Prześwietlamy wydatki Polski na zbrojenia – analiza finansowania i rzeczywistych kosztów
W materiale Michał Fitz szczegółowo omawia, jak rzeczywiste wydatki na obronność różnią się od zapowiedzi rządowych, wykorzystując dane NATO, raport NIK oraz analizę funduszu wsparcia sił zbrojnych.
Kluczowe wnioski:
- Rzeczywiste wydatki na zbrojenia w 2022‑2024 r. były niższe od deklaracji o 0,5‑1 pkt proc. PKB, co przekłada się na kilkadziesiąt miliardów złotych.
- Fundusz wsparcia sił zbrojnych finansowany jest głównie poprzez dług; prognozowane koszty obsługi długu do 2035 r. wyniosą ponad 403 mld zł, podczas gdy planowane zasilenie z budżetu wynosi jedynie ok. 46 mld tworząc lukę ponad 350 mld.
- Największe segmenty wydatków to obrona przeciwlotnicza (program Wisła i powiązane systemy – około 178 mld zł), sprzęt pancerny i artyleryjski (≈ 80‑85 mld zł), lotnictwo (F‑35, FA‑50, śmigłowce Apache – ok. 80 mld zł) oraz marynarka (fregaty, okręty podwodne – ok. 33 mld zł).
- Główni kontrahenci to Stany Zjednoczone (≈173 mld zł), polskie przedsiębiorstwa (dzięki programowi SEJ i produkcji krajowej – ok. 170 mld zł), Korea Południowa (≈90 mld zł), Szwecja (okręty podwodne) oraz Wielka Brytania (systemy rakietowe).
Analiza pokazuje, że mimo imponujących deklaracji, struktura finansowania oparta na pożyczkach może w nadchodzących latach przekształcić fundusz wsparcia w obciążenie budżetu MON, zmuszając do przeniesienia środków z nowych inwestycji na spłatę odsetek.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Straszą nas już nie tylko media, ale nawet premier naszego kraju, który o potencjalnej rosyjskiej eskalacji powtarza teraz w zasadzie w co drugim politycznym wystąpieniu. Jednocześnie od miesięcy rządzący chwalą się tym, ile to nie wydają na obronność. I już teraz zdradzę, że w praktyce te kwoty nigdy nie są tak wysokie jak te zapowiadane. Dlaczego? To nie kwestia propagandy, a pewnego kruczka dotyczącego finansowania, który już niedługo może nam się odbić czkawką. Szerzej ten problematyczny wątek opiszę w dzisiejszym odcinku. Tarcza wschód, program Wisła, miecznik, orka. Co znaczą te kreatywne kryptonimy? jakie kwoty się za nimi kryją i kiedy dojdzie do ich realizacji. W dzisiejszym materiale dokładnie omówię te programy, przedstawię na co i jak duże pieniądze są wydawane, ile idzie na tak istotną dziś obronę przeciwlotniczą, ile na czołgi, ile na okręty podwodne, ile na myśliwce. W tym materiale przyjrzymy się skrupulatnie kosztorysom. Przeanalizujemy też listę kontrahentów. Do kogo trafiają te ogromne środki? Miliardy złotych wypływają tylko za granicę, czy może jednak nasze rodzime spółki też są zaprzęgane do działania? Już teraz mogę zdradzić, że te statystyki prawdopodobnie cię zaskoczą. Jeśli więc w obecnych niespokojnych czasach szukasz konkretów dotyczących zbrojeń, a nie tylko ambitnych zapowiedzi i haseł, to właśnie tutaj je znajdziesz. Zapraszam na film. Wykorzystaj wiedzę ekspertów na żywo. Zapraszamy na bezpłatne szkolenia inwestycyjne prowadzone przez doświadczonych ekspertów CMC Markets. Dowiesz się z nich jak analizować aktualne tendencje, jak zarządzać ryzykiem i wykorzystywać okazje na giełdzie. Czysta rynkowa praktyka. Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego zapisz się na najbliższe spotkanie już teraz 16 września. Widzimy się w Krakowie. Link w opisie. A jeżeli wolisz inne miasto, to wejdź na stronę w opisie i sprawdź harmonogram szkoleń. Ja nazywam się Michał Fit, a ty oglądasz FX Mac, kanał, na którym tłumaczymy świat finansów już od 2016 roku. Jeśli chcesz być na bieżąco ze sprawdzonymi informacjami, które dotyczą twojego portfela, to nie zapomnij zostawić suba. A jeżeli szukasz źródła rynkowej wiedzy oraz analiz, to koniecznie zapisz się na nasz FX magowy inwestycyjny newsletter. Potrzebny do tego link znajdziesz w opisie. Cała procedura zajmie ci chwilę, a zagwarantuje pigułkę pokaźnej, rynkowej i aktualnej wiedzy. Uznałem, że to dobry moment, by pochylić się nad tym, ile i na co wydajemy, bo sytuacja za naszą wschodnią granicą staje się coraz mniej stabilna, a przekaz coraz bardziej niejasny. Dlatego warto wiedzieć na czym stoimy. W końcu z jednej strony czytamy o tym, że Ukraina zaczyna wygrywać, bo atakuje coraz to kolejne cele głęboko na obszarze Rosji, a z drugiej dociera do nas mnóstwo sygnałów sugerujących, że Rosja może chcieć spróbować sprowokować lub wręcz zaatakować sojusz północnoatlantycki. I to nie są już domniemania domorosłych geopolityków, którzy przeczytali kilka książek o zimnej wojnie. Tak na przykład od kilku dobrych miesięcy powtarza nasz premier i to coraz częściej. Najpierw spore zamieszanie w opinii publicznej wywołał jego wywiad dla Financial Times, w którym Donald Tusk mówił wprost, że istnieje realne zagrożenie, że Rosja zdecyduje się na jakąś poważną prowokację albo nawet na ograniczony atak na któreś z państw traktatu. Dodał, że ma tu na myśli perspektywę krótkoterminową. Jak stwierdził, chodzi raczej o miesiące niż o lata. Dodał też, że ma na myśli głównie kraje bałtyckie, które są na pierwszej linii frontu. Wtedy w kwietniu zebrał za to cięgi od wielu komentatorów politycznych oraz od wyborców. Mówiono, że to próba odwrócenia uwagi od jakichś rządowych afer albo przedwyborcza zagrywka, która ma ludzi po prostu przestraszyć i zniechęcić do zmiany władzy w takim momencie. I totalnie rozumiem, dlaczego dużo osób mogło Tuskowi nie wierzyć. Natomiast w pewnym momencie to już przestał być tylko przekaz Tuska. O tym, że możliwa jest prowokacja lub nawet pewnego rodzaju ograniczony atak kinetyczny na członków NATO zaczęły trąbić także uznane zagraniczne media. Już na początku sierpnia Wall Street Journal powołując się na źródła z wewnątrz amerykańskiego wywiadu informował, że Putin może spróbować przetestować jedność sojuszu i przede wszystkim wiarygodność słynnego artykułu piąg, który mówi o wsparciu sojuszników w przypadku ataku na terytorium któregokolwiek z jego członków. Wówczas jednak źródło podało szerszy przedział czasowy. Mowa była o najbliższych latach. Sprawa na moment ucichła, ale oliwy do już nieco przygasającego ognia dorzucił sam szef CIA John Radcliffeff. Ten pod koniec sierpnia udał się z tajną wizytą do Moskwy z międzylądowaniem w Rydze. Do stolicy Rosji przyleciał na ledwie kilka godzin. Spotkanie poszło więc raczej kiepsko i odprawiono go z kwitkiem. Jak poszło dokładnie nie wiadomo, bo Stanom Zjednoczonym pierwotnie prawdopodobnie zależało na tym, by wycieczka Radcliffa była całkowicie nieujawniona. Niewykluczone, że udałoby się ją utrzymać w tajemnicy przez dłuższy czas, gdyby nie kilka amatorskich nagrań z Moskwy. Jeden Rosjanin nagrał amerykański wojskowy samolot lądujący na podmoskiewskim lotnisku Wukowo, a drugi stojąc w korku sfilmował przejeżdżający amerykański konwój. Amerykanie byli więc zmuszeni do potwierdzenia wizyty, ale określili ją mianem ściśle tajnej i nie powiedzieli oficjalnie o co chodziło. Od początku było jednak wiadomo, że o nic błachego, bo osobista delegacja szefa CIA to nie jest rutynowa procedura. Zdarza się rzadko i tylko w naprawdę istotnych sytuacjach. A najlepszym tego dowodem niech będzie ostatni taki przypadek. Miał on miejsce w listopadzie 2021 roku. Wówczas do Moskwy przyleciał ówczesny szef CIA William Berns, który jak później się okazało ostrzegł Rosjan, że Amerykanie wiedzą o ich planach ataku na Ukrainę. Chciał ich tym samym od