Dla inwestorów szukających nietypowych aktywów:
Od odpadów do dziwnych modeli biznesowych: odkryj pięć niezwykłych spółek z USA, które generują realne zyski – od przetwarzania odpadów na paliwo po bezpieczeństwo ulic z wykorzystaniem zaawansowanej technologii.
- Darling Ingredients – przetwarzanie odpadów na paliwo i surowiec;
- Gio Group – rozwiązania w poprawieniu bezpieczeństwa;
- Barford Capital – finansowanie sporów sądowych;
- Cryoport – logistyka chłodnicza;
- Sound Thinking – systemy alarmowe;
Firma Freedom24 waliduje zgodność z zasadami: Wcześniejsze prognozy i wyniki nie są wiarygodnymi wskaźnikami przyszłych wyników. Niezbędne jest przeprowadzenie własnej analizy przed dokonaniem jakiejkolwiek inwestycji. Wszystkie dane są oparte na twardych przypadkach rynkowych. Portfel publiczny Freedom24.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Kiedy ktoś mówi, że inwestuje w amerykańską giełdę, to w głowie od razu pojawiają wam się Apple, NVIDIA, Tesla i tak dalej. Technologia, innowacje, przyszłość. Ale, ale amerykański rynek to nie są tylko wielkie brandy i błyszczące produkty. To są też firmy, które zarabiają, w sumie potrafią zarabiać na totalnych dziwactwach, na tłuszczu z frytek przerabianym na paliwo, na prywatnych więzieniach, na finansowaniu wioletnich sporów sądowych albo nawet na monitorowaniu strzałów na ulicach miast. I to być może brzmi dziwnie, ale to realne, notowane biznesy z realnymi przepływami pieniężnymi. W tym odcinku chcę wam pokazać kilka takich totalnie cudacznych, totalnie nietypowych spółek właśnie ze Stanów Zjednoczonych. Jak dokładnie zarabiają, kto im płaci i dlaczego z punktu widzenia inwestora to wcale nie jest takie absurdalne, jak może brzmieć na pierwszy rzut ucha, nie oka. Amerykańska giełda to jest w każdym razie katalog tego, jak praktycznie każdy problem da się zamienić w model biznesowy, a czasem właśnie tam potrafią kryć się najbardziej pouczające historie. Zapraszam. Zgadnij nawet 20 darmowych akcji o wartości do kilkuset dolarów każd. Załóż konto Fon24 broker notowany na amerykańskiej giełdzie Nzdach i zacznij budować swój portfel od darmowych akcji. A partnerem technologicznym kanału jest HP, producent takich oto drukarek HP Smartank 750, które, moi drodzy mogły być na liście, ale nie najdziwniejszych notowanych drukarek, tylko na liście najlepszych drukarek, bo drukują, skanują. W sumie to tyle, bo czego więcej można oczekiwać od drukarki, ale można na przykład sobie wykorzystać ją do innych celów. Na przykład możecie z nią pogadać. Drukarka potrafi wysłuchać. Kupujcie drukarki. Cymcyk 15. 15% taniej. Link w opisie. No tak, właśnie tak. Ty mnie rozumiesz. Inwestuj lepiej, mądrzej i z większym spokojem. Dołącz do strefy premium DNA. Podobnie jak już prawie 4300 innych inwestorów. to najlepsze miejsce do świadomego zarządzania swoim kapitałem i swoimi oszczędnościami. Dzięki za już 98 000 waszych subskrypcji. Serio to dla nas wiele znaczy. Już tylko 2000 do setki. Więc nie czekajcie, zostawcie suba teraz i pomóżcie nam dalej się rozwijać. [muzyka] W Stanach Zjednoczonych kultura inwestowania jest przeogromna. Giełda nie jest niszą dla garstki pasjonatów z wykresami w piwnicy, a dla masy Amerykanów posiadanie akcji, funduszy czy planu emerytalnego opartego o rynku kapitałowym to jest normalna codzienność. To jest element finansowego tła, trochę takiego normalnego życia, trochę jak konto w banku. Stany Zjednoczone to jest kraj, gdzie ponad połowa