20% spadku S&P500 w jeden dzień? Największe krachy giełdy w historii! Czego możemy się nauczyć? [Krachy giełdowe i ryzyko]

Czego się dowiesz?

Chcesz zrozumieć, jak działają rynki finansowe w chwilach kryzysu? Ten film analizuje największe krachy giełdowe w historii, takie jak Czarny Poniedziałek 1987 czy Flash Crash z 2010 roku. Omawia ich przyczyny, przebieg i konsekwencje, zwracając uwagę na wpływ czynników takich jak algorytmy HFT, panika inwestorów i regulacje rynkowe.

  • Największe załamania giełdowe w historii: Poznaj szczegóły Czarnego Poniedziałku, Flash Crashu z 2010 i krachu z marca 2020 roku.
  • Przyczyny krachów: Zrozum, jak czynniki takie jak algorytmy HFT, panika, regulacje i wydarzenia geopolityczne wpływają na rynki.
  • Konsekwencje krachów: Dowiedz się, jakie zmiany wprowadzono po największych załamaniach i jak wpłynęły one na postrzeganie ryzyka.
  • Lekcje dla inwestorów: Zdobądź wiedzę, jak przygotować się na przyszłe spadki i jak reagować w chwilach rynkowej paniki. Wnioski z filmu pomogą Ci podejmować bardziej świadome decyzje inwestycyjne.

Dodatkowo: Film omawia wpływ wydarzeń takich jak pandemia COVID-19 na rynki finansowe oraz przedstawia przykład „afery 100 sekund” na polskiej giełdzie. Partnerem filmu jest Freedom24.

Zobacz pełną transkrypcję filmu

Spadki po 5, 10 czy nawet 20% w przypadku pojedynczych spółek nie zaskakują już za bardzo inwestorów. To taki trochę element wpisany na stałe w naturę giełdy. Sytuacja jednak nabiera trochę innego wymiaru, jeśli takie zmiany, takie spadki dotykają całego szerokiego rynku i całych indeksów. Dla S&P 500, którego dzienne wahania w ostatnich 200 dniach, kiedy to nagrywam, wynosiły średnio zaledwie 1%, to nawet ruch o 2% już staje się powodem do jakiejś wielkiej, głębokiej analizy. No a co dopiero gdyby taki spadek był o 5% albo o 10%. A takie dni również się zdarzały. Cofnijmy się trochę w czasie i spójrzmy na takie dni. Spójrzmy na dni, kiedy cały rynek zapadał się pod własnym ciężarem. dni, kiedy inwestorzy zaczynali naprawdę na poważnie zadawać sobie pytanie, czy to jest już koniec. I takie dni, które na długie lata potem zapadały w pamięć. Rynki traciły wtedy w minuty, miliardy, a panika inwestorów przebierała trudną do wyobrażenia sobie dziś nam w głowach skalę. Niektóre z tych krachów były nawet nie tyle wynikiem problemów gospodarczych, a efektem czystego technologicznego chaosu lub po prostu ludzkim błędem. I takie wydarzenia powinny nam zawsze przypominać, że giełda nie zawsze działa logicznie. Emocje, impulsywne zachowania, błędy technologiczne, wszystko to może zmienić względnie spokojny dzień w prawdziwy rynkowy chaos. Więc w tym materiale prześledzimy dla was najbardziej spektakularne krachy na rynkach akcji, na tych amerykańskich rynkach akcji, ich przyczyny, przebieg i konsekwencje, które czasem na zawsze zmieniły sposób postrzegania ryzyka i całego rynku u wielu, wielu inwestorów. Partnerem odcinka jest Freedom 24, broker będący częścią grupy Freedom Holding notowanej na amerykańskiej giełdzie NZDQ. Dołącz do ponad 1 inwestorów w strefie premium DNA. To najlepsze miejsce do inwestycyjnej edukacji również dla ciebie. Dziękuję za wszystkie prawie 59000 waszych subskrypcji. Pomóżcie temu kanałowi rozwijać się dalej i zostawcie swoją już teraz. [Muzyka] [Aplauz] [Muzyka] Od pierwszego krachu, który sobie omówimy, minęło już niemal 15 lat. 6 maja 2010 roku. To jest dzień, który przeszedł do historii rynków finansowych jako dzień, w którym globalne rynki akcji doświadczyły jednego z trochę najbardziej dramatycznych, ale jednocześnie niezrozumiałych wydarzeń w całej swojej historii. Całe zjawisko trwało 36 minut. A w tym no jednak dość krótkim czasie indeks S&P 500 stracił