Czy polski rynek nieruchomości jest odporny na nadchodzący kryzys cen.
W materiale analizujemy mechanizmy, które mogą wywołać spadek cen mieszkań na świecie – od rosnących rentowności obligacji poprzez wyższe oprocentowanie kredytów hipotecznych aż po zmiany w podaży i popycie.
Główne wnioski:
- W USA i innych krajach rozwiniętych liczba transakcji na rynku wtórnym jest najniższa od 30 lat, co poprzedza spadki cen.
- W Polsce kluczową rolę odgrywa decyzja Rady Polityki Pieniężnej oraz struktura kredytów (zmienna vs. okresowo stała stopa).
- Ograniczona podaż nowych mieszkań w największych miastach oraz wysokie oszczędności gospodarstw domowych działają jako amortyzatory.
- Scenariusz optymistyczny zakłada stabilizację inflacji i utrzymanie niskiej podaży, co może prowadzić do dalszego, choć wolniejszego wzrostu cen.
- Pessimistyczny wariant zakłada podwyżki stóp, wzrost podaży po reformie planowania przestrzennego oraz osłabienie rynku pracy, co może skutkować stagnacją lub rzeczywistym spadkiem cen.
Film przedstawia dane z raportów PKOBP, NBP oraz analizy międzynarodowe, umożliwiając widzowi samodzielną ocenę ryzyka i okazji na polskim rynku nieruchomości.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
kryzys. To słowo jest przez ostatnie miesiące odmieniane w opinii publicznej przez wszystkie możliwe przypadki. I oczywiście nie chodzi tu tylko o nasz kraj. W zasadzie cały świat mierzy się teraz z kryzysem energetycznym, a spora jego część z kryzysem bezpieczeństwa. Jest więc dość do przejmowania się, ale niestety pojawiają się sygnały, które sugerują, że tuż za horyzontem czycha kolejny kryzys, kryzys cen mieszkań. Tak, to co od dawna uchodzi za niemal pewną lokatę kapitału, już niedługo może okazać się pewną pułapką, przez którą masa ludzi straci część pieniędzy. W dzisiejszym odcinku wyjaśnię co dokładnie zwiastuje taki scenariusz. To bowiem nie jest zwykłe gdybanie, a swoista reakcja łańcuchowa. Efekt domina, a pierwsze klocki już zaczęły się przewracać. Ale nie chcę tylko straszyć, no czy też raczej ostrzegać. Dobra wiadomość jest taka, że w tym wypadku polski rynek nieruchomości nie należy do tych najbardziej zagrożonych. Może się okazać, że dla nas ta burza przejdzie bokiem, ale jest też wariant, w którym jednak nas nawiedza. W dzisiejszym materiale opowiem, co musi się wydarzyć, żeby nas nie tknęła i jak duże są na to szanse. Jeśli więc chcesz wiedzieć na jakie znaki zwracać uwagę, by być krok przed wszystkimi na rynku nieruchomości, zostań ze mną przez najbliższe kilkanaście minut. Zapraszam na film. Partnerem odcinka jest Polskie Biuro Nieruchomości w Hiszpanii Home in Spain. Zamień oszczędności w bezpieczną inwestycję. Link do oferty znajdziesz w opisie. Ja nazywam się Michał Fit, a ty oglądasz FX Mac, kanał, na którym tłumaczymy świat finansów już od 2016 roku. Jeśli chcesz być na bieżąco ze sprawdzonymi informacjami, które dotyczą twojego portfela, to nie zapomnij zostawić nam suba. No dobrze, ale co w takim razie zwiastuje ten kryzys cen nieruchomości? Jakie znaki na niebie i ziemi, no choć w tym wypadku raczej na Ziemi wskazują, że nadchodzi? To nie wróżenie SW fusów, a ciąg przyczynowoskutkowy. Na jakim etapie się znajdujemy i dlaczego ten