Analiza geopolityczna i ekonomiczna potencjalnej interwencji USA w Meksyku
Film analizuje możliwość interwencji Stanów Zjednoczonych w Meksyku pod rządami Donalda Trumpa. Rozważane są przesłanki, takie jak walka z kartelami narkotykowymi, rosnące wpływy Chin w regionie, oraz konsekwencje takiej operacji dla Meksyku, USA i Ameryki Łacińskiej.
W materiale omówiono:
- Oficjalne powody interwencji: walka z kartelami narkotykowymi w Meksyku i ich wpływem na USA.
- Nieoficjalne powody interwencji: próba osłabienia wpływów Chin w meksykańskiej gospodarce i portach.
- Potencjalne konsekwencje interwencji dla relacji USA z Ameryką Łacińską, gospodarki, amerykańskiego bezpieczeństwa i stabilności w regionie.
Materiał porusza również kwestie polityki zagranicznej USA wobec państw Ameryki Łacińskiej, w szczególności relacji z Kubą i Kolumbią. Podkreślono, że Meksyk, ze względu na swoje położenie geograficzne i zawirowania z kartelami, może być następnym celem interwencji USA. Opisano argumenty za i przeciw takiej interwencji, biorąc pod uwagę interesy ekonomiczne i bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Nowy rok w Ameryce Łacińskiej rozpoczął się od nieco innych fajerwerków. Po tym jak Stany Zjednoczone skutecznie zaatakowały Wenezuelę, reszta krajów z tego regionu zaczęła nerwowo patrzeć po sobie, zadając sobie jedno kluczowe pytanie. Kto z nas będzie następny? Gdy prezydentem USA jest Donald Trump, trudno cokolwiek przewidywać. Tym bardziej, że on sam rozwiązania tej zagadki nie ułatwia, bo od czasu pochwycenia Nicolasa Maduro wypowiadał się już na temat kilku krajów z Ameryki Łacińskiej w kontekście potencjalnej interwencji. Niepokój czuć mogą Meksykanie, szczególnie po wiele sugerujących słowach z wywiadu Donalda Trumpa dla Fox News, który wyemitowano 9 stycznia. Prezydent USA wprost przyznał wówczas: "Unieszkodliwiliśmy 97% morskiego przemytu narkotyków. Teraz zaczniemy atakować kartele na lądzie. Niestety, ale kartele rządzą Meksykiem. To bardzo smutne obserwować, co stało się z tym krajem. W tej samej rozmowie Trump dodał, że tamtejsze kartele odpowiadają za tragedi całych amerykańskich rodzin. Jak stwierdził, każdego roku przez ich działalność umiera od 250 do 300 000 Amerykanów. To nie pierwszy raz, gdy Donald Trump na głos wspomniał o atakowaniu karteli w Meksyku. Już w listopadzie ubiegłego roku rozmawiając z dziennikarzami w gabinecie owalnym nie krył, że rozważa taką możliwość. Czy przeprowadziłbym uderzenie w Meksyku by zastopować przepływ narkotyków? Jak dla mnie okej wszystko, byleby zatrzymać narkotyki. Znamy każdy szlak. Znamy adresy wszystkich baronów narkotykowych. Wiemy gdzie mają drzwi wejściowe. Wszystko o nich wiemy. Oni już zabijają naszych ludzi. To zupełnie jak wojna. Więc pytasz mnie, czy bym to zrobił, byłbym z tego dumny. Gdy później dziennikarze dopytywali go, czy takie ataki zarządziłby po otrzymaniu uprzedniej zgody od Meksyku, prezydent odmówił udzielenia odpowiedzi na to pytanie. Dodał jedynie, że Meksyk wie jakie jest jego stanowisko. Klaudia Shinebound, prezydent Meksyku, te słowa, szczególnie te ostatnie wypowiedzi Donalda Trumpa, wzięła sobie bardzo do serca. poinformowała, że natychmiast poleciła swojemu ministrowi spraw zagranicznych zacieśnienie komunikacji i kooperacji ze Stanami Zjednoczonymi. Jednocześnie przypomniała prezydentowi USA, że