5 klasycznych oznak kryzysu finansowego… i wszystkie są już tutaj [Kryzys, Bańki, AI]

Czy nadchodzi kryzys finansowy?

Materiał omawia 5 kluczowych sygnałów ostrzegawczych, które w przeszłości zwiastowały kryzysy finansowe, od bańki internetowej po kryzys subprime. Analizujemy, jak te same schematy powtarzają się dzisiaj. Czy sztuczna inteligencja to tylko nowa odsłona bańki spekulacyjnej?

W filmie poruszamy następujące tematy:

  • Bańka technologiczna i inwestycje w sztuczną inteligencję
  • Stagnacja realnej konsumpcji w USA
  • Rekordowe zadłużenie gospodarstw domowych i rosnące dopłaty socjalne
  • Historycznie wysokie wyceny na giełdach (PER, CAPE, wskaźnik Q, wskaźnik Buffetta)
  • Rosnące ukryte ryzyko finansowe (CDS, dług strukturyzowany)

Dowiedz się:

  • Jak rynki zachowują się tuż przed spadkami.
  • Jak odczytywać sygnały ostrzegawcze.
  • Jak przygotować się na potencjalny kryzys.

Sprawdź, czy historia się powtarza! Subskrybuj nasz kanał, aby być na bieżąco z analizami rynkowymi.

