Analiza wskaźnika CAPE i innych sygnałów ostrzegawczych na rynku akcji
W materiale Michał Fitz szczegółowo omawia wskaźnik CAPE (Cyclically Adjusted Price‑to‑Earnings), który obecnie wynosi 39,7 punktu dla indeksu S&P 500 – poziom notowany jedynie w 4% historii. Prezentuje dane historyczne pokazujące, że przy tak wysokiej wartości średnia roczna stopa zwrotu wynosi –4%, a po trzech latach nawet –30%. Następnie wskazuje na mankamenty wskaźnika: jego wyłącznie wsteczny charakter, brak uwzględnienia przyszłego wzrostu zysków oraz nieadekwatność do zmieniвшего się składu sektora technologicznego w S&P 500. Omówione zostają również wskaźnik Buffeta (kapitalizacja do PKB) oraz forward P/E (~20), które po korektach wskazują na umiarkowaną przewartościowanie. Prezentowane są „drogowskazy Bessy” Bank of America – siedem z dziesięciu wskaźników już przekroczyło granice czerwone, co historycznie poprzedziło wielkie krachy. Na koniec porównane zostają pesymistyczne prognozy Bank of America (spadek o ~5% do końca roku) z optymistycznymi przewidywaniami Goldman Sachs, Citigroup, Deutsche Bank i Wells Fargo, które liczą na wzrost do 7800‑8100 punktów dzięki oczekiwanemu wzrostowi zysków napędzanemu AI i stabilnej sytuacji makroekonomicznej. Materiał kończy się zachętą do krytycznej oceny sygnałów i zachętą do subskrypcji newslettera oraz kanału.
- Wyjaśnienie działania i ograniczeń wskaźnika CAPE.
- Analiza wskaźnika Buffeta, forward P/E oraz wskaźników sektorowych.
- Prezentacja „drogowskazów Bessy” i ich historycznej skuteczności.
- Zestawienie prognoz bankowych dla S&P 500 oraz czynników wspierających wzrost.
- Wskazówki, jak łączyć różne sygnały w praktyczną decyzję inwestycyjną.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Masz tak czasem? Wchodzisz na swoje konto maklerskie, przeglądasz spółki, których akcje chciałbyś zakupić, a patrząc na ceny twoja reakcja jest mniej więcej taka: >> Ile? >> Nie ma co ukrywać, jest drogo. Tu pojawia się pierwsze zasadnicze pytanie: dlaczego jest tak drogo? Czy dlatego, że spółki faktycznie na to zasługują, bo tak świetnie się rozwijają i napędzają gospodarkę? Czy może jednak jest drogo dlatego, że inwestorzy, w tym cała masa nowych inwestorów indywidualnych przesadzili ze spekulacją? Warren Buffett, były już zarządzający holdingu Berksher Haway, pewnie stałby w rozkroku próbując odpowiedzieć na to pytanie, a nie wykluczone, że jednak przechylałby się na korzyść drugiej z odpowiedzi. Wskazywać może na to jedna z jego niedawnych wypowiedzi, której udzielił dla stacji CNBC. Legendarny inwestor stwierdził, że na giełdzie nigdy nie było więcej uczestników, którzy traktowaliby ją jak kasyno. Wspomniał, że w przypadkach niektórych działań nie można mówić o inwestycjach, ani nawet o spekulacji. To po prostu hazard. Skwitował Buffet. Jednym z efektów takiego postępowania jest właśnie rynkowa drożyzna. I tu warto zadać sobie drugie kluczowe pytanie. Jak drogo jest? I odpowiedź na akurat to pytanie jest łatwa i jednoznaczna. Jest bardzo drogo, tak drogo, że niektóre wskaźniki mierzące wycenę nie tylko już zapaliły się na czerwono, ale wręcz migotają jak szalone. Jednym z nich jest wskaźnik o skrócie Cape. Jego aktualna wartość sugeruje, że główny giełdowy indeks S&P 500 przez najbliższe 3 lata zanotuje, uwaga, spadek o około 30%. A to oznaczałoby naprawdę trudne lata dla inwestorów, szczególnie tych nowych, indywidualnych, którzy