społeczeństwa inwestuje w akcje. Ponad 55% obywateli. No i dla porównania w Niemczech to 14%, we Francji 15, a w Polsce 5%. Skoro więc społeczeństwo jest oswojone z tym, że firmy są notowane, a kapitał krąży sobie przez giełdę, to dla przedsiębiorców wejście na rynek publiczny nie wygląda jak wchodzenie w takiego tajnego stowarzyszenia, tylko jest naturalnym etapem rozwoju, kiedy biznes przestaje być tylko lokalnym sukcesem, a staje się bardziej maszynką, która chce rosnąć szybciej i rosnąć taniej. No a to też napędza liczbę notowanych spółek i do tego jak dorzucimy sobie skalę, gdzie USA to jest przeogromny rynek wewnętrzny, no to ogromna liczba klientów, ogromna gospodarka, ogromne łańcuchy dostaw, wszystko to daje jeden prosty efekt uboczny. W takim środowisku wyrasta o wiele więcej firm, które osiągają rozmiary i powtarzalność wyników, które są wystarczające, żeby udźwignąć koszty bycia spółką publiczną. W mniejszych krajach też znajdziemy jakieś dziwne nisze. No ale wiele firm skończy jednak bardziej jako prywatne, bo rynek jest po prostu publiczny, za mały, żeby urosły one do sensownej skali, która nadaje się na giełdę. W Stanach Zjednoczonych to dużo bardziej proste. No i do tego dochodzi jeszcze prestiż i wyceny. Amerykański rynek jest największy i daje najlepszy dostęp do kapitała. Do tego gwarantuję najbardziej płynny popet inwestorów. Więc mówiąc po ludzku, jeśli jesteście firmą, która chce zostać wyceniona dobrze i chcecie mieć jak najwięcej potencjalnych kupujących na wasze akcje, no to po prostu zaczynacie być notowanymi w Stanach Zjednoczonych. I to przyciąga nie tylko technologicznych gigantów, przyciąga też firmy od rzeczy, o których nie myślicie, dopóki nie zobaczycie, że ktoś potrafi robić na tym sensowne pieniądze. Dlatego to właśnie w USA na rynku da się znaleźć spółki zajmujące się absolutnie wszystkim. Tylko, że dziwny biznes często tylko może wyglądać albo brzmieć dziwnie, bo jest gdzieś schowany w tle, bo jest usługą dla branży, której na co dzień nie widzicie albo nawet nie znacie. I kiedy odklei się tą etykietkę dziwne, to pozostaje tylko jedno pytanie. Czy to jest powtarzalny strumień gotówki, który jest generowany przez ten biznes? Czy są dobre bariery wejścia, odpowiednio wysokie? Czy ryzyko jest do zmierzenia? Więc teraz chcę, żebyśmy spojrzeli sobie na kilka naprawdę odjechanych biznesów notowanych na rynku w Stanach Zjednoczonych i poszerzyli te swoje inwestycyjne horyzonty. Darlings, czyli jak resztki z kuchni mogą zmienić się w pieniądze, bo Darling to jest jedna z tych firm, które działają bardzo w tle całej gospodarki. Nikt się nimi nie chwali na imprezie, że jest ich akcjonariuszem, bo to nie jest biznes od aplikacji, ani od żadnych nowych fajnych gadżecików. To jest biznes od rzeczy, które normalnie mają znikać z pola widzenia. odpadów żywnościowych, zużytych olejów kuchennych, produktów ubocznych pochodzenia zwierzęcego. Tylko, że Darling nie traktuje tego jak śmieci, tylko jak surowiec. >> Kasa nie najlepsza, ale jest. Jak ludzie wystawiają śmieci, to je zabieramy. Jak pyszczą, mówimy, że stoją na ulicy i są nasze. Jest fajnie. >> Klucz do zrozumienia tego modelu biznesowego jest bardzo prosty. Ta firma stoi pomiędzy dwoma różnymi światami. Z jednej strony ma ogromną bazę dostawców surowca, czyli podmioty, które muszą się czegoś pozbyć. na przykład zakłady mięsne, przetwórnie, rzeźnie, producenci żywności, restauracje, sieci gastronomiczne. Dla nich odpady