Chiny a europejski przemysł – analiza deficytu handlowego
W materiale przedstawiono szczegółową analizę wpływu chińskiego eksportu na gospodarki państw Unii Europejskiej. Omówiono najnowsze dane Eurostatu dotyczące deficytu handlowego, który w 2025 roku osiągnął niemal 360 mld euro, a w pierwszym kwartale bieżącego roku wyniósł 98 mld euro.
Główne przyczyny przewagi Chin to słaby popyt wewnętrzny połączony z wysoką produkcją, ogromne subsydia państwowe dla sektora przemysłowego oraz utrzymywanie niedowartościowanego juana, co czyni chińskie towary wyraźnie tańsze od europejskich odpowiedników.
Wykazano, że najbardziej dotknięte sektory to motoryzacja, maszyny i części do maszyn, chemikalia oraz sprzęt elektryczny. Przykłady obejmują planowane zwolnienia w Volkswagenie, Audi, Porsche oraz redukcję zatrudnienia w firmach takich jak Bosch czy Continental.
Proponowane rozwiązania obejmują wprowadzenie europejskiego odpowiednika amerykańskiej sekcji 301, utworzenie funduszu kompensacyjnego finansowanego z ceł, podniesienie wymogów dotyczących lokalnej zawartości produktów oraz intensyfikację działań przeciwko nieuczciwym praktykom handlowym w ramach WTO.
Analiza pokazuje, że bez zdecydowanej reakcji politycznej ryzyko utraty kolejnych dziesiątków tysięcy miejsc pracy w Europie pozostaje wysokie, a problem wymaga koordynowanej odpowiedzi Unii oraz jej partnerów międzynarodowych.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Dziś na światowej planszy mocarstwa nie muszą już trzymać dłoni na krtani swojego rywala, by go zdusić. Jedyny uścisk, jaki jest do tego potrzebny, to tak naprawdę uścisk dłoni przy podpisywaniu umowy handlowej. Efekt jest taki, że jeden z graczy powoli obumiera kawałek po kawałku, choć nieprzelana zostaje choćby kropla krwi. Wszystko dzieje się może nie tyle w białych rękawiczkach, co w białych kołnierzykach i ciemnych garniturach. I tak poniekąd dzisiaj wygląda właśnie relacja handlowa Chin z Europą. Państwo środka stworzyło sobie taką przewagę nad starym kontynentem, że dziś prezydent jednego z największych, najstarszych mocarstw Europy, Emmanuel Macron, mówi wprost tu cytat, próbuje tłumaczyć Chińczykom, że ich nadwyżka handlowa nie jest zrównoważona, bo zabijają własnych klientów. Jak to dokładnie rozumieć? W telegraficznym skrócie Chiny zalewają Europę tak dużą ilością towarów, które są tańsze od alternatyw produkowanych w Europie, że całe przedsiębiorstwa, branże, a nawet sektory powoli przestają być opłacalne. Niektórzy z was mogą sobie pomyśleć: "A co mnie to obchodzi? Ja mam tańsze i nowoczesne chińskie auto, a moja żona modne ciuszki za ułamek ceny kupi sobie w sklepie ze sprowadzaną z Chin odzieżą. Dla mnie to korzystne, więc co w tym złego? Taka perspektywa jest zrozumiała, o ile nikt z najbliższej rodziny nie pracuje w firmie, która musi się zamknąć z uwagi na to, że nie wyrabia przez chińską konkurencję. A już możemy wymienić przykłady przedsiębiorstw z Europy, które albo całkowicie się z tego powodu zawinęły, albo wyraźnie zredukowały kadrę. Gdy syn, szwagier czy teściu muszą szukać pracy, zjawisko przestaje jawić się jako takie korzystne, a przyziemne trudności życiowe pojedynczych jednostek to tylko jeden z problemów, które to zjawisko generuje. Niezaadresowany w odpowiedni sposób problem może doprowadzić do zapaści