tego odciągnąć, ale jak pokazał czas, nie udało się. Wojna wybuchła trzy miesiące później. Media zaczęły więc łączyć kropki z doniesieniami z początku sierpnia i zaczęły sugerować, że być może tym razem szef CIA chciał wystosować podobne ostrzeżenie tylko w kontekście ewentualnego ataku na członka NATO. Oficjalnie służby milczały, ale CBS, Politico czy Asios zaczęły męczyć swoich informatorów i ci mieli zgodnie potwierdzić ten scenariusz. Według nich Radcliff faktycznie pojechał do Rosji po to, by powiedzieć Putinowi, że Amerykanie wiedzą co knuje. Od tamtego czasu ostrzegawcza retoryka Tuska, która wcześniej była odświętna, stała się wręcz codziennością. Pod koniec sierpnia na kampusie Polska Przyszłości mówił, że dziś nikt nie ma już wątpliwości, że Rosja szykuje się do eskalacji napięcia nie tylko z Ukrainą, ale również z NATO. dodał, że nie chodzi tu tylko o wizytę szefa CIA w Moskwie, niejako potwierdzając, że to właśnie był jej powód. Następnego dnia podobny przekaz wysyłał w mediach społecznościowych powołując się na rozmowę z szefem NATO Markiem Rutem. Tu cytat: "Tak jak ostrzegałem, eskalacja ze strony Rosji postępuje. Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony Rosji wobec któregoś z członków NATO." Parę dni później na obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej mówił za to w ten sposób: >> "Jeśli my dzisiaj powiemy to tylko Ukraina", to ktoś za kilka miesięcy, za rok, za dwa powie: "Znowu to tylko Polska". >> W tym samym wystąpieniu wyliczał akty sabotażu i dywersji, za którymi ma stać rosyjski wywiad. Te nie są już odosobnionymi przypadkami, a niestety regularnymi wydarzeniami w różnych krajach sojuszu. Takie głosy o tym, że może się zrobić gorąco, po prostu trudno już zignorować. Trudno im nie uwierzyć. Rano pijesz sobie kawkę, nadrabiasz prasę i dociera do ciebie taki przekaz. Przed południem włączasz telewizor do drugiej kawki i znowu to samo. Oczywiście nikt nie twierdzi, że spadną nam na głowy bomby. Z doniesień wynika, że w grę wchodzi agresja w znacznie mniejszym stopniu i jak już to prawdopodobnie wymierzona w Litwę, Łotwę lub Estonię. Szczególnie drugie z państw budzi podejrzenia, bo to przecież tam międzylądowanie miał szef CIA. Niemniej w takiej sytuacji słuchając takich wypowiedzi własnego premiera Polacy mogą się przestraszyć. Pomyślałem więc sobie, że pewnym uspokojeniem może byłoby pokazanie tych wielkich zbrojeń, na które od lat wydajemy setki miliardów złotych pozyskanych z kieszeni podatników, no i z pożyczek. W końcu mówi się o wielkich inwestycjach i kwotach, ale mało który ze zwykłych zjadaczy chleba tak naprawdę wie na co te pieniądze idą. No więc już śpieszę z pomocą. Przyjrzymy się konkretnym kwotom i dokumentom, a potem każdy sam stwierdzi, czy jesteśmy spokojniejsi. Zgoda? No to ja dopijam kawkę i jedziemy. A jeżeli szukasz dobrej kawy, to skorzystaj z oferty od polskiej palarni kawy Cafe Delmondo. Jak użyjesz kodu FX Mac, to pierwsze 30 dni dzierżawy będą bezpłatne. To idealna opcja dla firm już od jednej złotówki. Link znajdziesz w opisie. Najpierw wyjaśnijmy sobie kwestię wydatków. Z dumą trąbi się, że Polska jest modelowym sojusznikiem NATO, bo nikt w stosunku do swojego PKB nie wydaje tak dużych pieniędzy na zbrojenia. Chwalą się tym nie tylko nasi rządzący, ale również Amerykanie. Z uznaniem mówił o tym chociażby sekretarz wojny USA Pete Hexet, a nawet sam Donald Trump podczas niedawnego szczytu sojuszu w Ankarze. W ubiegłym roku głośno było o tym, że w trakcie szczytu w Hadze wszystkie kraje członkowskie poza Hiszpanią zobligowały się, że będą zwiększały wydatki na obronność tak by w 2035 roku dobić do 5% PKB. Wówczas podkreślano, że Polska już w tym momencie