i tłuszcze są problemem logistycznym i regulacyjnym. Często też są kosztem. Z drugiej strony Darling ma klientów, którzy kupują już nie odpady, tylko przerobione wystandaryzowane produkty, składniki do pasz, karmy, komponent do nawozów, także surowce do produkcji biopaliw. Firma jest więc czymś w rodzaju rafinerii dla odpadów kuchennych. Zamiast ropy przerabia tłuszcze i resztki. Zamiast benzyny produkuje półprodukty dla przemysłu. I najważniejszym elementem działalności jest to, że Darling nie robi jednego produktu z jednego surowca. To jest model maksymalnego wyciskania wartości z tego badziewia, co trafia do zakładu. Firma zbiera różne frakcje tłuszczów i odpadów. Oczyszcza je, rozdziela, stabilizuje, a potem kieruje do różnych zastosowań zależnie od tego, gdzie akurat w danym momencie jest najlepsza ekonomika. Ten sam strumień wejściowy może zostać zamieniony więc na różne kategorie produktów i to jest esencja przewagi tej firmy. Nie tylko przerób, tylko bardziej elastyczność w tym, jaką ścieżkę przerobu akurat wybierzemy. W gospodarce codziennie powstaje gigantyczna ilość tłuszczów olejów, resztę których nie da się po prostu wyrzucić do kosza i udawać, że zniknęły. No ktoś musi to odebrać, przewieźć, przerobić w sposób zgodny z normami. I Darling buduje do tego infrastrukturę. ma sieci odbioru, ma zakłady przetwórcze, magazynowanie, logistykę. Jasne, to nie jest wybitnie sexy biznes, ale kluczowe jest to, kto potrafi wygrywać w tym biznesie. I do tego potrzeba dużej skali, braku przerw i braku wpadek jakościowych. No i tu pojawia się pewnie pytanie, kto komu płaci za dostawę tych surowców? Czy, bo czy to spółka pobiera opłatę za utylizację odpadów, czy może musi płacić za ich odbiór? I tu się sprawa trochę komplikuje. Ta firma opiera się najczęściej o pewną formułę, a nie stały schemat. Więc w skrócie to kto komu ile płaci zależy od tego ile odpady kuchenne będą warte po ich przerobieniu. Spółka patrzy na to po ile na rynku chodzą jej produkty końcowe, na przykład tłuszcze i mączki białkowe, a potem odejmuje koszty, które musi ponieść, żeby z tego odpadu zrobić coś sensownego, czyli przerób, transport, inne opłaty. To jest odjęte i to co zostaje jest bazą do rozliczenia się z dostawcą. Najprostszy przykład. Wyobraźcie sobie, że z 1nej tony surowca Darling jest w stanie wyciągnąć produkty, które na rynku są warte 1000 $, a koszt przerobu i logistyki to 300 $ar. No i zostaje 700 $ar do podziału. Jeśli rynek jest mocny, to ta baza rośnie, więc dostawca zwykle dostaje większy kredyt, czyli darling płaci mu więcej. Ale jeśli rynek jest słaby albo koszty wzrosły, to baza maleje, więc ten kredyt może spaść do zera, a w skrajnych przypadkach może pojawić się nawet opłata za odbiór, bo wtedy dla dostawcy to jest bardziej usługa utylizacyjna niż sprzedaż wartościowego surowca. Po co to wszystko? No bo dzięki takiemu indeksowaniu kosztu surowca do cen produktów końcowych mamy stabilną marżę. Marża przestaje być podatna na różne tendencje. Ryzyko wahań cen, towarów jest w pewnym stopniu dzielone na dostawcę. No i w efekcie od 10 lat marża brutto spółki waha się w przedziale od 21 do 26%. I tak jest bardzo wysoka jak na coś takiego. Jest też druga noga tego modelu, szczególnie działająca na wyobraźnię, bo to odnawialna energia i zielony olej napędowy. I tu historia jest jeszcze ciekawsza, bo firma bierze zużyte oleje kuchenne i tłuszcze, czyli coś, co normalnie kojarzy się wam z zapleczem restauracji, a