całych sektorów przemysłowych, co z kolei mogłoby poskutkować ogromnym spowolnieniem gospodarczym i wtedy problem dotyczy już każdego, bez wyjątku. Przed momentem przytoczony cytat z Emmanuela Macrona. To nie przesada. Oficjalne dane Eurostatu wyraźnie pokazują, że deficyt handlowy Unii z Chinami powiększa się, bo import drastycznie przyspieszył, a nie poszedł za tym eksport. Liczby są wręcz bezlitosne i w dzisiejszym odcinku przytoczymy sobie kilka z nich, by sprawa była namacalna. Uwierzcie mi, choć będą dla was zupełnie płaskie na ekranie monitora, jednocześnie będą tak wyraźne, że niemal dosłownie namacalne. Na tym etapie, tuż za waszym czołem, powinno zakiełkować już pytanie, co w takim razie z tym zrobić? Jak uratować Europę przed pożarciem przez handlowego tygrysa z Dalekiego Wschodu? Politycy i eksperci handlowi mają pewne pomysły dotyczące rozwiązań tego problemu, ale żadne z nich nie są łatwe do zrealizowania, a dodatkowo wiążą się z pewnymi efektami ubocznymi. Jakie to pomysły? W dzisiejszym odcinku weźmiemy je uważnie pod lupę. Zapraszam na materiał. Sponsorem odcinka jest CMC Markets, globalny dostawca usług transakcyjnych i inwestycyjnych wiodący broker kontraktów na różnic, ofarujący 0% prowizji na CFD na akcje i ETFY z giełd w Polsce, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej z wyłączeniem Grecji. >> Ja nazywam się Michał Fitz. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Jeżeli szukasz wartościowych analiz, to zapraszam do zapisywania się na nasz FX Magowy inwestycyjny newsletter. Link znajdziesz w opisie. No to żeby długo nie czekać na konkrety, to wykładam je od razu na stół. Dane Eurostatu mówią o tym, że deficyt handlowy między Chinami a Europą za 2025 rok wyniósł blisko 360 miliardów euro. To tak jakby codziennie ze starego kontynentu statkiem do Chin odpływał niecały miliard euro. Jeszcze 4 lata wcześniej roczny deficyt był o ponad 100 miliardów mniejszy. Mało tego, nawet gorzej było w 2022 roku, kiedy licznik pokazał 397 miliardów euro różnicy handlowej między obiema stronami. Wówczas można było jeszcze wierzyć, że taka wartość to anomalia, tym bardziej, że rok później udało się ją zbić. Ni mniej, od dwóch lat znów konsekwentnie rośnie. Co więcej, najświeższe dane pokazują, że ten rekordowy wynik sprzed kilku lat może w tym roku pęknąć. Dysponujemy już liczbami za pierwszy kwartał tego roku. Tylko za okres od stycznia do marca deficyt wyniósł 98 miliardów euro. To największy pojedynczy kwartalny rezultat od trzeciego kwartału 2022 roku, czyli tamtego rekordowego. Dobrze widać to na wykresie opublikowanym przez Eurostat. Na nim widać również, że deficyt niemal nieprzerwanie pogłębia się od dwóch lat i z małymi wyjątkami jest większy w każdym kolejnym kwartale. No dobrze, ale mówimy przecież o całym kontynencie w porównaniu z jednym krajem. Może po prostu jedne gospodarki Unii ciągną statystykę w dół, podczas gdy inne radzą sobie całkiem nieźle. Jeszcze do niedawna można było próbować się tak pocieszać. Nierówności pomiędzy krajami faktycznie występują, ale obecnie już każdy kraj jest na minusie, jeśli chodzi o handel z Chinami. 