prawie tyle wydaje i to prawda. W przeliczeniu na odsetek PKB nie ma kraju, który wydawałby więcej. Według danych NATO za zeszły rok Polska wydawała 4,48% PKB. Najwięcej w całym sojuszu przed Litwą, Łotwą i Estonią, które zajmują odpowiednio drugie, trzecie i czwarte miejsce. Na ten rok rząd zapowiada 4,83%. Widać więc konkretną zależność. Im bliżej zagrożenia, tym większe wydatki na obronność. Już w tym miejscu bardzo ważna uwaga. Ten odsetek wydatków nie jest sztywny. Założenia potrafią rozminąć się z rzeczywistością, a dane różnią się w zależności od źródła. Warto się temu przyjrzeć, bo w rzeczywistości według raportów NATO te wydatki od lat za każdym razem są mniejsze od tych, które pierwotnie deklaruje rząd. W 2022 roku Polska planowała wydać 2,7% PKB na zbrojenia, a według danych NATO ostatecznie wydano o prawie pół punktu procentowego mniej. Operując w procentach wydaje się, że to różnica praktycznie żadna, marginalna, ale przypominam, że mówiąc o PKB operujemy na gigantycznych kwotach. W tym wypadku te 0,49% to jest około 15,2 miliarda złotych, o tyle różnią się szacunki wydatków NATO według zapowiedzi rządu. Jeszcze większa różnica miała miejsce rok później. Rząd zadeklarował wydanie 4,2% PKB na zbrojenia, a zdaniem na to było to ostatecznie 3,27% prawie o cały punkt procentowy mniej, który przekładał się na 31,6 miliarda złotych. To kwoty, które miały iść na obronność, ale w raportach na to ich brakuje, a nie są to przecież drobne, za które można kupić co najwyżej waciki. W kolejnych latach różnice już się zawężają, ale wciąż pokazują tę samą tendencję. Te dwa ostatnie słupki są kreskowane z uwagi na to, że to szacunki na to, a nie twarde dane. No dobrze, czy to oznacza, że ktoś nas okłamuje? Ktoś obiecuje więcej, a daje mniej? No niekoniecznie. Te rozbieżności wynikają z kilku kwestii. Po pierwsze, metodologia. NATO samo ostrzega, że jego dane mogą znacząco odbiegać od tych podawanych przez władze krajowe czy zapisanych w budżetach narodowych. NATO liczy bowiem między innymi emerytury wojskowe i wydatki innych resortów na siły zbrojne, a wyklucza obronę cywilną. Po drugie, realizacja funduszu wsparcia sił zbrojnych. Budżet obronny, który rozdysponowuje Ministerstwo Obrony Narodowej jest wykorzystywany niemal zawsze w całości. Przy deklaracji wydatków od 2022 roku wliczany jest także powołany w marcu tamtego roku fundusz wsparcia sił zbrojnych. No i czym jest ten fundusz? upraszczając sprawę maksymalnie to takie konto w państwowym banku, z którego wydawane są pieniądze na zbrojenia z tą różnicą, że na tym koncie nie ma pieniędzy podatnika, a są pieniądze pożyczone. Fundusz ten stoi obok budżetu państwa i nie wlicza się go do deficytu. Jego plan pisze bank, uzgadnia minister finansów, a zatwierdza minister obrony. Sejm nad nim nie głosuje, ale kiedy rząd ogłasza prawie 5% PKB na wydatki zbrojeniowe, wlicza do nich zarówno budżet obronny, jak i właśnie plan funduszu. A plan i jego wykonanie to dwie różne rzeczy. W 2023 roku wydano z niego połowę tego, co zapisano. Rok później było już lepiej. Zrealizowano 70% tego założenia. W 2025 roku znowu podkręcono wynik. Udało się zrealizować 79% planu. Za to w tym roku przez pierwsze 6 miesięcy zrealizowano, uwaga, 14,5% założonych wydatków. Czy to opieszałość zarządzających? Ktoś tam przysnął na biurku nad taką ważną sprawą? Otóż nie. Sprawa jest bardziej zniuansowana. W połowie 2025 roku ten odsetek też był mizerny. wynosił nieco ponad 16%, a jednak udało się dobić do prawie 80% planu. Taki nierównomierny podział wynika z kilku rzeczy. Przede wszystkim sfinansowania. W momencie ustalania planu funduszu nie ma jeszcze pieniędzy na koncie. Pod każdy duży zakup trzeba najpierw