nawet 9%, a Dow Jones stracił ponad 9%. No wtedy światowy rynek akcji był już i tak w stanie podwyższonej zmienności. Trwał europejski kryzys zadłużeniowy, który dotyczył głównie Grecji, która z trudem negocjowała plany ratunkowe z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Unią Europejską. Pojawiły się plotki o perspektywach rozpadu strefy euro. Na giełdach panował ogólnie niepokój związany z potencjalnym rozprzestrzenianiem się różnych problemów fiskalnych na inne kraje. W Stanach Zjednoczonych rynek już też reagował nerwowo na napływające informacje. No a to tylko zwiększało podatność na wahania cen. I raptem, raptem nagle tego dnia, około godziny 14:32 w Stanach Zjednoczonych, kiedy handel na rynku przebiegał dość spokojnie tego dnia, w ciągu kilku minut rynek zaczął gwałtownie, ale to bardzo gwałtownie tracić na wartości. Dow Jones, który wcześniej znajdował się na poziomie około 10800 punktów, spadł do 9800 punktów, niemal o 9%. Podobny spadek dotyczył również całego indeksu S&P 500, a niektóre akcje dużych spółek takich jak Proer and Gumble były sprzedawane zaledwie za ułamek swojej standardowej ceny potrafiły przeceniać się o nawet 30% w kilkanaście minut. Sytuacja wyglądała jakby raptem cały system zaczął wariować albo się walić. Jedną z anomalii, które występowały tego dnia były duże rozbieżności pomiędzy rynkami kontraktów futures a rynkami spot. Akcje Proer and Gumble 3M czy Accenture nadal spadały nawet po tym, jak kontrakty terminowe osiągały już swoje minima i zaczynały mocno odbijać. Podobnemu odklejeniu uległy też fundusze ETF od cen kontraktów terminowych. Kiedy już oba instrumenty zaliczyły dołek, to fundusze ETF odrobiły straty dużo szybciej, a różnica w wycenie w krótkim czasie sięga nawet 3%, no co dawało już niemalże idealną sytuację do pewnego zarabiania. Po dokładnym dochodzeniu przeprowadzonym później przez Amerykańską Komisję Papierów Wartościowych i Giełd, czyli SEC oraz Commodity Futures Trading Commission, tak zwane CFTC, ustalono, że jednym z istotnych czynników całego zamieszania były, nie inaczej algorytmy do handlu wysokiej częstotliwości. Kluczową rolę odegrało pojedyncze zlecenie sprzedaży kontraktów futures na indeks S&P 500 o wartości ponad 4 miliardy dolarów złożone przez dużego uczestnika rynku, którym to podobno miał być Wadle and Reed. Zleczenie zostało wykonane automatycznie bez żadnego uwzględniania płynności na rynku, a to spowodowało gwałtowny spadek cen kontraktu futures. No i wtedy odpalił się handel algorytmiczny. Handel algorytmiczny High Frequency Trading, który stanowi znaczną część wolumenu transakcji na giełdzie, zareagował na te spadki uruchamiając lawinowo kolejne zlecenia sprzedaży. A wszystko wywołało trochę efekt Domina, w którym ceny akcji i kontraktów spadały w gigantycznym tempie i aktywowały automatycznie różne zlecenia stop los po drodze, wymuszając poniekąd reakcje i u inwestorów detalicznych i instytucjonalnych. W 2010 roku około 40% transakcji na kontraktach terminowych i około 60% transakcji na akcjach już odbywało się za pośrednictwem algorytmów. S&P 500 tego dnia odrobił ponad połowę strat. Inwestorzy wykorzystali tą nieracjonalność giełdowego mechanizmu i zaczęli dynamicznie kupować i akcje, i ETFY, i kontrakty. Ostatecznie indeks zamknął sesję na - 3,2% i jeszcze w tym samym roku osiągnął nowe roczne szczyty. Lekcja z tego szybkiego krachu jest o tyle ważna dla was inwestorów teraz, że dziś algorytmy odpowiadają za jeszcze większy odsetek obrotu. W przypadku rynku akcji handel HFT generuje już niemal 80% całego obrotu, a to generuje podwyższone ryzyko podobnych flash crash wygenerowanych albo przez ludzki błąd, albo po prostu przez algorytmiczne domino. Inwestor musi być świadomy tego, że taka sytuacja nie zawsze jest synoniem katastrofy, zwłaszcza jeśli dookoła nie widać żadnej cenotwórczej informacji. Cofnijmy się trochę dalej w historii. 