2025 rok był pierwszym takim rokiem, kiedy wszystkie kraje wspólnoty odnotowały deficyt handlowy z Chinami. To dzielnie się przed nim bronił wcześniej. W 2024 roku na Plusie były jeszcze Luksemburg i Irlandia, ale taki rezultat wynikał nie tyle z potęgi przemysłowej tych państw, bo wiemy, że nimi nie są, a z wykorzystania pewnych niż. Już nawet to nie pomogło jednak w ubiegłym roku. On był też wyjątkowo kiepski dla największej gospodarki starego kontynentu, czyli Niemiec. Te zaksięgowały deficyt na poziomie 87 miliardów euro, większy nawet od tego z rekordowego dla całej wspólnoty 2022 roku. Tak jak mówiłem we wstępie, dane są bezlitosne. Niewykluczone, że nawet gorzej wyglądają, gdy rozłożymy je nieco na czynniki pierwsze. Deficyt to bowiem po prostu różnica między towarami importowanymi a eksportowanymi i powiększa się dlatego, że import rośnie zupełnie niewspółmiernie do eksportu. Przez minioną dekadę eksport europejskich towarów do Chin wzrósł o 37%. Mogłoby się wydawać, że to całkiem niezły wzrost, no dopóki nie porównamy go ze wzrostem importu. Ten przez dekadę powiększył się o 89%. W poszukiwaniu pocieszenia zapytacie, może te statystyki nakręcę jakiś śmieciowy import. Może po prostu ogromny napływ tanich chińskich zabawek, ciuchów, różnych pierdółek nabija te statystyki. Niestety nie. A na ten argument można się nadziać jak Azja z pana Wołodyjowskiego na pal. W statystykach przewodzą główne gałęzie przemysłu, także tego, który jeszcze do niedawna stanowił o sile Europy. W czołówce znajdziemy sprzęt elektryczny, maszyny oraz części do maszyn, a także chemikalia. Zerknijmy na te dwa wymowne wykresy. Ten przedstawia wartość eksportu z Unii do Chin z podziałem na te sektory, o których mówiłem. Kolorem niebieskim oznaczono słupki za 2025 rok, a kolorem złotym te za 2024 rok. Jak widać, niemal każdy niebieski jest niższy od złotego, co oznacza, że eksport w tym sektorze spadł. Wyjątkiem jest tylko branża przemysłu powietrzno-kosmicznego. Z kolei ten wykres pokazuje import z Chin do Unii. Kolory mają te same oznaczenia, więc widać po nich, że praktycznie w każdym sektorze w ujęciu rocznym import się zwiększył. Niegdyś ceniona na całym świecie europejska motoryzacja dziś jest wypychana z własnego rynku przez chińskie koncerny. Widać to już na naszych ulicach, a nawet w telewizorach. Podejrzanie dużo ostatnio reklam dotąd nieznanych marek takich jak Jil, Cherry czy Omoda, prawda? W maju 2026 roku chińskie marki osiągnęły rekordowy udział w sprzedaży nowych aut w Europie. Pierwszy raz prześcignęły pod tym względem renomowane japońskie koncerny. Przez pierwsze pięć miesięcy tego roku pięć największych chińskich koncernów motoryzacyjnych wprowadziło na europejski rynek około 620 000 pojazdów. Zresztą to zjawisko widać nie tylko po motoryzacji czy innych głównych branżach. Można odnieść wrażenie, że Chiny wykorzystują swoją przewagę na każdej możliwej płaszczyźnie, nawet tych sezonowych. Na przykład w czerwcu tego roku import z Chin do Unii skoczył w ujęciu rocznym o aż 18%. Jak tłumaczył Wall Street Journal miało to związek z falami upałów, które spowodowały wzmożoną wysyłkę klimatyzatorów z Chin na stary kontynent. Ta dominacja handlowa nie przejawia się już tylko w cyferkach zapisywanych w różnego rodzaju raportach. Jak wspomniałem wcześniej, ma już realne konsekwencje, które ostatecznie dotykają prawdziwych ludzi i są one szczególnie odczuwalne właśnie w branży motoryzacyjnej, którą przed chwilą sobie omówiliśmy. Pewnie rzuciły wam się w oczy