego portfela, to nie zapomnij zostawić suba. Zapraszam też do zapisów na nasz inwestycyjny FX Magowy Newsletter. Potrzebny do tego link znajdziesz w opisie. Cała procedura zajmie ci chwilę, a zagwarantuje pokaźną pigułkę rynkowej aktualnej wiedzy. No dobrze, nie przedłużając już przejdźmy do konkretów. W Polsce nieprzerwanie od lat trwa debata na temat tego, że mieszkania są drogie i w związku z tym przede wszystkim młodych na nie stać. W efekcie ci zamiast usamodzielniać się na własnym kwadracie wciąż żyją z mamusią pod jednym dachem. Taka narracja dominuje dyskusję publiczną. A co jeśli skonfrontujemy ją z danymi? Tak się składa, że Eurostat bada jak duża część aktywnych zawodowo dorosłych w wieku od 18 do 34 lat mieszka wciąż z rodzicami. No i te statystyki dobitnie potwierdzają to, o czym przed chwilą powiedziałem. Ale zanim je pokażę, sam zastanów się i odpowiedz w komentarzu. Jaki procent młodych dorosłych w Polsce twoim zdaniem, wciąż mieszka z rodzicami? 20 30% 40% napisane? No to teraz zerknijmy na wykres. Jedziemy od dołu. Różowa i pomarańczowa linia to kolejno Holandia oraz Finlandia. Przez lata tylko około 20% z hakiem lub nawet nieco mniej osób w tym przedziale wiekowym wciąż żyło z rodzicami. W Holandii ten stosunek zaczął psuć się po pandemii i skoczył do około 30%. Ale to i tak są wartości poniżej unijnej średniej, którą zaznaczono kolorem niebieskim. Ta wynosi dziś około 37%. A Polska? My jesteśmy na wykresie zaznaczeni kolorem zielonym, czyli znajdziemy się na samym szczycie tego wykresu, co w tym wypadku wcale nie oznacza sukcesu. W szczytowym momencie, tuż po pandemii w 2022 roku, aż 55% młodych już pracujących Polaków wciąż mieszkało z rodzicami. Dziś odsetek ten jest minimalnie mniejszy, ale wciąż możemy mówić o tym, że ponad połowa takich osób dalej ma swoich rodziców za współlokatorów. Ponad połowa osób, które już powinny się usamodzielniać w Unii. Wyższy wskaźnik od nas ma tylko Malta. Malutka wysepka na Morzu Śródziemnym. Tu warto zadać sobie pytanie, dlaczego tak jest, co tych młodych tak bardzo trzyma w domach. Uwarunkowania kulturowe są pewnie jednym z wytłumaczeń, bo na pewno znaleźlibyśmy ich więcej niż jedno, ale raczej nie ma wątpliwości, że kwestia dostępności mieszkań to główny powód. W związku z tym pochylmy się dziś nad nią właśnie na tle reszty Europy. Czy nasze mieszkania faktycznie są tak nieosiągalne finansowo w porównaniu z tymi z innych krajów starego kontynentu? No to sprawdzamy. Rzućmy okiem na średnie ceny mieszkań. Będziemy operowali na pewnym uogólnieniu średniej cenie za metr kwadratowy w stolicy danego państwa. Warto mieć to na uwadze, bo to oznacza, że będą to prawdopodobnie najwyższe ceny średnie dla całego kraju. Trudno jednak znaleźć jednolite dane uśredniające wszystkie duże miejscowości. Niemniej skala problemu będzie tak samo widoczna na przykładzie samego Paryża, Warszawy, Berlina czy Lizbony. Warszawę zaznaczyłem na tym wykresie kolorem czerwonym, by dobrze się wyróżniała, a wszystkie ceny dla ujednolicenia podałem w euro. Jak widać pod względem samej średniej ceny za metr kwadratowy, wcale nie jest u nas tak źle. W wakacje za metr w Warszawie trzeba było zapłacić 5363 €. To ponad dwa razy taniej niż w Paryżu, który jest ewidentnie najdroższy. Niemal