potem przerabia to na surowiec energetyczny. Taki produkt trafia potem do segmentu paliw odnawialnych. Więc w uproszczeniu Darling jest jednym z tych podmiotów, które stoją gdzieś tam na początku łańcucha całych biopaliw. Nie sprzedaje gotowego paliwa kierowcy na stacji. Sprzedaje przetworzony wsad, który pozwala wytworzyć to paliwo. I to jest taki biznes, który ma w sobie element gospodarki obiegu zamkniętego bez takiego nawet zbędnego marketingowego pierdololo, bo to jest po prostu czysta ekonomia. No bierzecie coś, co jest problemem, przerabiacie w coś, co jest użyteczne. Dla dostawców to jest sposób na pozbycie się problemu, dla klientów dostęp do surowca, który jest bardziej zrównoważony, a często też po prostu potrzebny do spełnienia jakichś norm i celów w całym łańcuchu produkcyjnym. Więc jeśli spojrzymy sobie na ten model szerzej, to to tak naprawdę jest klasyczna spółka infrastrukturalno-przemysłowa, tylko z dość nietypowym surowcem. Naprawdę bardzo, bardzo ciekawy podmiot. Swoją drogą jak w ogóle mieć dostęp do takich niszowych, często mało oczywistych spółek ze Stanów Zjednoczonych? No właśnie dzięki takiemu brokerowi jak Freedom 24, który swoją drogą też jest notowany na amerykańskiej giełdzie Nazdak i daje wam dostęp do szerokiego rynku akcji y również z tych akcji mniej instagramowych firm, o których jest ten odcinek. Dla nowych użytkowników Frion 24 ma też cały czas promocję do 20 darmowych akcji na start po założeniu konta i dokonaniu wpłaty, a każda z tych akcji może być warta nawet kilkaset dolarów. naprawdę dobry sposób, żeby na start trochę za darmo zbudować sobie taką pierwszą ekspozycję na amerykański rynek. No może wam się wylosuje na przykład Tesla jako akcja za darmo. Wtedy nic tylko poklaskać. Szczegóły do wszystkiego oczywiście w opisie tego materiału. A my idziemy dalej, bo skoro potrafimy zamienić odpady na produkty już teraz, to teraz przechodzimy do firmy, która monetyzuje coś dużo bardziej kontrowersyjnego. Gio Group, które zarabia na prywatnym więziennictwie. Cały pomysł opiera się na tym, że państwo ma problemistyczny i organizacyjny w zakresie więziennictwa. Każde państwo. A firma sprzedaje mu rozwiązanie w formie infrastruktury plus obsługi. W praktyce ich produktem nie jest jedynie prywatny budynek, gdzie wrzucamy więźniów, tylko cały pakiet usług. Są fizyczne obiekty, jasne, prywatne więzienia, reszty placówki związane ze zdrowiem psychicznym. Z drugiej strony są usługi, zarządzanie personelem, bezpieczeństwem, wyżywienie, transport, procedury, cała codzienna obsługa więzień i wszystkich tych placówek. No i monetyzacja opiera się głównie na kontraktach publicznych, gdzie rozliczanie jest związane z utrzymaniem i obsługą miejsc dla osadzonych albo dla zatrzymanych. To często działa jak taki model bardzo pojemnościowy. Macie określoną liczbę miejsc, określony standard, określone obowiązki operacyjne i za to jest płatność w ramach umowy. No trochę jakbyście prowadzili taki dość specyficzny hotel, który zawsze jest obłożony. Dla GI kluczowe jest to, że kontrakt nie kończy się po jednorazowej sprzedaży. To jest po prostu ciągła usługa dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku, dożywocie po dożywociu. Obiekt działa non stop. Koszty i procesy też są ciągłe. No więc ciągle jest za co płacić. Do tego mają też ważny filar działalności usługi poza murami. Bod GI oferuje rozwiązania związane z reintegracją i rehabilitacją, czyli wszystkie programy, które mają