w ostatnich miesiącach nagłówki mówiące o masowych zwolnieniach w niemieckich koncernach. Jeśli nie, to szybko przytoczę kilka liczb. Volkswagen oświadczył, że w ramach planu restrukturyzacji do 2030 roku utnie 50 000 etatów, tylko do końca tego roku zamkniętych zostanie 19 000 z nich. Audi do 202 roku ma zamknąć 7500 stanowisk, a Porsche w podobnym okresie pożegna około 4000 pracowników. A zjawisko to rozlewa się z samych producentów na dostawców części. Przedsiębiorstwo Continental zajmujące się produkcją ogumienia do końca tego roku utnie 3000 etatów. Bosch odpowiadający za wiele części do samochodów zwolni ponad 13 000 pracowników przez najbliższe 4 lata. Podobne liczby można byłoby też podać z sektora chemicznego czy metalurgicznego. Jak wynika z majowego raportu A, niemiecki przemysł traci około 10 000 miejsc pracy miesięcznie. To tak jakby każdego miesiąca cała miejscowość rozmiarów popularnego ostatnio w sieci Dresdenka lądowała na bezrobociu. Strach pomyśleć jakie wtedy obroty miałby tamtejszy lombard. Ostatnie kilka minut czasu antenowego poświęciłem niemieckiemu przemysłowi, bo przez lata uchodził on za najsilniejszy w całej Unii. Ale podobne efekty omawianego zjawiska widać też w innych krajach, tak naprawdę w całej wspólnocie. Raport Rodium podaje, że europejski przemysł jako całość każdego dnia traci około 500 miejsc pracy. Z kolei według raportu francuskiego rządu w średnim terminie zagrożone jest aż 55% europejskiej produkcji przemysłowej. No dobra, dobra. Michał, cały czas podajesz dane dla Niemiec, Francji i innych krajów, a co z Polską? Może nas ten problem po prostu omija? No otóż nie, nie omija i dobitnie potwierdza to niedawny raport Związku przedsiębiorców i pracodawców we współpracy z Ośrodkiem Studiów Wschodnich. Jego autorzy w podsumowaniu wskazują wprost, tu cytat, z europejskiego przemysłu bezpowrotnie uciekło do Chin 87 miliardów euro wartości dodanej, z czego 11,4 miliarda euro to strata polskiej gospodarki. A parę zdań później dostajemy po twarzy jeszcze bardziej bolesnym wnioskiem. Według raportu ta nierówność handlowa z Chinami sprawia, że w Polsce zagrożonych jest około 45 000 miejsc pracy, głównie w sektorze baterii, części motoryzacyjnych, AGD oraz produkcji stali. Skoro wiemy już, że ten chwyt handlowy założony przez Chiny na Europę jest tak potężny, to warto byłoby się zastanowić z czego tak w ogóle wynika. Te kwestie na poważnie pod lupę wziął CER. think Tank zajmujący się sprawami dotyczącymi Unii Europejskiej. Tamtejsze tęgie głowy po przeanalizowaniu sprawy wskazały trzy główne przyczyny. Pierwszą z nich jest bardzo słaby popyt wewnętrzny w Chinach połączony z wysoką produkcją. Innymi słowy, tamtejsze fabryki wytwarzają takie ilości towarów, że lokalni klienci nie są w stanie tego wykupić, więc cała nadwyżka, a jest jej sporo, trafia na eksport. Źródłem tego stanu rzeczy jest fakt, że konsumpcja chińskich gospodarstw domowych jest bardzo niska jak na gospodarkę o tak dużym PKB. W innych rozwiniętych gospodarkach konsumpcja prywatna odpowiada za 55 do nawet 70% PKB. Tymczasem w Chinach ten odsetek wynosi około 40%. Te różnice świetnie pokazali autorzy wcześniej cytowanego raportu ZPP i OSW na tym wykresie. Eksperci zwracają uwagę na to, że szczególnie w ostatnich latach oszczędność Chińczyków jeszcze się zwiększyła, do