kurs prowadzi wiele rynków nieruchomości z całego świata prosto w cenową przepaść? Wyjaśnijmy to sobie po kolei. Pierwszego zwiastuna należy szukać na rynku długu. Również na FX Mac poruszaliśmy już kilkukrotnie temat rosnących od tygodni rentowności obligacji, głównie amerykańskich, ale nie tylko, bo podobny trend można zaobserwować także w przypadku tych japońskich czy niemieckich. Rzućmy szybko okiem na wykres rentowności 10letnich obligacji amerykańskich. W szczycie pandemii wynosiła ona ledwo 62%. od tamtego momentu z różnymi wahaniami rośnie, a w ostatnim czasie robi to już wyjątkowo dynamicznie. W efekcie mówimy dziś o rentowności przekraczającej próg 5%. Dzieje się tak, bo jest na nie wyjątkowo mały popyt, więc ceny spadają, a gdy spada cena obligacji, to jej rentowność rośnie, bo przecież kupon jest stały. Za mniejszą cenę dostajemy więc wciąż takie same odsetki. No dobrze, ale skąd właściwie ten słabnący popyt? Tu należy wskazać trzy powody i omówimy je sobie w szkawce. Po pierwsze, rosnące ceny ropy, a wraz z nimi rosnące ceny wszystkiego innego, czyli inflacja. Przez to stały kupon traci na wartości, więc inwestor chce wyższej rentowności, żeby inflacja mu jej nie zjadła. Po drugie, deficyty budżetowe państw, w tym wypadku głównie USA. Rząd musi emitować coraz więcej długu, a większa podaż obligacji przy takim popycie oznacza niższe ceny, więc wyższe rentowności. No i po trzecie, oczekiwania wobec stóp procentowych. No i po trzecie, oczekiwania wobec stóp procentowych, co jest w zasadzie powiązane z pierwszą przyczyną. Jeśli rynek spodziewa się, że stopy zostaną podniesione, to nowe obligacje będą płacić więcej, więc stare tanieją. Dobra, jesteście dalej ze mną? Jeśli nie, to może warto podciągnąć się kawą, na przykład odmianami Rome oraz Palermo od naszego partnera Cafe Delmondo. Jak użyjesz kodu FX Mac, to pierwsze 30 dni dzierżawy będą bezpłatne, bo oferta Cafe Delmondo to nie tylko wyśmienita kawa, ale też możliwość dzierżawy sprzętu. Idealna opcja dla firm już od jednej złotówki. Link do oferty znajdziesz w opisie. Pierwszy klocek domina mamy omówiony. On już się wyraźnie przewraca. Następny to wyższe oprocentowanie hipotek. Kredyt hipoteczny o stałej stopie bank wycenia jako rentowność obligacji plus marżę za ryzyko. Skoro bezpieczne obligacje dają 5%, bank nie pożyczy na 30 lat taniej. I to widać świetnie na tym wykresie. Niebieska linia to oprocentowanie 30letniej hipoteki, a pomarańczowa to rentowność obligacji. Wyraźnie, niemalże synchronicznie idą do góry. W przypadku, w którym realizują się przewidywania co do podwyżek stóp procentowych, rośnie także oprocentowanie kredytów o zmiennej stopie. Rezerwa federalna już we wrześniu podniosła stopy procentowe o 25 punktów bazowych, a rynek oczekuje przynajmniej jeszcze jednej podwyżki do końca roku. A do końca roku zostały nam tylko dwa posiedzenia w październiku i w grudniu. Ten wykres pokazuje nam jak wygląda prawdopodobieństwo dla danego poziomu stóp po drugim z tych posiedzeń. Rynek daje aż 61% szans, że te będą o 50 punktów bazowych wyżej niż teraz, co oznaczałoby dwie podwyżki na dwóch kolejnych spotkaniach. Jeśli zmaterializowałby się ten drugi ze scenariuszy, oprocentowanie hipotek