dwukrotnie drożej jest w Luksemburgu, Wiedniu czy Kopenhadze. Jeśli pod uwagę weźmiemy tylko największe gospodarki Unii, to Polska ma najtańsze mieszkania w stolicy spośród wszystkich. Tu ważna uwaga, bo możliwe, że nieco zmarszczyłeś brwi, gdy usłyszałeś aż 5000 EUR. to w końcu ponad 20 000 zł, a na polskich stronach najczęściej znajdziesz wartości bliższe 17 000. Skąd ta różnica? Moje źródło podaje osobno cenę w centrum i osobno poza centrum, a ja biorę z tego zwykłą średnią. W Warszawie centrum to jakieś 6500 € za metr, obrzeża około 4200. Polskie portale ważą to tym, gdzie tych mieszkań faktycznie jest najwięcej, a jest ich najwięcej poza centrum i dlatego wychodzi im mniej. Kluczowe jest jednak to, że wszystkie miasta na tym wykresie policzyłem dokładnie tak samo. Praga, Wiedeń i Lizbona są wyższe od swoich lokalnych statystyk, tak samo jak Warszawa, więc samo porównanie nie jest zniekształcone. Tak przedstawione dane pokazują, że mieszkania w Polsce nie są aż tak drogie względem reszty Europy, ale tak przedstawione dane mają jeden wyraźny mankament. Co z tego, że Austriak czy Szwed płacą za metr znacznie więcej, skoro zarabiają też wyraźnie więcej? No właśnie. Same ceny za metr są niejako oderwane od rzeczywistości. Dlatego postanowiłem zestawić je z danymi dotyczącymi średniego dochodu gospodarstwa domowego w stolicy danego kraju i wtedy już dochodzi do wyraźnego przetasowania wykresu. Policzyłem, ile lat musiałaby pracować statystyczna para obywateli danego kraju, by tacy zakochani mogli pozwolić sobie na własne komfortowe mieszkanie o metrażu 60 m kw. Podkreślę tylko, że źródło danych, które jest podstawą tych wyliczeń, wstępnie mówiło o mieszkaniu o wielkości 90 m², ale uznałem to za zdecydowanie nierealne. Mało kto z nas decyduje się na aż taki metraż, jeśli mieści się w pojęciu statystycznego obywatela. No to zerknijmy na wyniki. Podobnie jak wcześniej, Polska i Warszawa wyróżniają się na czerwono, ale już teraz widać, że są przesunięte bardziej w lewo w całej stawce, co oznacza, że sytuacja nie jest już taka kolorowa. 8 lat i 2,5 miesiąca. Tyle musiałoby pracować statystyczne polskie małżeństwo na standardowe mieszkanie w stolicy, pod warunkiem, że 100% każdej pensji przeznaczałoby na ten wydatek. Czyli w tym czasie mamusia gwarantuje dach nad głową, gotuje obiadki, a ubrania przez dekadę nosimy te same. To po tak przeżytych ponad ośmiu latach możemy za gotówkę kupić sobie własny godny kwadrat. Z podobnymi warunkami muszą się mierzyć Litwini oraz Szwedzi. Ci sami Szwedzi, których mieszkanie na metrze jest około 70% droższe, a jednak pracować muszą na nie podobnie długo, co Polacy na swoje. Za to najgorzej, cena mieszkania w porównaniu do średniej płacy wypada w Portugalii i Czechach. Para Portugalczyków aż 13 lat musi pracować na własny kąt w stolicy kraju. Za to po drugiej stronie spektrum są Belgowie. Im potrzeba tylko niecałych 5 lat. No dobra, tylko że takie wyliczenia zakładają nierealny scenariusz, w którym 100% pensji odkładane jest na zakup mieszkania, które to ostatecznie jest kupowane za gotówkę. Takie rozwiązania w dzisiejszej rzeczywistości nie mają miejsca. Przede wszystkim dlatego, że nikt nie będzie tak biedował przez dekadę, nawet jeśli ma tak łaskawych rodziców, którzy by na to pozwolili, ale