czego doprowadziło pęknięcie bańki na rynku nieruchomości. Wiele rodzin potraciło włożone w nieruchomości oszczędności. Inni stali się po prostu dużo bardziej przezorni. Dlatego wydatki wewnętrzne jeszcze spadły, a produkcja niekoniecznie. Producenci pozbywają się więc towarów za granicą po cenach niższych niż zagraniczna konkurencja, bo nie zależy im na marży, a na tym, by po prostu opróżnić magazyny z nadwyżki. A wpływ na omawiane w dzisiejszym materiale zjawisko ma też to, co Chiny robią z tym wewnętrznym problemem. Absolutnie nie próbują pobudzić konsumpcji wewnętrznej. Wręcz odwrotnie, zamiast popytu wspierają podaż pakietem pokaźnych subsydiów dla firm. Jak zwracają uwagę eksperci, poszczególne regiony kraju wręcz prześcigają się pod tym względem, szczególnie w sektorach uznawanych za strategicznie istotne. W efekcie lokalne firmy mogą liczyć na tanie kredyty, darmową ziemię, dopłaty do zakupu maszyn czy różnego rodzaju ulgi podatkowe. Jak wynika z wyliczeń OECD, chińskie firmy otrzymują subsydia średnio od trzech do nawet dziewięciu razy większe od tych, które mogą otrzymać firmy z innych krajów rozwiniętych. Międzynarodowy fundusz Walutowy szacuje, że Chiny przeznaczają na programy wsparcia produkcji dla firm około 4,4% PKB. Jak zauważa CER to większy odsetek niż kraje Unii przeznaczają na zbrojenia, które obecnie są przecież ich najwyższym priorytetem. Trzecim głównym czynnikiem jest niedowartościowany y juan. Co to w ogóle znaczy i jak to rozumieć? W przypadku walut niedowartościowanie oznacza dokładnie to samo, co w przypadku akcji czy nieruchomości. Trzeba za nie zapłacić mniej niż wynikałoby to z czynników fundamentalnych. Jeżeli więc waluta jest tańsza niż być powinna, to również towary, które pochodzą z tego samego kraju są tańsze. Niedowartościowany y jest więc jeszcze dodatkową ukrytą przeceną chińskich produktów, co sprawia, że na rynku są jeszcze bardziej okazyjne. To dodatkowo nakręca eksport, a mechanizm ten działa w obie strony. Skoro rodzima waluta jest niedowartościowana, to ta zagraniczna, za którą płaci się przy imporcie towarów, na przykład z Europy, jest sztucznie droga. Import przez to staje się mniej opłacalny, więc popyt na zagraniczne towary jest dławiony. W efekcie luka między eksportem a importem tylko się powiększa. W zdrowych, wolnorynkowych warunkach nie powinno do tego dochodzić. Powinien działać mechanizm samoregulacji, który funkcjonuje w dużym uproszczeniu w taki sposób. Chińscy eksporterzy dostają za swoje produkty worki pieniędzy w zagranicznej walucie, ale swoich pracowników i rachunki muszą opłacić wanach. Gdy więc nadwyżka handlowa jest duża, popyt na lokalną walutę napędzany przez eksporterów powinien też być duży, na tyle duży, że podbija wartość tej waluty. Dlatego też w omawianym chińskim przypadku Juan powinien być droższy niż jest i gdyby był, deficyt handlowy tylko dzięki temu już zacząłby się wyrównywać. Dlaczego więc ten mechanizm nie działa w przypadku Chin? Z kilku powodów. Po pierwsze, Chiny nie są krajem z wolnym rynkiem walutowym i akurat kurs waluty jest tam zarządzany. Władze regularnie interweniują ustalając kurs referencyjny. Dlatego też ten omówiony przed chwilą mechanizm samoregulacji po prostu nie działa. W jaki sposób interweniują? A no na przykład przeprowadzając regularne skupy