podskoczyłoby wyraźnie. Wyższe oprocentowanie to zwyczajnie droższa rata, a w momencie, gdy te robią się naprawdę wysokie, to coraz mniej osób na nie stać. Przez to kolejnym klockiem domina jest spadek popytu na rynku nieruchomości. Część kupujących całkiem odpada. Inni uznają, że wolą się wstrzymać i poczekać. No i tu już dochodzimy po nitce, a w zasadzie to po klockach do kłębka. Malejący popyt na rynku nieruchomości sprawia, że mieszkania stoją dłużej, a przecież wciąż przybywa też nowych, więc ostatecznie sprzedający muszą decydować się na obniżenie ceny. Szczególnie jeśli na przykład poczynili inwestycję na poczetnie się zadłużyli. Wtedy chcą pozbywać się mieszkań jeszcze szybciej, by problem się nie pogłębiał. Zjawisko rozlewa się wtedy w zasadzie na cały rynek i ceny mieszkań spadają wszędzie. Nie dzieje się to jednak od razu. Ta bomba ma długi ląd. Najpierw spada liczba transakcji na rynku, dopiero potem spadają ceny. Eksperci zauważają, że pełny efekt tego zjawiska przychodzi z opóźnieniem liczonym w kwartałach. Ni mniej pierwszy etap na rynku nieruchomości w USA już widać. Sprzedaż domów z drugiej ręki, czyli na rynku wtórnym, który w USA odpowiada za zdecydowaną większość wszystkich transakcji, jest najniższa od 30 lat. Historyczna norma to około 5,2 miliona transakcji rocznie. W 2008 roku, kiedy pękła bańka na rynku nieruchomości w USA, co ostatecznie doprowadziło do największego kryzysu finansowego XX wieku, tych transakcji było 4,13 miliona, a przez ostatnie trzy lata roczne wyniki są jeszcze niższe, bo wynoszą około 4,1 miliona. To najsłabsze wyniki od 1995 roku, a w sierpniu tempo sprzedaży spadło jeszcze niżej. Gdyby utrzymało się przez cały rok, transakcji byłoby nawet mniej niż 4 miliony. Na razie mocniej spadają jednak transakcje niż ceny. Te zaczynają się obniżać przede wszystkim na rynku pierwotnym, choć póki co nie drastycznie. Jak widać na tym wykresie, mediana ceny, za jaką sprzedają się nowe domy w USA, jest dziś o ponad 30 000 doarów niższa niż w szczycie z końcówki 2022 roku. To spadek o około 7%. Na rynku wtórnym mediana cen wciąż minimalnie rośnie. To efekt tego, że miliony Amerykanów mają kredyty oprocentowane na 3 do 4% sprzed kilku lat i nie chcą sprzedawać domów, bo nowy kredyt kosztowałby ich dwa razy więcej. Ofert jest więc mało, a to na razie podtrzymuje ceny. Podobne, a w niektórych przypadkach nawet gorsze scenariusze rozgrywają się już w wielu innych krajach. Oczywiście każdy z nich się nieco różni, ale sam mechanizm jest podobny. W W W W Wielkiej Brytanii już odnotowano wyraźny spadek liczby kredytów hipotecznych na zakup domów. W lipcu banki wydały o 15% mniej zgód na takie kredyty niż przed rokiem. Ceny na tamtejszym rynku nieruchomości utrzymują się raczej płasko, choć w przypadku stolicy Londynu już można zaobserwować pewne spadki. A to wszystko w momencie, w którym Bank Anglii nawet nie zaczął jeszcze podwyższać stóp procentowych. Biorąc pod uwagę sytuację na świecie, od tego raczej nie ucieknie. A wówczas sytuacja może się jeszcze skomplikować. Na jeszcze dalszym etapie kryzysu cen mieszkań jest już na przykład Kanada. Liczba transakcji w rok, a ceny od szczytu z 2022 roku poleciały w dół około 20%. Pewnym pocieszeniem