zorganizować kredyt. Negocjacje trwają i zwykle kończą się jesienią. Dopiero wtedy do rozdysponowania pojawia się większość kapitału. Do tego na przesunięcie wydatków wpływa jeszcze kalendarz w branży zbrojeniowej. Płatności idą za dostawami, a te często kumulują się właśnie pod koniec roku. Taki sposób finansowania na bieżąco jest też wyjaśnieniem tego, dlaczego ostatecznie wydatki nie spinają się z planem. po prostu nie udaje się pozyskać takich pieniędzy, jakie optymistycznie założono. Potwierdza to chociażby śledztwo Najwyższej Izby Kontroli w sprawie wydatków z 2023 roku. Wówczas NIK uznała za nierealne wpisanie do harmonogramu wydatków funduszu zamiaru pozyskania finansowania dla trzech nowych kontraktów z pakietu koreańskiego na ponad 16 miliardów dolarów. Mimo że nie zakończono jeszcze procedury finansowania wcześniejszych umów, a fundusz miał wtedy zapewnione finansowanie tylko do 5 miliardów dolarów przez kredyt pomostowy. I przy tej kontroli NIK warto się zatrzymać, ponieważ izba wydała raport dotyczący funduszu i jego konstrukcji o bardzo wymownym tytule, który brzmi: "Wadliwie zaprojektowany fundusz wsparcia sił zbrojnych zagrożeniem dla modernizacji armii." Nie brzmi to optymistycznie, prawda? Co jest więc głównym problemem tego tworu? Przyjrzyjmy się wnioskom i wyliczeniom NIK. Jak słusznie zauważono w raporcie, fundusz swoje pieniądze pobiera z pożyczek oraz z emisji obligacji. Innymi słowy, z długu. A dług, jak wiadomo, generuje obciążenia w postaci samego zwrotu oraz odsetek, które oczywiście trzeba będzie kiedyś spłacić. W raporcie czytamy tu cytat. Mimo prognozowanej tylko do 2035 roku kwoty ponad 403 miliardów złotych kosztów obsługi instrumentów dłużnych zasilenia funduszu w tym okresie zaplanowano w wysokości mogącej pokryć niespełna 12% tej kwoty. Lepiej pomoże zrozumieć to ten wykres zamieszczony w raporcie. Dolna niebieska linia to planowane kwoty, jakimi fundusz ma być zasilany z budżetu państwa. Z kolei zielona to koszty obsługi zaciąganego rok do roku długu. Te oczywiście rosną łącznie te koszty do 2035 roku osiągną wartość ponad 400 miliardów złotych, podczas gdy państwo na ich pokrycie ma przewidziane tylko 46 miliardów. Zostaje nam więc luka rzędu ponad 350 miliardów. A może być ona nawet większa w rzeczywistości, bo Nick podkreśla w raporcie, że wszystkie dane prognostyczne, na których bazował MON przy konstruowaniu tego pomysłu, były nieaktualne lub niedoszacowane. Jak czytamy w raporcie, konsekwencje tych błędów nadejdą i będą dotkliwe. Konieczne będzie dokonywanie korekt zadań już wcześniej przyjętych do realizacji. Inni niezależni eksperci zauważają, że w nadchodzących latach fundusz zamiast wsparciem stanie się obciążeniem. Niewykluczone, że cały budżet MON zamiast na nowe inwestycje będzie szedł wyłącznie na utrzymanie wojska i obsługę kosztów długu zaciągniętych przez fundusz. I to może mieć miejsce już niedługo w momencie pierwszego poważnego rozjazdu na wykresie, czyli w 2028 lub nawet w 2027 roku. Tym średnio optymistycznym akcentem zamknę kwestię finansowania zbrojeń. Teraz skupmy się na tym, co już kupiono lub zakontraktowano. Broń, czołgi, myśliwce, drony, nowe projekty. Na co poszły te niemałe pieniądze? Blokiem wydatków, który pochłania najwięcej pieniędzy i jednocześnie jest tym najbardziej doinwestowanym jest obrona przeciwlotnicza. Wojsko wymyśliło sobie, że w ramach tego zagadnienia będzie realizowało programy o nazwach odpowiadających polskim rzekom. Stąd główny program Wisła, ale także programy takie jak Pirica Plus, Naref czy najnowszy z nich skupiony na przeciwdziałaniu dronom SAN. Nie są to programy zupełnie oddzielne od siebie, a wzajemnie się uzupełniające. Ich działanie