dolarów za juany, przez co wprowadzają ich do obiegu jeszcze więcej, a ta ilość z kolei rozwadnia ich wartość. Dodatkowo Juana w ostatnich latach osłabiły też obniżki stóp procentowych, które były próbą ratowania sytuacji po pęknięciu bańki nieruchomości. Niższe stopy naturalnie determinują słabszą walutę. Okej, wiemy już jak rozumieć to niedowartościowanie Juana i z czego ono wynika, a jak duże ono jest. Tu szacunki się różnią. Międzynarodowy fundusz walutowy oficjalnie mówi o tym, że Juan jest niedowartościowany o 16% zastrzegając, że może to być wartość niedoszacowana. Faktycznie niektórzy uważają, że problem jest znacznie poważniejszy. Friedrich Merz, kanclerz Niemiec, w jednym ze swoich wystąpień publicznych wprost mówił o tym, że Juan jest niedowartościowany o aż 25 do nawet 30% i nazwał to potężną niekorzyścią konkurencyjną. Warto wspomnieć też o jeszcze jednym dodatkowym katalizatorze tego zjawiska, który pojawił się w ubiegłym roku. Specjaliści zauważają, że nie bez znaczenia na relacje handlowe Chin z Europą było to, co zrobili Amerykanie, a konkretnie jeden z nich, Donald Trump. Prezydent USA w ubiegłym roku rozpętał wojnę handlową wymierzoną głównie w Chiny. W pewnym momencie cła na import chińskich towarów były chorendalne, przekraczające 100%. Ich napływ do Stanów w związku z tym zmalał, ale ich ogólna ilość nie. Te po prostu musiały znaleźć inne ujście i znalazły je właśnie w Europie. Nawet po zawarciu rozejmu między Chinami a USA w październiku ubiegłego roku średnie amerykańskie cło na chińskie produkty jest około 10okrotnie większe od opłaty nakładanej przez Europę. No dobrze, poznaliśmy przyczyny problemu. Teraz jest więc świetny moment, by pochylić się nad tym, co można zrobić, by go rozwiązać lub chociaż w jakiś sposób zredukować. Wcześniej cytowany think tan tang cer na przykład sugeruje wprowadzenie europejskiego odpowiednika amerykańskiej ustawy o nazwie Sekcja 301. Instrument ten umożliwiałby Komisji Europejskiej nakładanie jednostronnych ceł na całe sektory bez konieczności udowadniania szkody. Takie cła mogłyby wspomóc, w szczególności te najbardziej dotknięte deficytem handlowym sektory, bo nagle konkurencyjne towary z Chinyby już tak opłacalne dla importerów. Rozwiązanie to mogłoby wyraźnie odciążyć na przykład branżę motoryzacyjną, gdyby dodatkowo opodatkowano chińskie auta. Pojawiają się też różne inne pomysły dotyczące obrony opartej właśnie o cła, które różnią się tak naprawdę tylko podstawą prawną. Ich cel jest jednak ten sam. Sprawić, by chińskie produkty były droższe dla importerów. niż są teraz, by ci chętniej korzystali z europejskich alternatyw. CER proponuje także utworzenie funduszu kompensacyjnego opartego na cłach. Wpływałyby do niego pieniądze z nowych ceł nałożonych na chińskie produkty, a później ten kapitał byłby reinwestowany we wsparcie dla tych sektorów, które ucierpiały najbardziej przez chińską konkurencję. Drugi pomysł, a w zasadzie to zbiór pomysłów o wspólnym celu, zakłada rozkręcenie europejskiego przemysłu poprzez podniesienie wymogów związanych ze składem produkowanych towarów. Komisja Europejska, bo to ona zaproponowała ten pomysł, chciałaby wprowadzić regulacje, które będą nakazywały, że na przykład europejskie samochody muszą być skonstruowane przynajmniej w 70% z części pochodzenia