w jakiś sposób pomóc w resocjalizacji. To brzmi co prawda dość miękko, ale tu biznes jest też prosty. Jeśli państwo chce faktycznie zmniejszyć recydywę i odciążyć system, no to potrzebuje wykonawców usług, którzy potrafią obsłużyć masową skalę. I firma może zarabiać tu na prowadzeniu programów wsparcia, zarządzaniu różnymi przypadkami, organizowaniu pracy, edukacji czy wspierania w powrocie do normalnego funkcjonowania. W tym modelu produktem jest cały proces, a nie budynek i jego obsługa. >> Wychodzę z pudła, wracam na nasz parking. Będę prowadził porządne życie. Dojrzałem do tego. Wszystko się totalnie zmieni. >> I jest też trzecia odnoga biznesowa. Technologie monitoringu elektronicznego dla osób przebywających niby na wolności, no ale pod takim ala aresztem domowym, gdzie zamiast trzymania człowieka w obiekcie, w więzieniu, państwo chce go po prostu nadzorować, ale w świecie zewnętrznym. W praktyce wchodzą tu po prostu urządzenia i oprogramowanie. raportowanie i obsługa całego systemu. Firma może sobie to monetyzować jako stałą usługę, no bo dostarcza sprzęt zarządza danymi, pilnuje zgodności z narzuconymi warunkami i raportuje do instytucji. To taki model bliższy abonamentowi, no bo liczy się utrzymanie systemu i im więcej ludzi podpiętych do systemu, tym lepsza marża. I co ważne, nie rozmawiamy tutaj o tylko kilku placówkach, tylko naprawdę dużej firmie, która obsługuje i zarządza więzieniami praktycznie w całych Stanach Zjednoczonych i nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Łącznie ma ponad 300 placówek, a wewnątrz znajduje się już 75 000 miejsc wypoczynkowych. Jeśli mielibyście zapamiętać jedną rzecz o Gio, to taką, że jest to firma, która po prostu sprzedaje państwu outsourcing kosztownej i skomplikowanej operacji. Raz w formie infrastruktury i zarządzania obiektami. Drugi raz w formie usługi resocjalizacyjnej, czy raczej dążącej do resocjalizacji, a trzeci w formie technologii nadzorowania. Nie ma takich podmiotów za wiele notowanych w ogóle na całym świecie. A zostając w klimacie prawa szeroko rozumianego, to mamy też biznes, który nie zarabia na murach ani na lokalizatorach na kostce, tylko w wyniku sporu sądowego. Barford Capital działa w świecie, w którym większość ludzi widzi chaos i wkurzenie, bo w sądownictwie oni widzą aktywo. Tym aktywem jest roszczenie prawne i potencjalna wygrana, ugoda albo jakaś zasądzona kwota. Model biznesowy nazywa się Litigation Finance, czyli finansowanie sporów prawnych i najłatwiej zrozumieć go na analogii. Wyobraźcie sobie firmę, która ma bardzo mocną sprawę. No ale prowadzenie tej sprawy będzie kosztować miliony i trwać latami. To jest jak projekt inwestycyjny z ogromnym rachunkiem na starcie i niepewnym terminem zwrotu. No i tu Barford wchodzi i mówi: "Damy wam kasę na to, żebyście mogli prowadzić tę sprawę. Jeśli wygracie albo zawrzecie korzystną ugodę, to my bierzemy umówioną część odszkodowania. Ta umówiona część jest tutaj sednem monetyzacji. Boford nie zarabia na godzinach pracy prawników. To nie jest kancelaria prawna. Barford zarabia na tym, że bierze na siebie ryzyko finansowe i czasowe prowadzenia sporu sądowego, a w zamian chce udział w sukcesie tego sporu. W praktyce może to przejmować formę procentu od wygranej albo jakiś jakąś z góry ustaloną kwotę udziału w wyniku, zależnie od tego jaka ułożona jest umowa, ale dla klienta to jest sposób, żeby nie zamrażać własnej gotówki i nie obciążać swojego bilansu wieloletnimi kosztami