ten mówi jednak o interwencji w innym kraju, a nie swoim. Konieczne jest ponowne podkreślenie, że w Meksyku rządzi naród oraz że jesteśmy krajem wolnym i suwerennym. Współpraca, tak, całkowite podporządkowanie i ingerencja nie. W innej wypowiedzi mówiła, że potencjalnej interwencji zbrojnej Stanów Zjednoczonych na terenie Meksyku nie dopuszcza do myśli. Nie wierzę w możliwość inwazji. Nie wierzę nawet w to, że mogą to na poważnie rozważać. Problemu zorganizowanych grup przestępczych nie rozwiązuje się interwencją zagranicznych sił zbrojnych. Możemy przypuszczać, że Donald Trump, szczególnie po noworocznym sukcesie w Wenezueli, ma na ten temat nieco inne zdanie. Jakie tak naprawdę są szanse na to, że rozochocony sukcesami innych interwencji zbrojnych Donald Trump faktycznie wprowadzi swoje wojska również do Meksyku? I jakie jeszcze kraje mogą wchodzić w grę, bo prezydent USA nie tylko Meksykowi groził palcem? No i czy byy na pewno chodzić tylko o narkotyki, czy może jednak działania te mogą być podszyte także innymi intencjami? Na te pytania odpowiem w dalszej części materiału. Dlatego zachęcam cię, drogi widzu, byś został ze mną do końca. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Partnerem tego materiału jest broker Axi, gdzie możesz handlować ponad 220 aktywami, w tym parami walutowymi. Link do oferty znajdziesz w opisie. Biorąc pod uwagę ostatnie wypowiedzi Donalda Trumpa, Meksyk z pewnością jest wysoko na liście potencjalnych interwencji militarnych, ale nie jest jedynym krajem w tym zestawieniu. Niedługo po nicie na Wenezuelę prezydent USA wyraźne sygnały ostrzegawcze kierował też w stronę Kolumbii. Tamtejszy prezydent Gustawo Petro głośno protestował po interwencji w Wenezueli. To on jako jeden z pierwszych nawoływał do natychmiastowego zwołania zgromadzenia ONZ w tej sprawie. 4 stycznia, czyli raptem dzień o pojmaniu Maduro, Trump na pokładzie Air Force One mówił już o sytuacji w Kolumbii. Kolumbia też jest bardzo chora i jest rządzona przez bardzo chorego człowieka, który lubi produkować kokainę i sprzedawać ją do Stanów Zjednoczonych, ale nie będzie tego robił zbyt długo. Tyle wam powiem. Jedna z reporterk zaczęła go wówczas dopytywać, co dokładnie ma na myśli, mówiąc, że to nie potrwa długo. Gdy wprost zapytała Trumpa o to, czy jego słowa oznaczają przeprowadzenie interwencji podobnej do tej, która miała miejsce w Wenezueli, prezydent USA odparł jedynie: "Dla mnie to brzmi w porządku". A co na to sam prezydent Kolumbii? Trzeba przyznać, że w pierwszej chwili w żyłach Petro zagotowała się jego latynowska krew. Ten bowiem w taki sposób skomentował pogrózki Trumpa. Jeśli USA nas zbombarduje, to tysiące mieszkańców staną się partyzantami. A jeśli Amerykanie pochwycą prezydenta, którego większość kraju kocha i szanuje, lud obudzi swojego wewnętrznego jaguara. Z czasem jednak Petro zował swoje pazury. Niedługo potem odbył z Trumpem swoją pierwszą rozmowę telefoniczną. Jak na antenie CBS zdradziła kolumbijska korespondentka tej telewizji, dyskusja trwała niemal godzinę, ale przez prawie 40 minut mówił sam Petro. N miał przede wszystkim wymieniać Trumpowi swoje zasługi w walce z narkoterroryzmem. Chciał pokazać, że w konflikcie z kartelami obaj stoją po tej samej stronie, nie przeciwnej. Zarówno kolumbijska administracja, jak i amerykańska uznały rozmowę za pozytywną i