Zobacz pełną transkrypcję filmu

To już kiedyś przerabialiśmy. Szczyty euforii, rynki oderwane od rzeczywistości i wyraźne sygnały, które większość woli ignorować. W tym wideo zobaczysz jak te same schematy, które poprzedzały kryzys 2008 roku czy bańkę.com pojawiają się znowu jeden po drugim. I co najbardziej niepokojące, tym razem dane są jeszcze bardziej skrajne. Mamy nagłe skoki spekulacji. Realna konsumpcja stoi w miejscu, nastroje są na dnie, a giełda zachowuje się jakby wszystko było w porządku. Każdy duży kryzys finansowy zaczynał się tak samo od historii, która brzmiała jak nie do ruszenia, narracji usprawiedliwiającej każdą przesadę i rynków kompletnie oderwanych od realnej gospodarki. W 2000 roku tą historią była technologia. Spółki internetowe obiecywały, że zmienią wszystko, a mimo to, że wiele z nich prawie w ogóle nie miało przychodów, ich akcje szybowały. Nazdak miał wtedy na przykład stosunek cen do zysku na poziomie, którego nie dało się obronić. Inwestorzy płacili wielokrotnie więcej niż te firmy realnie zarabiały, licząc na to, że kiedyś te zyski magicznie się pojawią. Tyle że ten dzień nigdy nie nadszedł. W 2008 roku opowieść była inna, ale schemat identyczny. Wszyscy wierzyli, że ceny nieruchomości mogą rosnąć tylko w jedną stronę, a banki rozdawały kredyty praktycznie każdemu. Budowa szła pełną par. Deweloperzy pakowali miliony w kolejne projekty, czyli w kapex, nakłady inwestycyjne na infrastrukturę maszyny czy rozwój. Mimo że już wtedy było widać pierwsze oznaki spadającego popytu, a gdy te inwestycje zaczęły hamować, było już za późno, bo rynek zaczął się sypać. Krach przyszedł błyskawicznie. Dziś, w 2025 roku, widzimy dokładnie tę samą dynamikę, tylko w nowym przebraniu, sztuczną inteligencję. Technologiczni giganci pakują ogromne pieniądze w centra danych, chipy, serwery, zakładając, że wszystko to będzie na siebie zarabiać przez kolejne 5 lat. Problem w tym, że przy obecnym tempie rozwoju technologii te chipy mogą się zdezaktualizować w mniej niż 3 lata. Innymi słowy, tracą wartość dużo szybciej niż zakładają ich modele finansowe. Meta na przykład w ciągu ostatnich dwóch lat wielokrotnie zwiększyła inwestycje w infrastrukturę pod AI. W 2023 roku wydała na kapex ponad 30 miliardów dolarów, a na 2025 zaplanowała jeszcze więcej. NVIDIA sprzedaje chipy firmom, które ścigają się o przewagę, ale nikt nie wie, czy te chipy wciąż będą topowe za 2 lata. Jeśli technologia traci wartość, zanim zdąży się zwrócić, bilans takich firm zaczynają pękać, a kiedy dzieje się to masowo, szkody są już nie do cofnięcia. Do tego część tych inwestycji finansowana jest długiem strukturyzowanym, który nie zawsze widać bezpośrednio w bilansach. Bardzo podobnie jak w 2008 roku, kiedy produkty sprzedawane jako bezpieczne ukrywały ogromne ryzyko. A jeśli spojrzymy na wskaźniki, które analitycy wykorzystują do oceny, czy giełda jest droga czytania, sygnał jest oczywisty. Utobina czy KP Schillera, czyli sposoby porównywania wartości rynkowej spółek do ich realnych zysków są dziś na poziomach wyższych niż kiedykolwiek w ostatnich st latach, nawet przed wielkim kryzysem. To oznacza, że płacimy historycznie wysokie ceny za firmy, które w wielu przypadkach nie generują zysków pozwalających uzasadniać te ceny. A mimo to S&P 500 i NZDAQ rosną jakby nic się nie działo. Schemat jest ten sam. Opowieść, która wszystkich ekscytuje. Masowe inwestycje napędzane strachem przed tym, żeby nie zostać w tyle. i coraz wyraźniejsze sygnały, że realna gospodarka idzie w zupełnie inną stronę. Zmienia się tylko nazwa bańki. Reszta to już dobrze znany scenariusz. To wszystko nie byłoby problemem, gdyby to była tylko teoria, ale obecne dane krzyczą, że coś jest nie tak. Zacznijmy od podstaw konsumpcji. W Stanach Zjednoczonych to właśnie konsument napędza gospodarkę i ten silnik zaczyna się dławić. Ostatnie oficjalne dane o sprzedaży detalicznej sięgają sierpnia. Od tamtej pory przez częściowe zamknięcie rządu nie pojawiły się kolejne raporty. Jest jednak alternatywne źródło. Cards, system stworzony przez rezerwę federalną w Chicago, który szacuje sprzedaż detaliczną w czasie rzeczywistym na podstawie płatności kartami. Według tego modelu we wrześniu i październiku realny poziom konsumpcji praktycznie zatrzymał się w miejscu. dużo poniżej tego, czego oczekiwał rynek. A mówimy o gospodarce, w której konsumpcja odpowiada za ponad 70% aktywności. Taki wynik powinien włączyć wszystkie alarmy, tyle że nikt o tym nie mówi. A jeśli zejdziemy poziom niżej, do sytuacji gospodarstw domowych, robi się jeszcze bardziej niepokojąco. Dziś 41,7 miliona Amerykanów, ponad 12% populacji korzysta z programu SNAP, czyli rządowego systemu dopłat do żywności. W 2000 roku było to 17 milionów, w 2008 już 28, teraz ponad 40 milionów. Trend jest jasny. Rosnąca bieda strukturalna, większa zależność od pomocy państwa, coraz niższa realna siła nabywcza. I to też widać w Internecie. wyszukiwania w Google haseł takich jak foodstamps, banki żywności czy pożyczka do wypłaty są na historycznych maksimach. Ludzie nie wpisują tego z ciekawości. Szukają, bo muszą, bo z miesiąca na miesiąc zostaje im coraz mniej albo nie zostaje nic. Prawda jest taka, że przeciętny konsument w USA nie jest już zaniepokojony. On jest duszony kosztami. Potwierdza to również indeks nastroju konsumentów. Zaufanie jest na rekordowo niskich poziomach. Ludzie boją się nie tylko utraty pracy. Boją się, że jeśli ją stracą, to nie znajdą nowej tak szybko jak kiedyś. Firmy przestały zatrudniać w takim tempie. A choć masowych zwolnień jeszcze