dla Kanadyjczyków może być fakt, że wciąż są one wyżej niż w czasach sprzed pandemii. W przypadku tego rynku warto jednak zwrócić uwagę na bardzo ważny niuans, który ma spory wpływ na spadek transakcji i cen. To demografia. Bank Kanady opisuje jak w Toronto, gdzie trafia około 30% imigrantów do kraju, rekordowy napływ w latach 2022-2023 napędzał popyt na małe mieszkania. Potem liczba nowych przybyszów netto spadła z miliona 400 000 w 2023 roku do niespełna 300 000. Rynek budował się właśnie pod nich, przez co kawalerek jest teraz za dużo, a większych mieszkań, na które faktycznie jest popyt, zdecydowanie za mało. Efekt, ceny małych mieszkań w centrum Toronto są dziś nawet o 20-30% niższe niż w szczycie z początku 2022 roku. Pod lupę weźmy sobie jeszcze przypadek Australii. Tam również możemy obserwować poważny zastój na rynku. Liczba aukcji mieszkaniowych dziś jest o 30% mniejsza niż rok temu. Ceny w dwóch największych miastach, czyli Sydney i Melbourne spadły od ostatnich szczytów o około 7%. To w dużej mierze efekt tego, że Australia jest już na późnym etapie opisywanego wcześniej mechanizmu, czego najlepszym dowodem jest tamtejsza polityka monetarna. Podczas gdy wiele banków centralnych w tym roku podnosiło stopy procentowe dopiero raz, a inne jak na przykład NBP wciąż się z tym wstrzymują, to jego australijski odpowiednik zrobił to już czterokrotnie, z czego ostatni raz dziś rano. No dobrze, to tylko odległe przykłady. Nas przecież interesuje przede wszystkim nasz rodzimy rynek nieruchomości. Odpowiedzmy więc sobie na kluczowe pytanie. Co z tą Polską? Już na początku ważne zastrzeżenie. Ten domino mechanizm, który przed chwilą rozłożyliśmy na czynniki pierwsze, nie przekłada się na Polskę 1 do1. I nie chodzi o to, że jesteśmy jakąś zieloną wyspą, bo już nieraz przekonaliśmy się, że to hasło lubi się mścić. Chodzi o to, że u nas te klocki trzymając się analogii są po prostu inaczej poustawiane. Pamiętacie pierwszy klocek? rosnące rentowności obligacji, które w USA niemal automatycznie podbijają oprocentowanie 30-letnich hipotek. No właśnie tylko, że u nas czegoś takiego jak kredyt ze stałą stopą na 30 lat praktycznie nie ma. Polskie kredyty mają albo oprocentowanie zmienne oparte na Wiborze, a więc w praktyce na decyzjach Rady Polityki Pieniężnej, albo tak zwane okresowo stałe, najczęściej na 5 lat. Nasze raty zależą więc przede wszystkim nie od tego, co dzieje się na rynku obligacji, tylko od tego, co robi RP. A RPP na wrześniowym posiedzeniu stóp nie ruszyła. Stopa referencyjna wciąż wynosi 3,75%. Nie znaczy to oczywiście, że rynek obligacji nie ma na nas żadnego wpływu. Banki wyceniając kredyty o okresowo stałej stopie patrzą na długoterminowe stopy rynkowe i część z nich już podniosła oprocentowanie takich kredytów. Ale to jest bardziej lekkie popchnięcie klocka niż jego przewrócenie. Drugi ważny element układanki to oszczędności. W wielu krajach zachodu covidowa poduszka finansowa już się skończyła. Amerykanie przejedli swoje nadwyżkowe oszczędności już w połowie 2024 roku. A w Polsce, no tu jest zupełnie odwrotnie. W kwietniu depozyty polskich gospodarstw domowych wyniosły prawie 1,5łtora biliona złotych przy zadłużeniu na poziomie około 850 miliardów. Do