weszli na rynek w momencie popularyzacji aplikacji inwestycyjnych. Być może, drogi widzu, jesteś jednym z nich. Czy w takim razie powinieneś wierzyć temu wskaźnikowi? Czym on tak właściwie jest i jakie ma mankamenty? Dziś rozwieję wszystkie te wątpliwości. Ten wskaźnik może i faktycznie przyprawia ociarki, ale przecież to tylko jeden wskaźnik, prawda? pojedynczym wyliczeniem nie ma się co przejmować i to jest najprawdziwsza prawda. Pojedynczym wyliczeniem nie ma się co przejmować. Sęk w tym, że to nie jedyny wskaźnik, który sugeruje przegrzanie giełdy. Jakie są inne i czy razem faktycznie zwiastują nieuchronną beę, czy może jednak mają luki, które sprawiają, że są tylko straszakami, a nie racjonalnymi drogowskazami dla inwestorów. W dzisiejszym materiale przeanalizujemy sobie te kwestie. No i przede wszystkim zestawimy wszystkie te pojedyncze smaczki z fachowymi prognozami banków. Czy one również zwiastują koniec generacyjnej hossy, w trakcie której się znajdujemy? A może jednak prawdziwi specjaliści nie przejmują się akurat tymi wskaźnikami? Sprawdźmy to sobie. Zapraszam na materiał. Cenisz przejrzystość w finansach? Crowdlanding ze szwajcarską platformą MCLIR to prosty mechanizm. Finansujesz pożyczki dla europejskich firm i co miesiąc zarabiasz na odsetkach. Na stronie widzisz pełne statystyki spłat i wyniki projektów w czasie rzeczywistym. Bezpieczeństwo kapitału wspiera szwajcarski skoring oraz zabezpieczenie pożyczek nieruchomościami lub innymi aktywami. Sprawdzaj fakty, a nie wierz tylko w marketing. Kliknij link w opisie i odbierz 3% cashback przez pierwsze 90 dni. Ja nazywam się Michał Fitz. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Jeżeli szukasz wartościowych analiz, to zapraszam do zapisywania się na nasz FX Magowy inwestycyjny newsletter. Link znajdziesz w opisie. Najpierw wyjaśnijmy sobie, czym ten zwiastujący apokalipsę wskaźnik Cape w ogóle jest. To akronim wynikający z angielskiej nazwy, którą na język polski możemy przetłumaczyć jako wskaźnik ceny do zysku skorygowany koniunkturalnie. To wskaźnik używany do określania stosowności wyceny dla całych rynków. Został on zaproponowany w 1880 roku przez późniejszego noblistę Roberta Schillera. Fachowiec chciał bowiem zaprojektować narzędzie, które będzie wskazywało, czy całe indeksy, a nie tylko same spółki są przewartościowane. W odróżnieniu od tradycyjnych wskaźników ceny do zysku, które opierają się na zyskach z ostatnich czterech kwartałów, wskaźnik Cape bazuje na skorygowanych o inflację zyskach z ostatniej dekady. W ostatnich miesiącach jego wartość wystrzeliła pod sufit. Czerwcowy odczyt dla S&P 500 wyniósł 39,7 punktu. Tylko w 4% wcześniejszych przypadków wartość wskaźnika przekraczała 39 punktów. Mamy więc do czynienia z ekstremum, które mówi nam, że główny indeks jest szalenie przewartościowany. Co gorsza, historia pokazuje, że taka wartość przeważnie zwiastowała bardzo chude lata. Zerknijmy na dane zestawione przez redakcję Motli i omówmy je sobie. Pierwszy wiersz pokazuje nam jakie stopy zwrotu po roku osiągało S&P 500 w momencie gdy wartość wskaźnika Cape przekraczała 39. W najlepszym przypadku rynkowi udało się wypracować 16%, a w najgorszym notowania spadły o 28%. Najistotniejszy jest jednak ostatni z wyników i on wskazuje, że średnio indeks traci 4% po roku od momentu odnotowania tak wysokiej wartości wskaźnika. Ale to nie są najgorsze informacje. Rzućmy