także dlatego, że dziś większość z nas nie czeka na uzbieranie całej kubki, tylko idzie po kredyt, by mieszkanie mieć w miarę na już, a nie [parsknięcie] na za 10 lat. I to jest świetny moment, żeby pochylić się nad porównaniem dotyczącym hipoteki i kosztów kredytu. W ich wypadku również w przestrzeni publicznej krąży przekonanie, że jest drogo. Politycy opozycji nieeraz już grzmieli, że na tle Europy jest wręcz absurdalnie drogo. Czy faktycznie tak jest? Zanim jednak spojrzymy na liczby, dwie rzeczy, żebyśmy dobrze zrozumieli, co widzimy. Po pierwsze, to nie jest zwykłe oprocentowanie. to APRC, czyli europejski odpowiednik naszego RRSO, rzeczywistego rocznego kosztu kredytu. Obejmuje nie tylko odsetki, ale też prowizję banku, wycenę mieszkania i obowiązkowe ubezpieczenia. Wszystko co bank realnie ci policzy. Dlatego te liczby są nieco wyższe niż oprocentowanie, które zobaczysz w reklamie. To też średnia dla wszystkich kredytów, jakie w danym kraju faktycznie wzięto. I tych ze stałą stopą, i tych ze zmienną w takich proporcjach, w jakich ludzie po nie sięgali. Nie porównujemy więc jakiegoś teoretycznego produktu, tylko to ile naprawdę płaci przeciętny kredytobiorca w każdym z tych krajów. Po drugie, odcienie słupków. Ciemne to twarde dane Europejskiego Banku Centralnego. Te są w pełni porównywalne. Jasne to szacunki rynkowe dla krajów, w których EBC w tym zestawieniu nie podaje. Szacunki nie obejmują kosztów około kredytowych, więc są zaniżone. Innymi słowy, jasne słupki w rzeczywistości byłyby troszkę wyższe niż tu widzicie. Metodologia omówiona, to skupmy się na samych danych. Czerwony polski słupek aż bije po oczach i stanowczo wybija się ponad przerywaną poziomą linię. która wyznacza średnie oprocentowanie w strefie euro. Wynosi ono 3,72%. Tymczasem w Polsce w minionych miesiącach wynosiło około 6,18%. Gorsze warunki kredytowe od Polaków mają tylko Węgrzy i Rumunii. W innych czołowych gospodarkach Unii kredyt hipoteczny to znacznie mniejsze obciążenie dla obywateli. I tu pewnie rodzi się w twojej głowie jedno zasadnicze pytanie. Dlaczego jest tak drogo? No to już spieszę z odpowiedzią. Zacznijmy od tego, z czego w ogóle składa się oprocentowanie. To marża banku plus wskaźnik referencyjny, czyli u nas Wibor. Marża polskich banków to dziś średnio około 1,8% i to akurat nie jest jakaś oszałamiająca liczba. Problem robi się widoczny dopiero wtedy, gdy porównamy, ile kredyt kosztuje ponad to, co bank może dostać zupełnie bez ryzyka. W Polsce Narodowy Bank Polski trzyma stopę referencyjną na poziomie 3,75%, a kredyt hipoteczny kosztuje 6,18%. Narzut wynosi więc niecałe 2,5 punktu procent. W strefie euro Europejski Bank Centralny płaci bankom 2,25%, a kredyt kosztuje 3,72%. Narzut to więc niecałe półtora punktu, czyli polski bank bierze za to samo ryzyko o 2/3 więcej niż bank ze strefy euro. Czy w takim razie winę można zrzucić na te wredne banki, które zdzierają z biednych Polaków każdy ciężko zarobiony grosz? No nie do końca, bo taka sama pokusa istnieje w każdym kraju Europy. U nas jest tylko wyraźnie większa i wynika z tego, jak skonstruowany jest nasz system finansowy. Polski sektor bankowy ma chroniczną nadpłynność. NBP gromadząc rezerwy walutowe wpuszcza na rynek dodatkowy pieniądz, a potem ściąga go z