19 października 1987 roku, czyli tak zwany czarny poniedziałek, dzień, w którym indeks S&P 500 zanotował rekordowy jednodniowy spadek w całej swojej historii, ponad 20%. Krach miał daleko idące konsekwencje, które zmieniły i sposób, w jaki postrzegamy ryzyko na rynkach i doprowadziły do całego szeregu reform w strukturze całej amerykańskiej giełdy, zmieniając regulacje do handlowania. Najpierw nieco kontekstu. Lata 80. dynamicznego wzrostu gospodarczego w Stanach Zjednoczonych. Ten wzrost wspierała deregulacja rynku finansowego, wspierały cięcia podatkowe, rozwój technologii. Indeks S&P 500 odnotowywał wtedy spektakularne wzrosty. W ciągu około 5 lat poprzedzających ten krach rósł o około 250%. Wycena wskaźnikiem cena do zysku dla indeksu w szczycie tamtejszej hossy dochodziła nawet do poziomu 26, co wtedy było najwyższym poziomem od prawie 30 lat. No i w miarę jak ceny akcji rosły, rósł również entuzjazm inwestorów, a na rynku narastała powoli euforia. Wzrast był też częściowo napędzany przez coraz większe wykorzystanie nowych instrumentów finansowych, które wtedy się popularyzowały, takich jak kontrakty futures czy opcje, które to wprowadzały dodatkową zmienność i zwiększyły wpływ tej krótkoterminowej spekulacji na efekty na cały rynek. Popularyzacja tych instrumentów finansowych z dźwignią finansową zawsze napędza potencjalną euforię i panikę na rynku. No bo zalewarowany inwestor nie zawsze może sobie pozwolić na to, żeby po prostu przeczekać. Kiedy masz akcje, to powinny cię interesować w sumie fundamenty spółki, wycena tej spółki, ale kiedy masz kontrakty terminowe, to musisz też interesować się tym, czy wystarczy ci depozytu do utrzymania swojej pozycji na jutro. No i to trochę zmienia reguły gry. Na całym rynku zaczęły się wtedy pojawiać też oznaki różnych problemów. Rentowności obligacji rządowych zaczęły wzrastać, pogarszała się sytuacja bilansu handlowego w Stanach Zjednoczonych, a to z kolei wywołało napięcia na rynku walutowym. No i widać było, że jest jakieś powszechnie narastające napięcie. W tygodniach poprzedzających ten krach indeks S&P 500 już zaczynał tracić na wartości. No ale na pewno nic nie wskazywało na tak głębokie załamanie, jakie miało miejsce wtedy w czarny poniedziałek. 19 października rozpoczął się od ogromnej presji sprzedażowej na rynku właśnie kontraktu futures, co natychmiast przełożyło się na gwałtowne spadki na samym indeksie S&P 500. Inwestorzy obserwując pogarszającą się wtedy sytuację zaczęli masowo i lawinowo znowu wycofywać swoje środki, co sprawiło, że w ciągu jednego dnia indeks stracił dokładnie 20,5%. Wtedy odpowiadało to obniżeniu wartości całego rynku o około 500 miliardów dolarów. Akcje największych spółek takich jak Exon, IBM spadały o kilkadziesiąt procent w ciągu jednego dnia, no co tylko napędzało panikę. Dla wielu inwestorów detalicznych czy instytucjonalnych to był jeden dzień wielkiego chaosu. Na rynku futures wielokrotnie dochodziło do po prostu przerywania handlu z powodu tego, że nie było płynności, po prostu nie było nikogo chętnego do kupowania, a była masa chętnych do sprzedawania. Ten krach akurat nie miał jednej bezpośredniej przyczyny. Był efektem splotu różnych kilku czynników. Po pierwsze, tak jak już wspomniałem, popularyzacja spekulacyjnych instrumentów finansowych, które wtedy nie były nawet tak dobrze rozpracowane i zrozumiałe przez inwestorów jak dzisiaj. No co doprowadziło do nadmiernego wykorzystania w chwilach rynkowej euforii i paniki. Po drugie, były jakieś problemy na rynku obligacji. Po trzecie, w 1987 giełdy