nie ma, to coraz więcej spółek zapowiada redukcję. To oznacza, że pogorszenie już trwa, tylko dzieje się po cichu, powoli, systematycznie. I jest jeszcze jeden sygnał, mniej widoczny, ale bardzo wymowny, który pochodzi prosto z systemu finansowego. Te DSy zaczynają rosnąć. Credit default swaps to ubezpieczenia na wypadek niewypłacalności firm. Gdy ich cena idzie w górę, rynek mówi jasno: "Ryzyko rośnie". W ostatnich miesiącach CDS-y największych firm technologicznych wystrzeliły z Oracle na czele. To znaczy, że nawet w momencie, kiedy giełdy biją rekordy, najbardziej zaawansowani inwestorzy już zaczynają się zabezpieczać. A gdy pieniądz zaczyna kupować ochronę, to znak, że strach już wszedł do pokoju. I podczas gdy cała ta sytuacja rozwija się w realnej gospodarce, giełdy w najlepsze świętują. S&P 500, NZDAK, a nawet Dow Jones. wszystkie blisko historycznych szczytów, jakby nic się nie działo, jakby konsumenci nie byli zadłużeni, jakby sprzedaż nie stawała w miejscu, jakby zatrudnienie miało pozostać idealnie stabilne na zawsze. To, że giełda potrafi żyć swoim własnym życiem nie jest niczym nowym, ale to co widzimy teraz dalej trudno uznać za normalne. Historycznie zachowanie S&P 500 było mocno powiązane z rynkiem pracy. Kiedy firmy więcej zatrudniały, indeks rósł. Kiedy przestawały, giełda też to odczuwała. Mimo to miało to swoją logikę. Ale w ciągu ostatnich dwóch lat ta zależność całkowicie się rozpadła. S&P 500 wszedł w górę mimo wyraźnego spowolnienia rekrutacji, a teraz nawet dane o zaufaniu konsumentów przestały mieć znaczenie. Większość Amerykanów uważa, że gospodarka ma się źle, ale rynek zachowuje się jakbyśmy byli w najlepszym momencie w historii. To trochę tak jakby termometr pokazywał gorączkę, a pacjent uparcie wychodził pobiegać maraton. Ale jeśli spojrzymy na wyceny, robi się jeszcze bardziej ekstremalnie. Wszystkie klasyczne wskaźniki per, KP, kuratio, Buffet Indicator mówią to samo. Rynek jest historycznie drogi, a mimo to ceny dalej rosną. I to nie jest tylko kwestia wysokich mnożników. Dochodzi jeszcze problem koncentracji. 10 największych spółek w S&P 500 stanowi 42% wartości całego indeksu, ale wytwarza tylko 30% zysków. To oznacza, że rynek opiera się na bardzo wąskiej grupie firm, które są napompowane oczekiwaniami, a jeśli któraś z nich się potknie, może pociągnąć w dół całą resztę. A jakby tego było mało, dźwignia finansowa też jest dziś na rekordowych poziomach. Mówiąc prościej, mnóstwo inwestorów wchodzi na giełdę zapożyczone pieniądze przez dług, instrumenty pochodne, opcje czy lewarowane ETFY. Wszystko jest ustawione pod to, żeby rynek dalej rósł. A kiedy wszyscy grają w jedną stronę, nawet niewielki wstrząs może być katastrofalny, bo nie ma marginesu błędu. Rynek zakłada idealną przyszłość. Podczas gdy gospodarka realna rozpada się od środka. Taka różnica, taka luka nie może trwać wiecznie. To dlaczego w takim razie jeszcze nic się nie stało? Czemu, skoro wszystko jest tak napięte, giełdy wciąż idą w górę? Odpowiedź kryje się w opowieści, w narracji. Dziś bum na sztuczną inteligencję działa jak rodzaj tarczy emocjonalnej i finansowej. Oczekiwania są tak ogromne, tak wywindowane, że nikt nie chce zostać z boku. Wall Street sprzedaje to jako kolejną wielką rewolucję. Politycy i banki centralne powtarzają, że przyszłość będzie świetlana, a inwestorzy trzymają się tej wizji jak koła ratunkowego. Problem w tym, że my już to widzieliśmy. Z każdą nową technologią historia wygląda podobnie. Najpierw euforia, potem inwestycje ponad miarę, rosnące zadłużenie. A kiedy adopcja nie idzie tak szybko, jak wszyscy sobie wyobrażali, wszystko zaczyna się sypać. Tym razem dochodzi jeszcze jeden techniczny problem. Tempo zmian. Jeśli inwestycje liczone dziś na 5 lat amortyzacji tracą wartość po dwóch, to zyski po prostu nie zdążą się pojawić, a bilanse firm zaczynają się rozjeżdżać. A gdy w grze są miliardy, korekta nie przychodzi delikatnie, tylko nagle. Najbardziej niepokojące jest to, że wszystkie klasyczne składniki bańki już tu są. Rozbuchane oczekiwania, nadmierny dług, brak przejrzystości i wyceny, których nie da się racjonalnie obronić. jednego elementu brakuje, zapalnika, ale tego nikt nie jest w stanie przewidzieć. Szczyty cykli nigdy nie są wyraźne w czasie rzeczywistym. Rozpoznajemy je dopiero po fakcie. Wiemy natomiast coś innego. Z doświadczenia wynika, że giełdy zazwyczaj robią swoje maksima zanim zaczną spadać realne inwestycje. A gdy kapex, czyli nakłady inwestycyjne firm zaczyna hamować, wtedy jest już po wszystkim. Czekanie na twarde dowody oznacza w praktyce czekanie na moment, kiedy szkody są już wyrządzone. Dlatego jeśli to, co widzimy dziś aż tak bardzo przypomina poprzednie bańki, rozsądne nie jest zgadywanie dnia i godziny krachu, tylko przygotowanie się, zanim to nastąpi. Na końcu historia zawsze daje sygnały, czasem szeptem, czasem krzykiem, ale daje. A teraz wszystkie wskaźniki mówią to samo. Realna gospodarka hamuje. Ludzie się coraz bardziej zadłużają. Rynki odklejają się od rzeczywistości i mimo tego wciąż powtarza się ta sama mantra. Tym razem będzie inaczej. Tylko, że nigdy nie jest. Dlatego jeśli chcesz zrozumieć jakie sygnały zazwyczaj pojawiają się tuż przed pęknięciem bańki i jak zachowują się rynki w tych ostatnich miesiącach euforii, polecam ci ten drugi materiał, który podlinkowałam obok. Im częściej historia powtarza te same schematy, tym mniej mamy wymówek, żeby ich nie zauważać. To już wszystko na dziś. Jeśli podobają ci się takie treści, subskrybuj kanał i do zobaczenia.

Przewijanie do góry