okiem na niższe wiersze. One udowadniają nam, że wysoka wartość wskaźnika nigdy nie zwiastowała rychłej bessy, a taką odroczoną w czasie. Po trzech latach nawet najlepszy przypadek generował ujemną stopę zwrotu, a średnio wynosiła ona aż min 30%. Wychodzi więc na to, że najbliższe lata, szczególnie koniec lat 20, będzie bardzo trudnym okresem na giełdzie i spora część inwestorów po prostu zbiednieje. No ale czy na pewno? Nie. pewni być absolutnie nie możemy, bo tak jak wspominałem wcześniej, to tylko jeden wskaźnik, który na dodatek ma swoje mankamenty. Co prawda zaprojektował go sam laureat nagrody Nobla, co powinno gwarantować rzetelność, ale trzeba pamiętać, że zrobił to blisko 40 lat temu. Od tamtego czasu rynki ewoluowały. Dzisiejsi specjaliści, którzy sceptycznie patrzą na wskaźnik, zauważają, że jednym z jego głównych błędów jest to, że jest wyłącznie wsteczny. Jak wyjaśniałem wcześniej, bierze pod uwagę zyski z ostatniej dekady. W ogóle nie uwzględnia wzrostu zysków, który ma nastąpić w przyszłości, a ten według samych spółek powinien być znaczący. Obecnie prognozy wzrostów zysków rosną najszybciej od popandemicznego odbicia sprzed kilku lat. Według zagregowanych danych Faktset zyski dla całego S&P 500 tylko w tym roku mają wzrosnąć o około 25%. A na tym nie koniec mankamentów wskaźnika. Jest on dosyć stary i był formułowany w momencie, gdy biznes zrządził się nieco innymi prawami. Jak wypunktował profesor finansów z Uniwersytetu Pensylwanii Jeremy Sigel, od tamtego momentu wyraźnej zmianie uległy standardy rachunkowości, a wskaźnik Cape nie został do nich dostosowany. Jak zbadał Sigel, do 2015 roku wskaźnik w 42 przypadkach, czyli wyliczeniach raz na miesiąc, aż 416 razy wskazywał przewartościowanie. Gdyby inwestorzy się go posłuchali i uciekli z rynku ze swoimi ówczesnymi zyskami, ominęłyby ich jeszcze większe zyski. Sigel twierdzi więc, że graniczne wartości wskaźnika powinny zostać w dzisiejszych czasach znacząco przesunięte. Nowe normalne wartości powinny jego zdaniem oscylować między wartościami 25 a 30 punktów, a nie jak w przeszłości założył autor wskaźnika w okolicach 17 punktów. Gdyby więc przyjąć te reguły, ostatnie odczyty S&P 500 świadczyłyby co najwyżej o drożyźnie, a nie jakimś apokaliptycznym przewartościowaniu. Innym czynnikiem, który dezaktualizuje wskaźnik Cape jest sam skład indeksu S&P 500. Ten w momencie formułowania był zdominowany przez spółki przemysłowe, a dziś jego trzonem jest sektor technologiczny. Spółki z tego sektora mają naturalnie bardziej dynamiczne tempo wzrostu, przez co archaiczne wartości graniczne wskaźnika Cape nie bardzo są dla nich adekwatne. Bardzo dobrym przykładem wskaźnika, który w teorii trąbi na alarm od dawna, ale dlatego, że nieco się zdezaktualizował, jest też wskaźnik Buffeta. Tak, dokładnie. Tego samego Buffeta, który pojawił się na samym początku odcinka. Jakieś ćwierć wieku temu pan Buffet uznał, że najlepszym odzwierciedleniem przewartościowania lub niedowartościowania amerykańskiego rynku akcji będzie stosunek jego kapitalizacji do amerykańskiego PKB. Założenie było proste i całkiem słuszne. Kapitalizacja giełdy to zdyskontowana wartość przyszłej aktywności gospodarczej. A PKB to aktywność realna, którą właśnie zmierzono. Ilora z tych dwóch wartości mówi więc na ile oczekiwania inwestorów co do przyszłości oderwały się od tego, co gospodarka faktycznie wytwarza. W