nie posiadały mechanizmów typu Circuit Breakers, które mogły tymczasowo zatrzymać handel w przypadku gwałtownych spadków cen. Nie było takich zabezpieczeń, które powstrzymałyby lawinę sprzedaży i dały inwestorom chwilę na zastanowienie się, co my w ogóle do cholery w tej chwili robimy. Dziś mamy takie mechanizmy zabezpieczające, które wstrzymują handel w przypadku gwałtownych zmian właśnie po to, żeby inwestorom dać chwilę na ochłonięcie. Przepisy amerykańskie przewidują trzy poziomy tych Circuit Breakers, które mają na celu wstrzymanie obrotu, gdy indeks S&P 500 spadnie o 7, 13 i 20%. to właśnie czarny poniedziałek był przyczyną wprowadzenia tych pierwszych mechanizmów zabezpieczających dla tamtego rynku akcji. Dziś sytuacja wygląda tak, że zabezpieczenia poziomu 1 lub dwa wstrzymują handel na 15 minut, a zabezpieczenie trzeciego poziomu wstrzymuje handel do końca całej sesji. Lekcja z czarnego poniedziałku jest prosta i niezwykle ważna dla każdego inwestora. Znowu na rynku nie istnieje ani zero, ani 100% prawdopodobieństwa jakiegoś wydarzenia. wydarzyć może się wszystko. Takie uderzenia zmienności, tak zwane Vmagedony, to nie jest czas na paniczne podejmowanie decyzji. To w większości przypadków czas na odejście od stołu, bo emocje w takim wypadku są naprawdę najgorszym możliwym doradcą dla każdego inwestora. I oczywiście łatwo mówić takie rzeczy po fakcie albo gdy się nie dzieją. Ale żeby daleko nie szukać, ostatni duży Volmagedon widzieliśmy na rynku w sierpniu 2024 roku. I co wtedy zrobiliśmy albo radziliśmy robić inwestorom? Dokładnie nic. Odpocząć i był o tym wpis na stronie w tym temacie. Takie wydarzenia pomimo że budzą gigantyczne emocje i strach, najczęściej są najlepszymi okazjami do zakupów. Tu pozwolę sobie zacytować pewne bardzo mądre zdanie. Markets often give a second chance at significantly cheaper prices with the same fundamentals when they do usually a sigma opportunity. Czyli rynki rzadko dają szansę do tego, żeby kupować coś po niskich cenach, jeśli ma takie same fundamenty, a jeśli już to się dzieje, to jest to Sigma Opportunity. Sigma opportunity, czyli nagłe, intensywne spadki wycen z przeróżnych powodów, ale zdecydowanie nie powiązanych z fundamentami spółki czy rynku. Jeśli boisz się w ich trakcie kupować, no to jest to zrozumiałe, ale dwa razy pomyśl, czy na pewno to jest dobry moment na sprzedaż. Czarny poniedziałek był dniem, który jak można było się spodziewać był praktycznie blisko dołka całej tamtej Bessy. Ostatnio wspomniany mechanizm Circuit Breakers zadziałał 18 marca 2020 roku w szczycie paniki COVID-19, a chwilę wcześniej zadziałał również 16 marca, kiedy tu miał miejsce drugi w historii najsilniejszy krach na całym amerykańskim rynku zaraz po czarnym poniedziałku, bo wtedy S&P 500 stracił ponad 12% względem poprzedniego zamknięcia. No czas szybko leci, prawda? A już niedługo minie 5 lat od tego wydarzenia. I tamten spadek był o tyle wyjątkowy, że w sumie nie różnił się szczególnie od całego średnioterminowego ruchu na indeksie. Cała ówczesna Bessa była ekstremalnie dynamiczna i przypominała ścianę klifu, po której spadał rynek. A rynek każdego dnia jednocześnie zaskakiwał olbrzymią zmiennością. W sumie cały ten materiał mógłby powstać tak naprawdę na bazie kilku sesji z tamtego miesiąca, no bo takiej dynamiki spadków rynek jeszcze nie widział. Pandemia COVID-19 zaczęła wywoływać niepokój na rynkach już na początku 2020 roku, ale skala całego zagrożenia dla gospodarki stała się jasną dopiero w lutym i w marcu. Władze na całym świecie zaczęły ogłaszać lockdowny, zamykały granice, wstrzymywały działalność gospodarczą, nakazywały ludziom pozostanie w domach. No i perspektywa masowych zwolnień, spadku konsumpcji, wstrzymania