sporu sądowego. A dla Barford to jest sposób, żeby zamienić kompetencje w zakresie sądownictwa i umiejętność oszacowania prawdopodobieństwa wygranej w pełnoprawny produkt finansowo-inwestycyjny. Najważniejszy element tego modelu to portfel, bo Barford no nie powinien stawiać wszystkiego na jedną kartę. Logika jest taka, że firma buduje wiele ekspozycji równolegle z różnymi horyzontami czasowymi, z różnymi profilami ryzyka. Część spraw skończy się szybciej, część będzie ciągnąć się latami. Część skończy się ugodą, część wyrokiem. Dzięki temu firma próbuje robić z czegoś bardzo chaotycznego przewidywalny strumień rezultatów na poziomie całego portfela, nawet jeśli pojedyncza sprawa jest i pozostanie przewidywalna. No i ten opis w sumie doskonale oddaje inwestycyjny charakter tej firmy, bo będąc funduszem inwestycyjnym albo zwykłym inwestorem indywidualnym też przecież nie stawiacie wszystkiego na jedną spółkę najczęściej. I Barford kieruje się tą samą logiką, tylko że on nie inwestuje w akcje, tylko w procesy sądowe. Tak na dobrą sprawę sprzedają klientom nie sam kapitał i sprzedają im możliwość prowadzenia sporu z większą siłą. No jeśli strona przeciwna liczy na to, że przeciągnie postępowanie i wykończy firmę kosztami, no to takie finansowanie od Barforda działa jak tarcza. Także Barford monetyzuje nie tylko rezultat prawny. Oni też monetyzują fakt, że dla wielu przedsiębiorstw najdroższą rzeczą nie jest sam proces. tylko utracona elastyczność finansowania tego procesu w trakcie. I od strony produktu to jest bardzo eleganckie. No firma bierze coś, co normalnie jest kosztem i ryzykiem na bilansie klienta, przenosi to na siebie, de facto zamieniając w inwestycję. Niesamowicie ciekawy model biznesowy, gdzie inwestycją i backlogiem firmy są realnie nawet nie ich własne procesy sądowe, tylko procesy sądowe kogoś innego. Taki private equity sporów sądowych. Mega, mega ciekawe. Dobra, zmieniamy tematykę. Cryoport, czyli łańcuch chłodniczy jako usługa premium. To jest firma, która sprzedaje logistykę dla branży nauk przyrodniczych, ale nie taką logistykę, że paczka ma przyjechać cała i tyle, tylko logistykę, w której najważniejsze jest to, że materiał biologiczny musi dotrzeć w stanie idealnym i w idealnej temperaturze. Tutaj kurier nie ma przestrzeni na błąd. Nikt wam nie przerzuci paki nad bramę, bo to może oznaczać utratę próbek, opóźnienie terapii, przerwanie procedury, czasem zmarnowanie czegoś, co było warte przezogromne pieniądze i mnóstwo czasu. Więc podstawowym produktem Cryoport są rozwiązania do transportu w kontrolowanej temperaturze. Specjalistyczne pojemniki kryeniczne, co można porównać trochę do sejfu. Tylko, że ten sejf ma pilnować temperatury. Taki pojemnik, no to nie jest zwykła lodóweczka, bo ma utrzymywać ekstremalnie niskie temperatury przez ściśle określony czas i robić to bardzo stabilnie w realnym świecie, gdzie paczka przechodzi przez lotniska, magazyny, sortownie i przeróżne ręce i przeróżne otoczenie. Drugi element tego produktu to jest warstwa cyfrowa. Systemy informatyczne, które monitorują tę przesyłkę i parametry całego transportu. No i to jest mega ważne, bo Krajoport nie sprzedaje tylko chłodzenia, tylko sprzedaje pewien dowód tego, że łańcuch chłodniczy był utrzymywany, że parametry były zgodne, że identyfikowalność materiału jest zachowana, że wszystko przeszło jak należy. W branży medycznej i biotechnologicznej takie rzeczy to jest fundament procesu niemalże część tego