europejskiego. Jednocześnie obowiązywać miałyby równoległe regulacje, które na przykład ograniczałyby odsetek komponentów pochodzących z danego kraju spoza Unii. Mówi się też o wprowadzeniu prawnego obowiązku kupowania od przynajmniej trzech różnych dostawców. właśnie po to, by wszystkie części nie przypływały tylko z Chin, bo akurat są najtańsze. Kolejny pomysł zakłada nie tyle dodanie nowych narzędzi, co skuteczne i częstsze wykorzystywanie tych już istniejących. Agencja Dow Jones News dotarła do dokumentu podpisanego przez pięć państw członkowskich Unii, w tym Francję i Holandię. Dokument ten wzywa organ wykonawczy Unii do wszczynania większej liczby postępowań w sprawie potencjalnie nieuczciwych praktyk handlowych oraz do proaktywności przy kwestionowaniu domniemanych naruszeń na forum światowej organizacji handlu. Innymi słowy, Chińczyków trzeba rozliczać z ich sprytnych praktyk, bo już dostępne są ramy prawne, które na to pozwalają. No i pozostaje jeszcze kwestia niedowartościowania Juana. Czy Europa może spróbować jakoś ją rozwiązać? tu niestety ma najbardziej związane ręce. Tak naprawdę jedyną opcją jest próba dogadania się z Chinami, by te nieco popuściły regulowanie waluty w zamian za coś. Na przykład w zamian za niewprowadzanie ceł, które miałyby ograniczyć chiński import. Synk w tym, że Chińczycy takich negocjacji nie uznają za stosowny. Na pomysły wprowadzenia ceł i regulacji nie reagują propozycją dereegulacji rynku walut, a ostrzeżeniami mówiącymi o odwecie handlowym. Chiny bowiem niekoniecznie chcą obecną sprawę naprostować. Każda próba naprostowania jest przez nie odbierana jako atak na nie. Najlepszym tego przykładem jest komunikat chińskiego ministerstwa handlu z 30 maja. Była to reakcja na posiedzenie Komisji Europejskiej, które dotyczyło właśnie wyrównania nierówności handlowej. Chińczycy odpowiedzieli stanowczo jednoznacznie. Jeśli strona europejska będzie nalegać na jednostronne wprowadzenie nowych instrumentów handlowych i stosowanie dyskryminacyjnych ograniczeń, strona chińska zdecydowanie podejmie działania odwetowe i przyjmie skuteczne środki w celu ochrony własnych interesów. Te działania odwetowe mogą być podobne do tych, z którymi w ubiegłym roku zetknęły się Stany Zjednoczone. Gdy Trump nakładał coraz to większe stawki celne, państwo środka odpowiadało restrykcjami eksportowymi dotyczącymi strategicznych surowców. głównie metali ziemadkich. Te są szalenie istotne również dla rozwiniętych gospodarek europejskich. Dlatego to bardzo mocna karta przetargowa w dłoni Chińczyków. O tym, dlaczego są tak ważne i dlaczego dla Chińczyków to taka skuteczna karta przetargowa, mówiłem w tym materiale. Zachęcam, by go nadrobić. Negocjowanie z nimi na temat handlu jest więc szalenie trudne. Jak zauważają eksperci, pomóc może jedność z innymi gospodarkami zmagającymi się z podobnymi problemami. Redakcja Bloomberga w swoich felietonach pisze, że Europa powinna zjednoczyć się w tej sprawie z Japonią, Kanadą, Australią oraz Wielką Brytanią. Wspólne stanowisko tych wszystkich gospodarek będzie silniejsze wobec Chin i dzięki temu powinno im się udać ugrać więcej. A jak będzie w praktyce, to pokażą najbliższe miesiące. Sprawa robi się bowiem zbyt nagląca i poważna, by z działaniami czekać dłużej. Jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.