powrotem emitując bony pieniężne oprocentowane na poziomie stopy referencyjnej. Bank stoi więc przed wyborem. Udzielić hipoteki na 25 lat z ryzykiem kredytowym, z ryzykiem stopy procentowej i z ryzykiem prawnym, albo kupić bon NB i dostać 3,75% bez żadnego ryzyka. Żeby kredyt się więc bankowi opłacał, musi pobić tę bezpieczną alternatywę. Dochodzi do tego podatek bankowy 0,44% rocznie od aktywów, którego Bon NBP nie generuje, a hipoteka tak, plus premia za ryzyko prawne po doświadczeniu z frankami i wakacjami kredytowymi. W takich warunkach nawet odgórne, ustawowe obniżenie marsz, a takie pomysły też się pojawiały, nie poprawiłoby sprawy. Ten pomysł przeanalizowała Polska Sieć Ekonomii w jednym ze swoich raportów. Wniosek jest taki, że administracyjne ścięcie marsz prawdopodobnie nie obniżyłoby raty kredytu, a po prostu wygasiło akcję kredytową, bo bankom przestałaby się ona opłacać. No dobra, ale na ostatnim wykresie pokazałem tylko suche procenty, a to jak w rzeczywistości jest drogi kredyt zależy przecież od zarobków. Dlatego też podobnie jak w przypadku ceny mieszkań, również tutaj odniosłem średnią ratę kredytu do statystycznego miesięcznego dochodu warszawskiego gospodarstwa domowego, czyli jakiegoś przykładowego młodego małżeństwa. Zakładamy, że takie małżeństwo bierze kredyt na 20 lat na mieszkanie o wielkości 60 m kw. pod uwagę dalej oczywiście bierzemy ceny warszawskie i wychodzi na to, że taka rata zjada nawet 80% obydwu pensji. Gorzej mają tylko Węgrzy, Portugalczycy oraz Czesi. W przypadku tych ostatnich mowa o blisko 100% miesięcznego dochodu gospodarstwa domowego. Za to tacy Belgowie mają względny luz. Potrzebują tylko 1/4 swojego dochodu na parę, by opłacić ratę. Nawet w przypadku takich niepozornych i biedniejszych od nas krajów jak Bułgaria czy Łotwa rata jest dużo wygodniejsza dla kredytobiorców. Efekt jest taki, że młodzi obarczeni hipoteką często muszą pracować ponad etat. I wiem to dobrze ze swojego towarzystwa, bo sam mam znajomych, których sytuacja do tego zmusiła, a przecież chcieli mieć tylko swoje, wygodne i wcale nie przesadnie luksusowe czy duże mieszkanko. Poza tym rata to nie jest jedyna trudność przy kredycie hipotecznym. Na samym początku pierwszą przeszkodą do przeskoczenia jest wkład własny, który też trzeba sobie uciułać. W jego wypadku oczywiście wartości potrafią się wyraźnie różnić. Niemniej podjąłem się zobrazowania tego na wykresie. Najpierw wyjaśnię na co w ogóle patrzymy. Żeby dane dotyczące wkładu w ogóle dało się porównać między krajami, przeliczyłem minimalny wkład własny na lata dochodu. Jeden słupek to odpowiedź na pytanie, ile lat musiałoby zarabiać całe gospodarstwo domowe, żeby uzbierać wymagany wkład na mieszkanie 60mrowe w stolicy swojego kraju. Tu również założyłem średnią pensję dla warszawiaków, skoro brane jest pod uwagę mieszkanie w Warszawie. Ciemna część słupka to wariant najniższy, czyli ile wystarczy przy programach dla młodych albo przy ubezpieczeniu niskiego wkładu. Jasna część to wymóg standardowy, ten który usłyszysz w banku, jeśli nie łapiesz się na żaden wyjątek. Tam gdzie słupek jest jednolity, kraj po prostu nie ma tej taniej ścieżki. W Polsce rekomendacja S mówi o 20% wartości mieszkania, ale banki dopuszczają 10, jeśli wykupisz ubezpieczenie