owocną. Mało tego, organizowane ma być już osobiste spotkanie obydwu polityków w białym Domu. Niemniej, Gustawo Petro wciąż zachowuje czujność i umiarkowany sceptycyzm. Wadzie dla BBC mówił, że jego zdaniem interwencja militarna USA w Kolumbii to wciąż realne zagrożenie, a jego usunięcie zależy od postępu już trwających rozmów. Wiele wskazuje na to, że bardzo podobne rozmowy z Amerykanami będą musiały niezależnie od swoich chęci przeprowadzić też władze Kuby. Donald Trump 11 stycznia opublikował w mediach społecznościowych wpis, w którym dość wyraźnie zasugerował, że karaibska komunistyczna od dekad wyspa nie powinna czuć się bezpiecznie w obecnej sytuacji. Kuba przez lata żyła dzięki ropie i pieniądzom dostarczanym z Wenezueli. w zamian świadczyła usługi bezpieczeństwa dla dwóch ostatnich dyktatorów z tego kraju. Ale na tym koniec. Nie będzie już żadnej ropy ani pieniędzy płynących z Wenezueli do Kuby. Zero. Gorąco zachęcam tamtejsze władze do nawiązania porozumienia z USA, zanim będzie za późno. Szczególnie ostatnie zdanie trudno zinterpretować inaczej niż jednoznacznie. Wiele wskazuje na to, że Kuba też znajduje się na wcześniej wspomnianej przeze mnie nieoficjalnej liście państw do zainterweniowania. Tym bardziej, że po Wenezueli jest kolejnym państwem z silnymi rosyjskimi wpływami w regionie obu Ameryk. Ostatnie dni przyniosły liderom tych państw kolejny dowód na to, że Donald Trump może nie rzucać słów na wiatr. Tu warto wspomnieć o jego dwóch istotnych decyzjach dotyczących amerykańskiej armii i przemysłu zbrojeniowego, które ogłosił 7 stycznia. Najpierw poinformował, że obłoży spółki z przemysłu zbrojeniowego dodatkowymi regulacjami tak, by produkowały sprzęt jeszcze szybciej. Choć produkujemy najlepszy sprzęt wojskowy na świecie, żaden inny kraj nawet się nie zbliża. Wykonawcy zbrojeniowi obecnie wypłacają ogromne dywidendy swoim akcjonariuszom oraz prowadzą masowe wykupy akcji własnych kosztem i ze szkodą dla inwestycji w zakłady produkcyjne i wyposażenie. Taka sytuacja nie będzie już dłużej dozwolona ani tolerowana. Ledwo minęły dosłownie dwie godziny, a Donald Trump dorzucił kolejną szalenie istotną dla wojska zmianę. Poinformował, że budżet wojskowy na 2027 rok będzie o ponad 50% większy od tegorocznego. Ten obecny wynosi nieco mniej niż bilion dolarów. Z kolei przyszłoroczny ma dobić do półtora biliona dolarów. Tak wyraźną podwyżkę wydatków prezydent USA umotywował niespokojnymi i niebezpiecznymi czasami. Nic więc dziwnego, że wcześniej wymienione przeze mnie kraje Ameryki Łacińskiej nie czują się zbyt bezpiecznie. Szczególnie Meksyk, który z całego grona jako jedyny lądowo graniczy ze Stanami Zjednoczonymi. Przyjrzyjmy się więc temu, jak faktycznie wygląda sytuacja w tym kraju. W cytowanej na początku materiału rozmowie Donald Trump mówił, że krajem rządzą kartele. To częściowo prawda. Jak wynika z raportu niezależnego think tanku New Lines Institute, w 2024 roku około 1/3 powierzchni Meksyku była de facto kontrolowana przez bojówki karteli. To naprawdę niemało. My w Polsce możemy nie zdawać sobie sprawy z tego, jak duży w rzeczywistości jest Meksyk. Ale jego całkowita powierzchnia to niemal 2 miliony km². By lepiej to zobrazować w europejskim umyśle, warto użyć takiego porównania. 