koordynuje system IBCs zaprojektowany przez amerykański koncern Northtrop Graman. To sieć, która łączy ze sobą różnego rodzaju radary, które momentalnie, przynajmniej w założeniu, przekazują informacje o zagrożeniu do odpowiedniego środka rażenia. Można uznać, że programy działają piętrowo, a trzonem jest program Wisła. Ten opiera się na klasycznej obronie przeciwbalistycznej i przeciwlotniczej, a jego fundamentem są wyrzutnie rakiet Patriot o zasięgu 150 km. Te same, których tak dużo używano w ostatnich miesiącach na Bliskim Wschodzie i o które tak mocno zabiegają przed zimą Ukraińcy. Już w ubiegłym roku polskie wojsko chwaliło się na jednym z filmików jak działa program Wisła w połączeniu z systemem IBCS. Kolejnym poziomem tarczy przeciwlotniczej jest program Narew oparty o brytyjskie rakiety przeciwlotnicze CAMR o zasięgu około 45 km, czyli trzykrotnie mniejszym od Patriotów. Program ten ma jednak znacznie więcej wyrzutni niż program Wisła. Jego założeniem jest zapewnienie zagęszczenia. Trzeci poziom to program Pilica Plus złożony z 22 baterii. Jego założeniem jest ochrona baterii wyższych programów oraz baz przeciwlotniczych. Najmłodszy z tego całego rzecznego towarzystwa jest program. Ten jest odpowiedzią na zmieniającą się wraz z czasem formę wojny kinetycznej. Ta już dziś w dużej mierze jest oparta na dronach, a w przyszłości będą one na polu bitwy jeszcze ważniejsze. A dronów zbudowanych za kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy nie opłaca się strącać rakietami, których koszt można liczyć nawet w milionach. Stąd więc potrzeba stworzenia oddzielnego, wyspecjalizowanego w tym celu programu. W styczniu tego roku podpisano umowę o wartości 15 miliardów złotych netto na 18 baterii przeciwlotniczych. Tak prezentuje się w akcji na spocie Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Minister obrony mówi o 250 miliardach na obronę powietrzną. Suma faktycznie podpisanych umów, jakie udało mi się zidentyfikować, to około 178 miliardów. Reszta to prawdopodobnie plany, stąd ta różnica. Niemniej to wciąż ogromne kwoty równające się z całymi rocznymi wydatkami na całe zbrojenia. Te 4,83% PKB Polski to bowiem około właśnie 200 miliardów złot. Ale obrona przeciwlotnicza to oczywiście nie wszystko. Drugie największe koszty generują inwestycje w sprzęt pancerny oraz artylerię. Głównie polska armia kupuje czołgi Abrams oraz K2. Docelowo mamy posiadać po około 360 sztuk jednych i drugich. Łącznie wydatki zakontraktowane do tej pory na ten sprzęt to około 60 miliardów złotych. Blisko trzykrotnie mniej od obrony przeciwlotniczej. Nawet więcej od tego mogą kosztować wszystkie pakiety zakupów sprzętu artyleryjnego. Łącznie mowa o około 82 miliardach złotych. Część tych wydatków stanowią armatohałbice na podwoziu gąsienicowym o nazwie krab. Te produkowane są w chucie Stalowa Wola. Inny istotny element tej kategorii to koreańskie wyrzutnie rakiet Chunmu znane u nas pod nazwą Homar K. Koreańczycy to zresztą jedni z naszych głównych dostawców, ale o tym od kogo kupujemy opowiem w dalszej części nagrania. Do tego doliczyć warto także wozy bojowe Borsuk zakupione w ramach dwóch kontraktów o łącznej wartości około 14 miliardów złotych. One również produkowane są w Stalowej Woli. To teraz wróćmy na razie do przestworzy, bo wydatki i to niemałe dotyczą także lotnictwa. W ostatnim czasie najgłośniej było o zakupach myśliwców F35. Te zostały przywitane na polskim niebie z wielkim rozmachem. Ich dostawy mają trwać od tego roku, a zakończyć się w 2030. Łącznie dostaniemy ich 32 sztuki, co będzie kosztowało nas około 17 miliardów złotych. Do tego dochodzi jeszcze blisko 50 myśliwców FA50 wartych około 12 miliardów złotych. Na tym