brakującej części. Stąd nasze widełki. I jedna rzecz na koniec, bo inaczej ostatni słupek wygląda na błąd. Holandia ma zero, ponieważ tam wolno wziąć kredyt na 100% wartości nieruchomości. To nie znaczy, że holendrom jest łatwiej. To znaczy, że wchodzą na rynek bez oszczędności, ale za to z długiem większym niż nasz. No to teraz omówmy już same słupki, począwszy od naszego. Niecały rok. Tyle musiałoby pracować młode statystyczne małżeństwo na wkład własny przy założeniu, że obie pensje w całości są odkładane na kupkę. I to jest założenie szalenie optymistyczne, bo zakłada wszelkie ulgi. Bez nich czas ten wydłuża się do ponad półtora roku. W Danii, w Belgii czy w Wielkiej Brytanii, która wkradła się tu, choć nie jest oczywiście częścią Unii. Takie ciłanie to już kwestia tylko kilku miesięcy, maksymalnie pół roku. W tym wypadku znów najgorzej mają Czesi i Portugalczycy. Tam w najgorszym wypadku młode małżeństwo musiałoby odkładać 100% swojej średniej stołecznej pensji przez 2 i p roku by w ogóle mieć na wkład własny niczym na łazarskim rejonie nie jest więc kolorowo, ale najgorzej też nie mamy. Dobra, to jak kogoś nie stać, to niech wynajmuje. Nieraz pewnie słyszałeś ten argument. W związku z tym przyjrzałem się również tej kwestii, jakim obciążeniem dla portfela statystycznego Polaka i statystycznych Europejczyków z innych krajów jest więc najem. Najpierw rzućmy okiem na ceny. By trzymać się tych samych założeń, tu również pod uwagę wziąłem mieszkanie o powierzchni 60 m kw stolicy kraju. Ile kosztuje miesięczny czynsz taki lokal? Polskę i Warszawę standardowo zaznaczyłem czerwonym kolorem. Już gołym okiem widać, że nie jesteśmy w czołówce drożyzny. Koszt najmu to 1183 €. Porównywalnie jest w Rzymie, Pradze, Wiedniu czy Helsinkach. A przecież jak było widać na wykresie cenowym, mieszkania we wszystkich tych stolicach były droższe na metrze przy temacie kupna. Ciekawym przypadkiem jest właśnie Wiedeń, który na metrze jest dwukrotnie droższy od Warszawy, a mimo to czynż tam jest tylko nieznacznie droższy. Dlaczego? Wynika to z prowadzonej w Austrii polityki. czynsze są odgórnie regulowane, a dodatkowo miasto dysponuje ogromnym zasobem komunalnym. W efekcie stopa zwrotu znajmów w Wiedniu jest obok Paryża najmniejsza spośród wszystkich europejskich stolic. Obie wynoszą około 2,7%. Spośród czołowych gospodarek Unii czynż w polskiej stolicy ponownie jest najniższy. Warto zwrócić uwagę na najdroższą trójcę, która może wydawać się nieoczywista. Wyraźnym liderem jest Dublin, a zanim Amsterdam i Luksemburg. I tak jak w tym materiale robiłem już dwukrotnie, tu też umieściłem te bezwzględne kwoty w kontekście zarobkowym. Ponownie by trzymać się założeń pod uwagę wzięliśmy średni dochód gospodarstwa domowego ze stolicy, czyli nasze umowne młode małżeństwo. Ustaliliśmy wcześniej, że rata kredytu na mieszkanie o powierzchni 60 m może zjadać nawet 80% dochodu. Tu szybkie przypomnienie wizualne. A co z czynszem? No okazuje się, że tu jest dla pary wyraźnie korzystniej. Ten zjada tylko 36% dochodu takiego młodego małżeństwa. To wyraźnie mniej niż rata, ale i tak czołówka Europy pod tym względem. Tak jak przy samych bezwzględnych wartościach czynszów Warszawa była w tańszej połowie, tak po uwzględnieniu zarobków jest już w tej droższej. Wyjątkowo