produkcji we wszystkich niemalże sektorach, no to było coś, co zdecydowanie wystarczyło do wprowadzenia paniki na rynkach. Do połowy marca indeks S&P 500 już znajdował się w trendcie spadkowym, tracąc około 20% od szczytu, który osiągnął w lutym 2020 roku. 9 marca, 12 marca, 16 marca. Wszystko to de facto były takie czarne poniedziałki miesiąca i każde z tych wydarzeń charakteryzowało się ogromnymi jednodniowymi stratami. Apogeum paniki przypadło jednak właśnie na 16 marca. Wtedy to inwestorzy stracili ewidentnie wiarę w szybkie opanowanie pandemii, a kolejne kraje wprowadzały surowe ograniczenia gospodarcze. Rynki już otworzyły się dramatycznymi spadkami, co natychmiast aktywowało Circuit Breakers pierwszego poziomu. Handel został wstrzymany na 15 minut w pierwszych minutach sesji po tym, jak SNB 500 spadał o 7%. No i po wznowieniu wyprzedaż była kontynuowana, a inwestorzy w panice wycofywali swoje środki z akcji na rzecz tak zwanych bezpiecznych przystani, jak obligacje skarbowe czy złoto. Rezerwa federalna Stanów Zjednoczonych starała się wtedy uspokajać rynki, ogłaszała kolejne programy stymulacyjne. 15 marca na dzień przed tym krachem Krachów tamtego okresu Fed obniżył stoły procentowe do niemal zera i aktywował program skupu aktywów o wartości 700 miliardów dolarów. Ale te działania nawet nie wystarczyły, a tylko utwierdziły rynek w przekonaniu, że sytuacja musi być naprawdę poważna i naprawdę fatalna. Rynki ostatecznie uspokoiły się dopiero po wprowadzeniu pakietów pomocowych fiskalnych na niespotykaną skalę, gdzie mowa o amerykańskiej ustawie Kers o wartości 2,2 biliona dolarów. W ogóle cała tamta Bessa była wyjątkowa. Rynki już wcześniej przechodziły przez recesje, kryzysy, przechodziły przez wojny, bezrobocie, złą politykę monetarną, ale no nie przechodziły jeszcze przez ogólnoświatowe zamykanie wszystkich gospodarek na klucz. I mimo to rynek dosłownie pięć sesji po 16 marca zaliczył swój dołek i jeszcze w tym samym roku znalazł się na nowym szczycie. Lekcja do wyciągnięcia jest tu bardzo ponadczasowa. Bessa zawsze trwa krócej niż hossa i zawsze zmniejsza majątek mniej niż hossa go powiększa. Inwestor tak naprawdę jakkolwiek trudne się to może nie wydawać, takie wydarzenia zawsze powinien mieć głęboko w nosie. Tylko i aż tyle. No to pora jeszcze na ostatni krach, który ma całkiem inny charakter i chociaż jego skala nie jest aż tak imponująca, to już jego powód pokazuje, że na rynkach wszędzie, wszędzie może czaić się coś dziwnego i coś co podrzuci nam kłody pod nogi. Flash crash. Flash crash wywołany plotkami o bombie z 23 kwietnia 2013 roku. Wtedy to rynek dostał fałszywe doniesienia o wybuchu w białym Domu opublikowane na Twitterze przez zhakowane konto Associated Press, jednego z najbardziej zaufanych dostawców newsów i wiadomości. Opublikowano tweet, który ogłosił, że w białym Domu doszło do eksplozji, a prezydent Barack Obama został ranny. W ciągu zaledwie kilku minut S&P 500 stracił około 1%. Ta informacja została co prawda szybko zdementowana, a Associated Press potwierdziło, że ich konto zostało zhakowane. No ale przez chwilę amerykańskie akcje zmniejszyły wartość rynkową o 140 miliardów dolarów. Gdy okazało się, że tweet był fałszywy, indeks akcji S&P 500 szybko odrobił straty, cały dzień skończył się finalnie na plusie o ponad 1%. Ale myślę, że ten kto hakował te konto zdecydowanie zdążył na tym zarobić. Tego dnia w zaledwie 3 minuty między godziną 139 a 13:12 wymieniono ponad 620 000 kontraktów terminowych na S&P 500 i ponad 180 000 kontraktów na 10letnie obligacje skarbowe Stanów Zjednoczonych. Niektórzy traderzy jasno wspominają, że nie pamiętają sytuacji, w której telefony zaczęły dzwonić tak bardzo na potęgę na dotychczas spokojnym