nie koniec inwestycji w lotnictwo, bo w ramach kontraktu z 2024 roku do 2032 roku dostaniemy niemalże 100 śmigłowców Apach. To koszt około 50 miliardów zł. Do tego dochodzą jeszcze zakupy kilku śmigłowców transportowych, na przykład modeli Merlin. Inwestycje obejmują także marynarkę wojenną, głównie w ramach dwóch programów o wymownych nazwach miecznik oraz Orka. Mieznik to trzy wielozadaniowe fregaty o łącznej wartości 15 miliardów złotych. Orka to z kolei zespół okrętów podwodnych. Ta część wojska jest u nas wyjątkowo zaniedbana. Dysponujemy na razie jednym okrętem podwodnym, który na dodatek w tym roku obchodził 40lecie. Trzy nowe w ramach kontraktu wartego 18 miliardów złotych zostaną dostarczone dopiero za kilka lat. Harmonogram dostaw to lata 2031 do 2038. Wcześniej, bo w przyszłym roku, ma być zrealizowany leasing innego okrętu podwodnego. Wszystkie te jednostki to sprzęt produkcji szwedzkiej. Dużo w mediach mówi się także o programie Tarcza Wschód, który ma być umocnieniem fortyfikacji wschodniej flanki NATO. Jego koszt to około 10 miliardów złotych, a realizacja trwa od 2024 roku i ma potrwać do 2028. Jego celem jest utworzenie kompleksowej regionalnej infrastruktury obronnej na wschodniej flance NATO. obejmuje budowę umocnień wzdłuż wschodniej i północnej granicy kraju. Na oficjalnej rządowej stronie projekt opisany jest w ten sposób. Tu cyta: "Tarcza wschód to cały system infrastruktury obronnej, a nie tylko jednolita linia okopów, bunkrów i jeży żelbetowych. Nie wszędzie będzie ona wyglądać tak samo. Tam, gdzie jest to możliwe będą wykorzystywane i wzmacniane istniejące naturalne przeszkody terenowe, lasy, bagna, rzeki czy skarpy. W zależności od potrzeb będą też budowane centra logistyczne, magazyny materiałów, elementy fortyfikacji i schrony czy systemy wykrywania oraz śledzenia dronów wykorzystujących radary, termowizje i nasł. Dodatkowo na stronie projektu znajdziemy także przykładowe wizualizacje zasieków tworzonych w ramach programu. Oto jedna z nich. Sam program jest o tyle istotny, że jego część zabezpiecza tak zwany przesmyk suwalski. To krytyczny pas ziemi w scenariuszu, w którym Rosja atakuje bałtyckie kraje NATO. Jego odcięcie praktycznie zamyka Litwę, Łotwę i Estonię w śmiercionośnym ucisku. A jak przebiega jego realizacja? Tu pojawiają się pewne rozbieżności z harmonogramem. Program ma zabezpieczyć 500 km granicy. Wojsko mówi, że 100 jest już gotowe, tylko że w tej setce mieszczą się też odcinki, na których beton leży w magazynie kilkadziesiąt kilometrów dalej. Realnych umocnień w terenie jest znacznie mniej. Na najważniejszym odcinku w tym przesmyku suwalskim, o którym mówiłem, najdłuższa linia zaporu liczy 2 km. Setki miliardów złotych. Tyle przez ostatnie lata wydaliśmy na zbrojenia. Nas sporo to kosztowało, ale za to ktoś inny porządnie na tym zarobił. Warto pochylić się na chwilę nad kwestią naszych kontrahentów. Od kogo kupujemy najwięcej? Ministerstwo nie podaje oficjalnych danych i zestawień w tej kwestii. Przedstawione przeze mnie wyliczenia opierają się na informacjach dotyczących już podpisanych kontraktów i te wyliczenia mogą niektórych zaskoczyć. Istnieje bowiem narracja, według której cały ten sprzęt sprowadzany jest z zagranicy, głównie z USA. I prawdą jest, że Stany Zjednoczone to największy kontrahent polskiego wojska. Jak widać na wykresie, przez ostatnią dekadę amerykańskie spółki uzgodniły z nami kontrakty na sprzęt o łącznej wartości około 173 miliardów złotych. Ale duża część tych wydatków zostaje w kraju. jest inwestowana w sprzęt produkowany na miejscu. Już wcześniej wspomniałem o krabach i borsukach wytwarzanych w Stalowej Woli. Około 170 miliardów złotych zakontraktowanych do