tego wartość wszystkich aktywów finansowych Polaków na koniec zeszłego roku przekroczyła rekordowe 3,9 biliona złotych. Krótko mówiąc, mamy się czym podeprzeć, gdyby raty zaczęły rosnąć. No i trzeci element, być może najważniejszy, podaż. I tu od razu jedno zastrzeżenie, żeby nie pomieszać pojęć. Mówiąc o podaży, mam na myśli przede wszystkim rynek pierwotny, czyli nowe mieszkania od deweloperów w największych miastach. Ale to właśnie on w dużej mierze wyznacza ceny także na rynku wtórnym. Gdy nowych mieszkań brakuje, kupujący przenoszą się na rynek mieszkań z drugiej ręki i tam również podbijają ceny. Na zachodzie w ostatnich latach budowano sporo i dziś kupujący mają w czym wybierać, co daje im siłę negocjacyjną. U nas w dużych miastach nowych mieszkań jest coraz mniej. Według PKOBP liczba nowych inwestycji deweloperskich w sześciu największych aglomeracjach jest o 24% niższa niż przed rokiem. W skali całego kraju budów co prawda przybywa, ale głównie w mniejszych miejscowościach i w budownictwie indywidualnym, czyli nie tam, gdzie ceny są najwyższe. Oferta deweloperów w siedmiu największych miastach spadła poniżej 59 000 mieszkań, a od stycznia do sierpnia sprzedali oni o 13% więcej mieszkań niż wprowadzili na rynek nowych, czyli mieszkania schodzą szybciej niż przybywa nowych. A w takich warunkach trudno mówić o spadku cen. I zresztą tych spadków nie widać ani na rynku wtórnym, ani na pierwotnym. Średnia cena ofertowa mieszkań z drugiej ręki w Warszawie po raz pierwszy w historii przekroczyła 18 000 zł za metr. A w 10 dużych miastach, które analizuje grupa Morizon Gradka, metr kwadratowy używanego mieszkania jest średnio o ponad 5% droższy niż rok temu. Na rynku pierwotnym, czyli w ofertach deweloperów, w stolicy to już prawie 20 000 zł za metr. Do tego rośnie akcja kredytowa. W samym pierwszym kwartale tego roku banki udzieliły ponad 73 000 kredytów mieszkaniowych na łączną kwotę ponad 33 miliardów złot. To o ponad połowę więcej niż rok wcześniej. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że spora część z nich to refinansowanie, czyli przeniesienie starego kredytu do innego banku na lepszych warunkach, a nie zakup nowego mieszkania. PKOB szacuje, że to już około 30% sprzedaży kredytów mieszkaniowych. Zresztą polski rynek już raz pokazał, że potrafi być zaskakująco odporny. W 2022 roku RPP podniosła stopy procentowe aż do 6,75%. Rata przeciętnego kredytu w ciągu kilku miesięcy podskoczyła o jakieś 60% a zdolność kredytowa Polaków stopniała o 30 do 40%. Rynek kredytowy się załamał i co? Ceny mieszkań zarówno na rynku pierwotnym jak i na wtórnym i tak dalej rosły, no tylko że wolniej, bo rosły koszty budowy, bo przy dwucyfrowej inflacji mieszkanie wydawało się bezpieczną przystanią dla kapitału, bo część kupujących płaciła gotówkom. Dlatego właśnie mówię, że Polska nie jest dziś na pierwszej linii ognia, ale nie jest też całkowicie bezpieczna. Rozpiszmy sobie dwa scenariusze. Zacznijmy od tego optymistycznego, w którym burza przechodzi bokiem. Co musiałoby się wydarzyć, by się zścił? Przede wszystkim inflacja musiałaby się uspokoić. To dziś kluczowa zmienna, bo w sierpniu odbiła do 3,4% głównie przezdrożające paliwa. To właśnie przez to Rada Polityki