1/3 tego kraju to mniej więcej tyle, co Polska, Słowacja, Czechy, Węgry i Austria razem wzięte. Tamtejsze kartele mogą sprawować władze nad tak dużymi regionami z uwagi na to, jak potężne są ich bojówki. Te bowiem bardziej przypominają profesjonalne oddziały paramilitarne niż grupy uzbrojonych gangsterów, które możemy kojarzyć z filmów. W ich arsenale są bowiem nie tylko karabiny, ale także drony, wyrzutnie rakiet, pojazdy opancerzone oraz inne akcesoria bojowe, jak na przykład zaawansowane kamery termowizyjne. Co ciekawe, znaczna część tego arsenału jest szmuglowana do Meksyków właśnie z USA. Raport dziennikarzy śledczych stacji CBS mówi o nawet 500 000 sztuk broni przemycanych każdego roku. A jak wygląda kwestia przemytu narkotyków z Meksyku do USA, o którym tak dużo mówi Donald Trump? Według International Narcotics Control Strategy Report Meksyk jest głównym krajem źródłowym i tranzytowym dla twardych narkotyków trafiających na rynek USA. Chodzi głównie o heroinę, metamfetaminę, fentanl oraz kokainę. Wciąż w ogromnych ilościach szmuglowana jest także marihuana i to pomimo faktu, że w wielu Stanach jest już całkowicie legalna, nawet na użytek rekreacyjny. Podobne wnioski płyną także z raportów DA, czyli amerykańskiej agencji do spraw walki z narkotykami. O jak dużych ilościach mówimy, te są trudne do oszacowania, ale by pokazać skalę procederu, możemy podeprzeć się danymi amerykańskiego odpowiednika Straży Granicznej. Ten skrupulatnie księguje ilości narkotyków, które udało się przechwycić funkcjonariuszom stacjonującym przy południowej granicy Stanów. Dane za 2025 rok mówią o przejęciu 70 ton metaamfetaminy, 18 ton kokainy, 18 ton marihuany i 5 ton fentanylu. To ilości wręcz trudne do wyobrażenia, a przecież mówimy tylko o tych, które udało się przejąć. Możemy się jedynie domyślać ile ostatecznie trafiło na amerykańskie ulice. Jak widać Meksyk niewątpliwie jest źródłem, przynajmniej jednym z kilku problemów narkotykowych w USA. Czy to wystarczający pretekst do militarnej interwencji to już pole do rozważań dla profesorów etyki i filozofów. A czy Amerykanie mogą mieć jeszcze jakieś inne powody? Choć oficjalnie się o tym nie mówi, całkowicie nie możemy wykluczyć, że innym pretekstem potencjalnej interwencji w Meksyku jest chęć osłabienia wpływów Chin w tym kraju. Te przecież były nie na rękę Amerykanom także w Wenezueli. A tak się składa, że chińskie wpływy w Meksyku w ostatnich latach wyraźnie wzrosły. Doktor Umut Szokri z George Mason University, który jest doświadczonym doradcą do spraw polityki zagranicznej w swojej analizie na temat relacji meksykańsko-chińskich już półtora roku temu pisał: "Inwestycje Chin w Meksyku gwałtownie wzrosły, a kraj ten wyłonił się jako kluczowy gracz w sektorze produkcyjnym." W wyniku tego rozwoju odzwierciedlającego zmiany w globalnych łańcuchach dostaw Chiny stały się jednym z najszybciej rosnących źródeł bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Meksyku. Ekspert w swoim raporcie wymienia szereg potencjalnych zagrożeń dla USA wynikających z rosnącej pozycji Chin w meksykańskiej gospodarce. Przede wszystkim mogą one w ten sposób omijać amerykańskie cła i próbować osłabić pozycję handlową Stanów Zjednoczonych na ich własnym podwórku. Mało tego, doktor pisze, że państwo środka może wykorzystywać wpływy w kluczowych sektorach gospodarki do celów wywiadowczych. Co więcej, jego zdaniem obecność chińskich firm w meksykańskim sektorze