tej pory zakupów sprzętu trafia do polskich producentów. Trzecia w zestawieniu jest Korea Południowa. Tamtejsze spółki zbrojeniowe w ramach kontraktów ustalonych przez ostatnią dekadę zarobią dzięki nam ponad 90 miliardów złotych. Czwarta jest Szwecja, która jak wspomniałem wcześniej wyprodukuje dla nas okręty podwodne. Konkretnie zrobi to tamtejsza spółka SAB. Kontrahentem przy programach przeciwlotniczych jest także Wielka Brytania. Jej słupek jest kreskowany, bo niemal na pewno można założyć, że jest to więcej niż te 12 miliardów złotych. Brakuje bowiem wyceny brytyjskiego komponentu Narvi i udziału w miecznikach. I jak? Zaskoczeni wydatkami, które zostają w kraju? Trzeba tu jednak zaznaczyć jedną szalenie ważną kwestię. Gdybym ten wykres sporządzał w 2025 roku, słupek dla Polski byłby znacznie niższy. Dobijałby do około 70 miliardów złotych. W tym roku ta wartość wystrzeliła dzięki europejskiemu programowi SEJ, który wzbudzał u nas tak duże kontrowersje. Realnie do polskich firm dzięki temu programowi wpłynęły zamówienia o łącznej wartości około 97 miliardów złotych. Umożliwiła to właśnie unijna pożyczka, która obliguje do wydawania tych pieniędzy wyłącznie w Europie. Omawiając te wszystkie inwestycje podawałem kwoty, które rozkładają się na kilka lat i na różne kontrakty. Ale wydatki z budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej to nie tylko nowy sprzęt. Na przykładzie tegorocznego budżetu warto więc przekonać się jak dokładnie rozkładają się koszty. Na co jeszcze idą pieniądze podatników? Sporządziłem wykres, by było to jak najłatwiejsze do przyswojenia. Jak widać wydatki na sprzęt i inwestycje to największy segment wydatków, ale też nie absolutnie dominujący. To 35% budżetu. 22,5% budżetu pochłaniają uposażenia i wynagrodzenia dla żołnierzy. Kolejne 15% to świadczenia pieniężne, w tym blisko 13 miliardów na emerytury dla wojskowych. Mniej więcej tyle samo idzie na utrzymanie i szkolenie jednostek. Reszta budżetu idzie na wydatki bieżące oraz dotacje i subwencje. Przypomnę tylko, że mówimy tu o samym budżecie MON bez uwzględnienia funduszu wsparcia sił zbrojnych, którego problematyczność omówiłem wcześniej. Jak widać prawie 1/4 budżetu to opłaty dla żołnierzy i o nich też nie możemy zapominać. Mówiąc o obronności, oni również są naszą inwestycją i co ważne coraz liczniejszą. Aż taka część budżetu na ich utrzymanie dziwić nie może, bo mówimy o trzeciej najliczniejszej armii wchodzącej w szeregi NATO. Więcej żołnierzy mają tylko Amerykanie oraz Turcy. Żaden inny kraj Unii nie ma tylu wojskowych co my, choć znajdziemy kilka liczniejszych narodów. Mało tego, u nas ta liczba w ostatnich latach wyraźnie wzrosła. Obecnie możemy mówić o około 155 000 żołnierzy zawodowych. Jeszcze 6 lat temu na początku tej dekady było ich wyraźnie mniej. około 110 000. Do tego dochodzi około 38 000 żołnierzy wojsk obrony terytorialnej i kilkanaście tysięcy tych, którzy odbywają dobrowolną zasadniczą służbę wojskową. I tym ludziom trzeba godnie, no w miarę godnie zapłacić. Szeregowy na starcie ma dziś 6500 zł brutto, ale 3 lata temu było to niecałe 5000. Średnia w wojsku przekracza 10 000. Taka liczebność i tak może już robić wrażenie, a plany są jeszcze ambitniejsze. Docelowo Polska ma mieć pół miliona ludzi w systemie obronnym, 250 000 w wojskach operacyjnych, 50 000 w Terytorialsach i 200 000 w rezerwie wysokiej gotowości do 2039 roku. A czy to się uda? No cóż, do tego czasu może się wydarzyć naprawdę wiele. No dobrze, tak z grubsza, drogi podatniku, wydawane są twoje pieniądze na twoje bezpieczeństwo. Czy teraz czujesz się bezpieczniej? Daj znać w komentarzu. A jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.