związku z tym wartość wskaźnika na poziomie od 110 do 140% oznaczałaby godziwą wartość rynku akcji. Wszystko co powyżej oznaczałoby przewartościowanie. No i właśnie idąc tym tokiem myślenia, dzisiejszy rynek należałoby uznać za chorobliwie przewartościowany, bo licznik wskazuje obecnie ponad 235%. Sęk w tym, że od momentu sformułowania wskaźnika, podobnie jak w przypadku Cape, sporo zdążyło się w świecie finansów zmienić. Dziś porównanie wyceny amerykańskiego rynku akcji tylko do tamtejszej gospodarki jest mylące, bo największe amerykańskie spółki ogromną część zysków generują za granicą. Z czasem nawet sam Buffet zaczął zauważać jego mankamenty i ostrzegał, by nie wykorzystywać go jako wyroczni. No dobrze, wiemy już, że na te wskaźniki trzeba brać niemałą poprawkę, chociażby ze względu na ich wsteczny charakter. No to co w takim razie mówią nam wskaźniki, które biorą pod uwagę przyszłe zyski? Okazuje się, że wysyłają podobną wiadomość, ale jednak wyraźnie łagodniejszą. Wskaźnik ceny do prognozowanych zysków dla S&P 500 wynosi obecnie około 20. Jego historyczna średnia to około 17. Jesteśmy więc powyżej niej, co oznacza, że według tego wskaźnika akcje są droższe niż przeważnie bywały. Ten wykres pokazuje jak wartości omawianego wskaźnika zmieniały się w XX wieku. Jak widać obecnie i tak jest ona mniejsza niż w wielu przypadkach z niedawnych lat. A jak zerkniemy na lewą stronę wykresu, to zobaczymy jak dużo większe były wartości wskaźnika tuż przed pęknięciem bańki.com na początku tego wieku. Na takim tle obecne wyceny nie wyglądają aż tak źle. Zresztą ta średnia wartość, czyli ponad 20estokrotność i tak wygląda niegroźnie przy niektórych wartościach dla poszczególnych czołowych spółek. Spółkę, jaką jest Tesla wszyscy dobrze znają, więc weźmy ją za przykład, bo tu nadaje się idealnie. Jej wycena bazuje przede wszystkim na obietnicach Elona Muska, który na przykład ostatnio zapowiada głównie tworzenie rewolucyjnych robotów humanoidalnych. Obecnie akcje spółki kosztują blisko po 400 $ar za sztukę. Gdyby brać pod uwagę tylko wskaźnik ceny do przyszłych zysków, taka wycena byłaby niepoważna, absolutnie nieuzasadniona. Mówimy bowiem o spółce handlowanej po około 200rotności przyszłych zysków. Innym podobnym przykładem jest Palantir. Spółka zajmująca się analizą baz danych zasłynęła swoją pracą dla amerykańskiej armii i według zapowiedzi ma być filarem wojskowości niedalekiej przyszłości. W jej wypadku akcje są handlowane po około 90 przyszłych zysków. Są jeszcze jednak inne sygnały świadczące o przegrzaniu rynku. Nad nimi regularnie pochyla się Bank of America, który stworzył zespół 10 wskaźników znanych jako drogowskazy Bessy. To fachowe, w niektórych przypadkach skomplikowane wskaźniki, więc nie będziemy omawiać każdego z nich. To co jest istotne to fakt, że przeważnie gdy siedem z nich przekroczy swoje wartości graniczne, czyli mówiąc kolokwialnie, gdy siedem z tych lampek zapali się na czerwono, to wtedy należy spodziewać się bessy. A tak się składa, że w nocie z początku czerwca Bank of America ogłosił właśnie przegrzanie siedmiu z 10 tych wskaźników. Zresztą sama nota została nazwana bardzo wymownie. Jej tytuł to Zbyt wiele czerwonych flag. Realizujcie zyski. Jak widać po datach w tabelce, siedem lub więcej sygnałów pojawiało się także w marcu 2000 roku i w październiku 2007 roku, czyli niedługo przed dwoma największymi krachami XX wieku. Jak