Pieniężnej nie ma przestrzeni na jakiekolwiek obniżki. Jeśli jednak ceny ropy się ustabilizują, a inflacja zacznie wracać w okolice celu NBP, to Rada nie będzie musiała podnosić stóp i wtedy pierwszy klocek naszego polskiego domina po prostu się nie przewróci. Drugi warunek to utrzymanie ciasnej podaży na rynku pierwotnym w dużych miastach. Jeśli deweloperzy nie zaleją rynku nowymi inwestycjami, a mają tu sporą kontrolę, bo mogą sami regulować tempo startu budów, to mieszkań wciąż będzie za mało w stosunku do chętnych. Trzeci warunek to płace. Jeśli wynagrodzenia będą rosły szybciej niż raty, to zdolność kredytowa Polaków będzie się poprawiać, a popyt nie zniknie. A gdyby nawet przyszły chwilowe problemy, to wciąż mamy wspomnianą poduszkę oszczędności i relatywnie niskie zadłużenie gospodarstw domowych na tle innych krajów Unii Europejskiej. Jak wtedy wyglądałby rynek? Najprawdopodobniej ceny dalej by rosły, choć w bardziej umiarkowanym tempie niż w latach bumu. Ewentualnie czekałaby nas powtórka z przełomu 2024 i 2025 roku, kiedy ceny rosły wolniej niż inflacja, więc realnie spadały. W lutym 2025 roku średnie ceny ofertowe mieszkań w Polsce rosły jeszcze o 2% rok do roku, ale po uwzględnieniu inflacji były niższe o prawie 3%. No dobrze, a teraz ten mniej przyjemny wariant. Scenariusz drugi, pesymistyczny. Kryzys cen mieszkań dociera nad Wisłę. Co musi się wydarzyć, żeby tak się stało? Pierwszy klocek to podwyżka stóp procentowych i to wcale nie jest science fiction. Część ekonomistów już spodziewa się, że RP zacznie zacieśniać politykę pieniężną w czwartym kwartale, najpewniej po listopadowej projekcji NBP. A teraz uwaga, bo tu dochodzimy do czegoś, co sprawia, że Polska jest bardziej narażona niż mogłoby się wydawać. W ostatnich latach Polacy chętnie wybierali kredyty z okresowo stałą stopą. W pierwszym kwartale 2024 roku stanowiły one aż około 83% nowych kredytów mieszkaniowych. Ale ta proporcja szybko się zmienia. W pierwszym kwartale tego roku to już było tylko 64%. Dlaczego? Bo kredyt ze zmienną stopą daje wyższą zdolność kredytową, a kupujący walczą dziś o każdą złotówkę. Tylko, że to oznacza, że coraz więcej rad reaguje od razu na decyzję RPP. Pamiętacie Australię? Tam udział kredytów o stałej stopie spadł do około 5% i właśnie dlatego każda podwyżka banku centralnego natychmiast uderza w portfele kredytobiorców. My nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale idziemy w tę samą stronę. Dla porównania szacuje się, że jeden cykl obniżek stóp może podnieść zdolność kredytową przeciętnego kupującego nawet o około 8%. Podwyżki zadziałałyby więc mniej więcej odwrotnie. Drugi klocek to rynek pracy. Na razie jest stabilnie, ale pierwsze rysy już widać. Sama RPP w swoim komunikacie zwraca uwagę na spadek zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw, który utrzymał się także w lipcu. A jeśli ludzie zaczną bać się o pracę, to ostatnie o czym myślą to zaciąganie kredytu na 30 lat. Trzeci klocek to podaż, która dziś jest naszym największym atutem, a za jakiś czas może stać się problemem. W pierwszym półroczu tego roku wydano pozwolenia lub przyjęto zgłoszenia budowy ponad 145 000 mieszkań. To prawie 19% więcej niż rok wcześniej. Skąd taki