procesu, nie tylko dodatek do procesu. Klient bardzo często potrzebuje nie tylko dostawy, ale też dokumentacji i pewności, że wszystko było zgodne z procedurami. Model monetyzacji przypomina trochę taką usługę premium za konkretne zlecenia z pewnymi elementami powtarzalności. Firma może zarabiać na obsłudze pojedynczych transportów, na wynajmie albo wykorzystywaniu specjalistycznych pojemników, na monitoringu i wsparciu operacyjnym i na segmentach, które integrują śledzenie przesyłek z procesami klienta. I w praktyce to bywa połączenie opłat za wysyłkę plus opłat za usługi towarzyszące. Wszystko co sprawia, że klient nie kupuje samego przewozu, tylko całe środowisko bezpiecznego transportu. I ciekawa rzecz w tym biznesie jest taka, że Cryoport działa jak infrastruktura dla bardzo nowoczesnych terapii. Terapie komórkowe, terapie genowe, procedury in vitro, projekty badawcze, wszystko potrzebuje transportu i ten transport jest wąskim gardłem. A firma, która potrafi zrobić to niezawodnie, sprzedaje w pewnym sensie spokój psychiczny i mocno redukuje ryzyko operacyjne tego, tej części procesu. No a to jest produkt, za który ta branża jest skłonna płacić masę kasy. No bo koszt potencjalnego błędu jest nieporównywalnie większy niż koszt samej usługi. Niestety problem z tą firmą jest taki, że cały czas mają za małą skalę działalności, żeby osiągać rentowność, a tempo wzrostu przychodów no pozostawia wiele do życzenia. No ale jest to na pewno ciekawy biznes i z firmy, która zarabia na utrzymywaniu zimna, przechodzimy sobie do ostatniej, która zajmuje się podsłuchiwaniem ulic. Sound thinking, który buduje technologię bezpieczeństwa publicznego i najbardziej znany produkt tej firmy to jest system czujników akustycznych, który ma wykrywać strzały z broni palnej, lokalizować je i wysyłać powiadomienia do służb w czasie rzeczywistym. W praktyce wygląda to jak taka sieć punktów rozmieszczonych w przestrzeni miejskiej, które usłyszą impuls dźwiękowy, system oblicza przybliżone miejsce zdarzenia i generuje alert. dla służb. I tu ważne jest, co ta firma realnie sprzedaje, bo nie sprzedaje urządzeń, tylko urządzeń, sprzedaje usługę szybkiej detekcji, przekazywanie informacji, który ma skrócić czas reakcji. Jeśli policja ma dostać informacje szybciej niż z telefonu od świadka, no to ma to wartość. Zwłaszcza na przykład jak nie było świadka. Jeśli dodatkowo system daje dokładną lokalizację i kontekst, no to rośnie wartość. Taka jest logika tego produktu i tej usługi. A drugi komponent tego to programowanie i narzędzia analityczne dla służb. Z perspektywy klienta publicznego nie chodzi przecież tylko o to, że coś się wydarzyło. Chodzi o to, żeby zdarzenia połączyć w pewne sprawy, porządkować informacje, budować materiał dowodowy, analizować wzorce, lepiej rozumieć co się dzieje w danym obszarze miasta. I tu monetyzacja przesuwa się w stronę analityki danych i różnego rodzaju big data pracy na informacjach. Czujnik jest w zasadzie tylko początkiem. Końcem jest decyzja operacyjna, jakieś dochodzenie. Model biznesowy Sound Thinking jest bardzo typowy dla sprzedaży do sektora publicznego. Są kontrakty z miastami, są kontrakty z agencjami. Najczęściej działa to jak umowa na określony obszar i określony poziom usługi. W takim układzie firma ma przychody bardzo powtarzalne, no bo miasto nie kupi przecież tego na tydzień albo na miesiąc, tylko kupi to jako element infrastruktury całego bezpieczeństwa, a więc na lata albo na