widać z prawej strony tabelki, w ostatnich miesiącach liczba czerwonych flag rośnie. Dane za marzec pokazały cztery takie sygnały. Te za kwiecień już pięć, a te za maj aż siedem. Od razu uprzedzam pytanie. Analogiczną tabelką opartą na danych czerwcowych jeszcze nie dysponujemy. Niemniej wątpliwe, że sytuacja nagle drastycznie się poprawiła. Nie ma wątpliwości, że taki raport jednak straszy. A jak w takim razie w zestawieniu z nim wypadają prognozy dla S&P 500 sporządzone przez inne banki? No właśnie. Te wyglądają tak, jakby analitycy mieli gdzieś wcześniej przytoczone wskaźniki. Znaczna większość giełdowych prognoz dotycząca najbliższych 12 miesięcy dla S&P 500 sugeruje dalszy wzrost notowań. Mało tego, niektóre z nich zostały wręcz w ostatnich tygodniach zrewidowane w górę. W czasie, w którym część analityków Bank of America dopatrywała się coraz to większej ilości zapalonych na czerwono kontrolek, to na przykład Goldman Sachs wręcz podniósł swój oczekiwany poziom notowań dla S&P 500. Zrobił to pod koniec maja. Wcześniej fachowcy z tego banku zakładali, że indeks zamknie rok na poziomie 7600 punktów. Teraz oscyluje wokół 7500 punktów, więc scenariusz ten zakładał minimalny wzrost, raczej trend boczny. Ale już ta poprawiona prognoza jest wyraźnie wyższa. Mówi o dobiciu do 8000 punktów. Podobny ruch zrobiło City Group. Tamtejsi eksperci wcześniej prognozowali poziom 7700 punktów na koniec roku, a przed paroma tygodniami podnieśli go do 8100 punktów. Pułapu w okolicach 8000 punktów spodziewa się także zespół Deutsche Bank. Nieco mniej optymistyczny jest Wells Fargo, ale również ta instytucja wieszczy wzrost dla indeksu prognozując końcoworoczny poziom 7800 punktów. W nielicznej grupie tych, którzy wieszczą spadek jest właśnie Zespół analityków Bank of America pod przewodnictwem Savity Subramanian, czyli ta sama ekipa, która sygnalizuje czerwone flagi. Według jej prognozy notowania S&P 500 do końca tego roku miałyby zlecieć jeszcze o około 5%, zatrzymując się w okolicach 7100 punktów. Ni mniej to opinia w wyraźnej mniejszości. Czemu więc reszta analityków ignoruje te palące się na czerwonokontrolki? Czyżby wszystkie te wskaźniki miały tak duże mankamenty, że nie warto ich słuchać? No nie do końca. Po prostu są inne czynniki, które krzyczą dużo głośniej. Niemal każda z tych pozytywnych prognoz oparta jest na wierze we wzrost zysków spółek. Te mają być na tyle duże, że uzasadnią wysokie wyceny akcji. Te zyski mają zostać wygenerowane przez bum na infrastrukturę AI i według założeń ostatecznie rozleją się na całą giełdę. Dodatkowo bycze prognozy są argumentowane silnymi fundamentami makroekonomicznymi. Chodzi głównie o wzrost gospodarczy i inflację, od której zależy polityka monetarna. Co prawda inflacja wzrosła przez wojnę w Iranie, ale nie musi oznaczać to serii podwyżek stóp procentowych. Póki co rynek wycenia co najwyżej jedną podwyżkę dokonaną przez Fed do końca roku. Gospodarce, a co za tym idzie spółkom w niej funkcjonującym powinien pomóc też rozejm handlowy, który szczęśliwie utrzymuje się w tym roku po pełnym perturbacji 2025 roku. Te czynniki po prostu wybijają się ponad pojedyncze niekorzystne wskaźniki. Daj znać w komentarzu, drogi widzu, czy taka narracja cię przekonuje. A może sam jesteś jednym z tych, którzy doszukują się czerwonych flag. Chętnie poznam twoją opinię. A jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.