wysyp? Deweloperzy masowo zabezpieczali sobie projekty przed wejściem w życie reformy planowania przestrzennego, która zaczęła obowiązywać od 31 sierpnia, a pozwolenie dziś to gotowe mieszkanie za 23 tr lata. Jeśli więc ta fala podaży uderzy w rynek pierwotny w latach 2027-202, akurat w momencie, gdy popyt osłabnie przez wyższe stopy, to mamy gotowy przepis na spadki cen. Najpierw u deweloperów, a potem siłą rzeczy także na rynku wtórnym, bo trudno sprzedać używane mieszkanie drożej niż nowe w tej samej okolicy. Podobny mechanizm widać dziś w Nowej Zelandii. Tam po poluzowaniu przepisów budowlanych w Oakland wydano w zeszłym roku 16 000 pozwoleń na budowę, dużo więcej niż przed pandemią. A gdy do tego doszły podwyżki stóp, ceny znów zaczęły spadać. Jeśli te klocki przewrócą się jednocześnie, to scenariusz jest dość czytelny. Najpierw spada liczba transakcji, potem deweloperzy zaczynają dawać rabaty, żeby upłynnić rosnącą ofertę, a na końcu spadają ceny na całym rynku, także wtórnym. Czy to oznaczałoby krach o 2030% jak w przypadku małych mieszkań w centrum Toronto? Raczej nie. Bardziej prawdopodobna jest stagnacja cen nominalnych, realne spadki i mocniejsze korekty w wybranych miastach i segmentach. Ale dla kogoś, kto kupił mieszkanie na górce z wysokim kredytem na zmiennej stopie, nawet taki scenariusz może okazać się bolesny. No dobrze, to który z tych scenariuszy jest bardziej prawdopodobny? Sprawdźmy, co mówią eksperci. Centrum Analiz PKOBP w swoim wrześniowym raporcie prognozuje, że w ciągu najbliższego roku ceny transakcyjne mieszkań wzrosną o 3 do 5%. Skąd ten optymizm? Analitycy wskazują na rosnący popyt przy jednocześnie kurczącej się ofercie deweloperów. Do tego dochodzą rosnące koszty budowy, drożeją działki przez wspomnianą reformę, wchodzą nowe warunki techniczne, a do tego tak zwana ustawa schronowa. A drożejąca budowa to drożejące mieszkania. Z danych NB wynika z kolei, że w pierwszym kwartale tego roku ceny transakcyjne zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym były zbliżone do tych sprzedroku, a po uwzględnieniu inflacji i wzrostu wynagrodzeń realnie spadały. Analitycy Oto Dom zwracają natomiast uwagę, że dynamika wzrostów słabnie. W żadnym z siedmiu największych miast ceny na rynku pierwotnym nie rosną już szybciej niż 10% rok do roku. To wyraźna zmiana w porównaniu z latami bumu, kiedy takie wzrosty były normą. Czy więc Polska okaże się odporna na nadchodzący kryzys cen mieszkań? Na dziś odpowiedź brzmi raczej tak, ale mniej niż rok temu i nie na zawsze. Mamy bowiem dwa amortyzatory, których nie ma już zachód, czyli oszczędności i niedobór nowych mieszkań w dużych miastach. Ale trzeci, czyli stałe oprocentowanie kredytów, powoli tracimy. A to oznacza, że o losie polskiego rynku nieruchomości w dużej mierze zdecyduje to, co w najbliższych miesiącach zrobią ceny ropy, inflacja i Rada Polityki Pieniężnej. A co ty myślisz, drogi widzu? Który scenariusz jest twoim zdaniem bardziej prawdopodobny? Czy planujesz w najbliższym czasie kupno mieszkania? A może właśnie się wstrzymujesz? Daj znać w komentarzu. Jestem bardzo ciekawy twojej opinii. A jeśli materiał ci się spodobał, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia. [muzyka]