dekady. A do tego dochodzą jeszcze elementy wdrożeniowe, instalacja, konfiguracja, szkolenia, utrzymanie systemu. Mamy część jednorazową na start i część stałą w trakcie całego trwania umowy, która najprawdopodobniej będzie trwała po wsze czasy, jeśli tylko produkt i usługa będą działać. Tutaj klient kupuje efekt, nie kupuje pudełka. Jeśli system ma działać, to musi być utrzymywany, kalibrowany, aktualizowany, a dane muszą być dostarczane w sposób użyteczny. I to jest właśnie sposób monetyzacji, który ma bardzo duży sens, bo firma sprzedaje ciągłą gotowość systemu, nie tylko hardware. Mamy cię tu, czujniki i spadajcie. >> Do widzenia, do zobaczenia odpier. >> Więc jeśli spojrzymy sobie na tę spółkę znowu tak z boku bezemocjonalnie, to to jest kolejny przykład takiej infrastruktury quazi sasowej, tylko że w przestrzeni miejskiej. Problem z tą spółką jest taki jak z poprzednią. Pomimo wzrostu przychodów nie potrafią trwale utrzymać jeszcze rentowności. Wynik operacyjny co chwilę wraca pod kreskę. I obecnie nie tylko dalej są nierentowni, ale na dodatek mają spore wyhamowanie wzrostu przychodów, więc w efekcie cena jest ekstremalnie zdołowana. No ale tak czy inaczej to jest jedna z bardziej nietypowych firm na amerykańskiej giełdzie, a przecież właśnie o tym jest ten materiał. Amerykański rynek, moi drodzy, jest przeogromny. To jest katalog tego, jak da się monetyzować naprawdę wszystko. Odpady, których nie chcecie widzieć, więzienia, o których nie chcecie myśleć, spory prawne, które was wkurzają, logistykę biologii, która musi działać perfekcyjnie i to tylko kilka wybranych spółek. Są też notowane sieci klubów ze stripte. Są >> jest firma zajmująca się tylko wysyłaniem paczek dla twojego psa w subskrypcji jak Netflix. Jest notowana. Jest też spółka specjalizująca się w jajkach premium i to jest jej core biznes i też są notowani w Stanach. Jest tego naprawdę sporo. Najważniejsza puęta z perspektywy inwestora jest taka, że dziwne firmy nie są ciekawe tylko dlatego, że są dziwne. One są często ciekawe, bo pokazują, że w dojrzałej gospodarce prawie każdy problem może stać się rynkiem, a prawie każda nisza może stać się segmentem na giełdzie, jeśli tylko firma ma odpowiednią skalę klientów i powtarzalny model biznesowy. Jednocześnie są to często biznesy, w których ryzyko potrafi przyjść z bardzo nietypowej strony. Regulacje, reputacja, polityka, cykle branżowe, operacyjne, wpadki, długie horyzonty realizacji. W takich spółkach nie można patrzeć tylko na wykres ceny. Trzeba rozumieć pewną mechanikę, bo inaczej rynek bardzo szybko potrafi wam zrobić z tego portfela, jeśli tylko będzie on ubrany w te spółki. Emocjonalny rollerco a żeby lepiej rozumieć mechanikę różnych biznesów i sektorów gospodarczych, to zachęcam już do sprawdzenia wersji premium Dastu i regularnie korzysta już prawie 4300 innych osób. Jeśli chcecie mieć jeszcze bardziej bieżący wgląd na to co ważne na rynkach to naprawdę nie czekajcie z dołączeniem. wszyscy tam dostają codziennie różne analizy, przemyślenia o rynkach, gospodarce, o spółkach ode mnie i całego zespołu DNA. Do tego mają możliwość obserwowania jak ja sam inwestuję własne oszczędności w portfelach łącznej wartości ponad 6 milionów złot. Duże pieniądze, które dają dużo emocji, ale gwarantuję, że dają jeszcze więcej nauki. A więcej ma zajęcie na stronie premiumdarynków.pl. Link jest oczywiście w opisie tego nagrania. W tym materiale to już wszystko. Do zarobienia. Cześć.