tanio wychodzą właśnie te wiedeńskie mieszkania, o których mówiłem przed momentem. Pomimo ogromnych cen bogaci mieszkańcy Luksemburga też płacą stosunkowo niewiele za najem. Taniej wychodzi nawet Amsterdam, który pod względem samych suchych cen był drugim najdroższym miastem. Poza tym od Warszawy tańsze są też Paryż, Praga, Berlin, Bruksela i Kopenhaga. Jak widać tu ponownie wybija się Lizbona z absurdalnym wręcz wynikiem. Czynż w tym mieście może zjadać nawet 60% dochodu gospodarstwa domowego. Okej, napatrzyliśmy się już na wykresy. Słupki mogą się teraz śnić po nocach. Zdaję sobie sprawę, że to dużo danych w skondensowanej formie. Dlatego teraz po prostu w kilku zdaniach podsumujmy sobie wszystko to, czego dowiedzieliśmy się z tych wykresów. Zacznijmy od Polski. Przede wszystkim, czy faktycznie możemy narzekać na to, że jest drogo? Jeśli spojrzymy na ceny bezwzględne, zarówno przynajmniej, jak i przy kupnie, wychodzi na to, że na tle Europy jest raczej tanio. No ale pogląd zmienia się w momencie wzięcia pod uwagę zarobków Polaków. wciąż zarabiamy zbyt mało względem krajów zachodnich, by mieszkania były tak wygodne finansowo, jak na przykład w Brukseli, która wyrasta na faworyta pod względem kosztów mieszkania. Te zarobki szczególnie bolą przy kredycie hipotecznym, który na tle Europy jest wyjątkowo niekorzystny. Oprocentowanie jest jednym z najwyższych w Unii. W mało którym kraju rata zjada tak dużą część dochodu gospodarstwa domowego jak w Polsce. Jeszcze raz rzućmy okiem na wykres, by sobie to utrwalić. Jeśli więc ktoś przejmuje się finansami tylko z dnia na dzień, na pewno korzystniej wyjdzie na najmie, ale wtedy nigdy nie będzie miał całkiem swojego mieszkania. Ci, którzy chcą sprawić sobie wymarzony własny kąt, muszą liczyć się z tym, że spłata kredytu, szczególnie w Polsce, to będzie nielada przeprawa. Niemniej statystyczny Polak, choć może pozazdrościć komfortu Belgowi, i tak ma znacznie lepiej niż Portugalczyk. Lizbona wypada najgorzej pod względem kosztów najmu, kosztów wkładu własnego oraz ceny mieszkania w przeliczeniu na lata dochodu. A co ciekawe, ceny bezwzględne wcale nie są tam takie fatalne. To znaczy, że Portugalczyk zarabia zdecydowanie za mało względem warunków mieszkalnych w swoim kraju, czyli podobnie jak Polak, ale jednak dysonans jest tam większy. Stosunkowo tanie do mieszkania są za to stolice państw bałtyckich Ryga i Talin. Natomiast tam trzeba liczyć się po prostu z niższym komfortem życia. Z kolei jeśli ktoś chciałby zarabiać na najmie to pod tym względem najlepiej wypada Dublin. Tam stopa zwrotu brutto jest zdecydowanie najwyższa. Wynosi około 7%. To efekt nie tyle świetnego rynku co niedoboru mieszkań. W Irlandii nie buduje się po prostu wystarczająco dużo, dlatego czynsze wystrzeliły. W efekcie czynsz pochłania większą część dochodu gospodarstwa domowego niż rata kredytu, a to wyjątek na tle reszty Unii, gdzie przeważnie rata jest droższa niż koszty najmu. Drugi i ostatni wyjątek to Belgia. Jeśli chcesz, żebym bliżej przyjrzał się któremuś wątkowi lub pod innym względem porównał warunki życia w Polsce na tle Europy, to daj znać w komentarzu. A jeżeli ten odcinek przypadł ci do gustu, to koniecznie zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia. [muzyka]