telekomunikacji może stanowić zagrożenie dla cyberbezpieczeństwa USA. W raporcie czytamy również o możliwych powiązaniach chińskich organizacji z meksykańską przestępczością zorganizowaną. Z kolei w czerwcu ubiegłego roku Financial Times opublikował raport f tanku CSIS dotyczący chińskich wpływów w portach rozmieszczonych po całej Ameryce Łacińskiej. Zdaniem autorów analizy w całym regionie jest aż 31 portów, nad którymi Chińczycy sprawują mniejszą lub większą kontrolę. Eksperci dla każdego z nich wyliczyli współczynnik ryzyka, jakie stanowią one dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych. Jego wartość oszacowano na podstawie kilku czynników takich jak udział danego portu w amerykańskim handlu czy jego odległość od amerykańskich baz i innych punktów strategicznych. Jak w tej analizie wypadł Meksyk? Na jego terenie oznaczono aż pięć portów, nad którymi Chińczycy mają określoną kontrolę. Więcej znaleziono tylko w Brazylii, ale tamte mają znacznie mniejsze wartości wskaźnika ryzyka. Druga największa w całym zestawieniu wartość tego wskaźnika, czyli 70,3 punktu przypisana została meksykańskiemu portowi Manzanillo, a trzecia największa, czyli 64,46 punktu innemu meksykańskiemu portowi Veracruz. Za większe potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych uznano tylko port w Kingston na Jamajce, którego wskaźnik ryzyka wyliczono na 70,69 punktu. Dla porównania najechana niedawno przez USA Wenezuela posiada tylko trzy takie porty. Wskaźnik zagrożenia dla żadnego z nich nie przekraczał wartości 42 punktów. Dobrze, skoro wiemy już jakie mogą być motywy potencjalnej interwencji zbrojnej w Meksyku, przyjrzyjmy się teraz ewentualnym konsekwencjom. Nawet jeśli sama operacja z uwagi na przewagę militarną USA zostałaby przez Amerykanów uznana za sukces, mogłaby mieć daleko idące negatywne konsekwencje, o których w swojej pracy piszą pracownicy naukowi London School of Economics. Choć artykuł ma już prawie rok, wydaje się nawet bardziej aktualny teraz. niż w momencie jego publikacji. Zdaniem autorów Stany Zjednoczone ucierpiałyby na kilku płaszczyznach. Przede wszystkim atak na Meksyk osłabiłby ich pozycję w całym regionie Ameryki Łacińskiej, bo reszta krajów już całkiem patrzyłaby na USA jak na agresora, zamiast jak na partnera. Interwencja mogłaby dodatkowo mocno nakręcić nastroje nacjonalistyczne w meksykańskim społeczeństwie, które w efekcie dążyłoby do rezygnowania ze wszystkiego, co amerykańskie. Autorzy podkreślają silne koneksje karteli, szczególnie w biedniejszych częściach społeczeństwa. Przez nie w obliczu konfliktu to właśnie kartele byłyby w oczach ludzi bohaterami, a stany tymi złymi. Dodatkowo uczeni zwracają uwagę na to, że takie operacje często doprowadzają do destabilizacji w kraju, na którego terenie dochodzi do takich działań. W powstałym chaosie w takich przypadkach swoje wpływy najszybciej odbudowują właśnie organizacje przestępcze i bojówki. Mogłoby się więc okazać, że Stany rozwiązałyby problem karteli tylko doraźnie, a ten za jakiś czas wróciłby niczym bumerang. Nie można też zapominać o konsekwencjach ekonomicznych. Ewentualna interwencja byłaby kosztowna, a sama amerykańska gospodarka też odczułaby osłabienie handlu z Meksykiem. A czy do niej dojdzie, to tylko Donald 1 raczy wiedzieć. Jeśli podobał ci się ten materiał, to zostaw łapkę w górę. Do zobaczenia.