rynku. Cały incydent miał też miejsce zaledwie tydzień po wybuchach na maratonie w Bostonie, co też spotęgowało ten niepokój i dodatkowo wyczuliło rynki na wszelkie informacje związane z bombami, wybuchami i dodatkowo podkręciły tym zmienność na takie doniesienia, które i tak okazały się nieprawdziwe. No jak widzicie, za tymi krachami na giełdzie nie zawsze musi stać recesja, wojna czy zapaść. Równie dobrze rynek może zawalić się pod wpływem plotki albo jednego zlecenia, które zostało wysłane w nieodpowiednim czasie. Nawet na polskiej giełdzie mieliśmy takie niestandardowe wydarzenie, tak to nazwijmy. W 2004 roku GPW uderzyła tak zwana afera 100 sekund. 4 lutego 2004 roku około godziny 15:15 Agnieszka K. zadzwoniła do jednego z pracowników biur biura maklerskiego PKO Rafała G. przekazując zlecenie kupna czterech kontraktów terminowych marcowej serii FW20H4 po każdej cenie. Rafał G. Wprowadził zlecenie do systemu, po czym niespodziewanie urwał rozmowę telefoniczną prosząc o późniejszy kontakt. Okazało się, że makler wprowadzający zlecenie popełnił dwie pomyłki. Po pierwsze na giełdę zamiast zlecenia kupna trafiło zlecenie sprzedaży kontraktu, a po drugie zamiast czterech kontraktów zlecenie dotyczyło 4000 kontraktów. No i gdy się pomylił, to chciał potem bardzo szybko przerwać to wszystko i zlecał zlecenie odwrotne już na kupno 4000 kontraktów. Te dwa następujące po sobie wydarzenia o tak wielkiej skali wstrząsły kursem kontraktów na WIG 20, bo bo po przekazaniu pierwszej dyspozycji kontrakty staniały o 6,6%, a za chwilę wzrosły o 17%. Dosłownie trwało to 100 sekund, jak kontrakty wróciły do swojego normalnego notowania, ale straty były ogromne, tak samo jak i zyski. Na zdarzeniu dom maklerski PKOBP stracił kilka milionów złotych, bo w wyniku całego zajścia zamawiający to zlecenie stracił 3,8 miliona złot, którą to stratę pokrył PKOBP oraz zapłacił karę do komisji papierów Wartościowych wynoszącą 0,4 miliona złot. Ale w wyniku dochodzenia ustalono, że na zajściu prawie 3 miliony złarobiła spółka Kagiliari z brytyjskich Wysp Dziewiczych, której to przedstawicielem w Polsce był znajomy maklera Rafała G. Arkadiusz O. Słożył on, jak się okazuje, w odpowiednim momencie zlecenie kupna, ewidentnie spodziewając się nagłego spadku wyceny, a po gwałtownym wzroście natychmiast złożył zlecenie sprzedaży. Ustalono też, że osobą, która zamawiała to zlecenie u mlara Rafaie była kuzynka przedstawiciela spółki Kagiliari. Pierwsza rozprawa w tym temacie odbyła się dopiero w 2011 roku. W lutym 2024 roku uległa przedawnieniu. Nikt nie został skazany. I na to spójrzmy zasłonę milczenia. No bo jaki rynek, takie flash crasheze. Każdy krach można jednak wykorzystać na swoją korzyść, co historia dobrze pokazuje, ale do tego przede wszystkim potrzeba bardzo dobrego rachunku, na przykład takiego, jakie oferuje partner odcinka Freedom 24. Freedom 24 to część notowanej na amerykańskiej giełdzie nazdach grupy Freedom Holding i obecnie jeśli założycie tam konto korzystając z linka z opisu tego nagrania lub z przypiętego komentarza, to możecie uzyskać od trzech do nawet 20 darmowych akcji o wartości do 800 $arów każda. No wtedy żaden krach wam nie straszny, jak dostaliście akcje bezpłatnie, prawda? Co trzeba zrobić? Wystarczy otworzyć rachunek, wpłacić odpowiedni depozyt, podać kod promocyjny i już można sobie odbierać akcje. A jeśli chcecie poznać sposoby na to, jak można działać na rynku, żeby starać się osiągnąć tą lepszą stopę zwrotu, to zapraszam też do wersji premium DNA, gdzie można dołączyć do ponad 1600 innych inwestorów. Więcej na ten temat znajcie na stronie premiumdnarynków.pl. A w tym materiale to już wszystko. Do zarobienia. Cześć. [Muzyka] [Muzyka]

Przewijanie do góry