Klęska porozumień i rosnący arsenał
Nowy wyścig zbrojeń wisi w powietrzu. Takim średnio optymistycznym zdaniem nastraja nas The Economist, a Andreas Cluf na łamach Bloomberga gryzie się w język jeszcze mniej i pisze wprost: „Żegnaj ero kontroli zbrojeń. Witaj nuklearna anarchio”.
5 lutego 2026 roku wygasło porozumienie New Start między USA a Rosją. Władimir Putin już wcześniej zawiesił udział Rosji, a Donald Trump sugeruje, że umowa była źle wynegocjowana. W praktyce żadne z istniejących dokumentów (takie jak traktat o całkowitym zakazie prób jądrowych z 1996 roku czy traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 roku) nie jest uznawane przez mocarstwa za wiążące.
- Rosja i USA posiadają ponad 5000 głowic każda
- Chiny szybko zwiększają swój arsenał z 240 do prawie 600 głowic i planują dotrzeć do 1000 do 2030 roku
- Pakistan, Indie, Izrael i Koreea Północna dysponują kolejno 160-170, 160-170, 80 i 50 głowicami
Nowi gracze i regionalne ambicje
Wyścig nie dotyczy już tylko tradycyjnych mocarstw. Dania rozważa utworzenie wspólnego nordyckiego programu jądrowego pod nazwą „Miolnir”, Niemcy myślą o bliższej współpracy z Francją, a nawet Polska była wspomniana w kontekście własnego arsenału. Prezydent Duda sugerował rozmieszczenie amerykańskich głowic na terenie Polski w ramach programu Nuclear Sharing.
Świat wchodzi w erę nuklearnej anarchii, w której staromodne porozumienia tracą sens, a liczba państw z broń jądrową może dynamicznie wzrosnąć.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Nowy wyścig zbrojeń wisi w powietrzu. Takim średnio optymistycznym zdaniem nastraja nas The Economist, a Andreas Cluf na łamach Bloomberga gryzie się w język jeszcze mniej i pisze wprost: "Żegnaj ero kontroli zbrojeń. Witaj nuklearna anarchio". A to tylko dwa z wielu podobnie brzmiących tekstów, które przez ostatnie tygodnie pojawiały się w renomowanych czasopismach. Skąd te nastroje? Otóż 5 lutego tego roku wygasło istotne porozumienie dotyczące redukcji nuklearnych zbroń strategicznych New Start, które swoją drogą i tak straciło na znaczeniu w ostatnich latach. Wydawać by się mogło, że w cywilizowanym XX wieku wszystkie kraje będą naciskać, by natychmiast parafować nową podobną umowę, która skutecznie uchroni nas przed potencjalną katastrofą. Problem w tym, że nie wszyscy, których sprawa powinna dotyczyć, wyrażają taką chęć i zdają się mieć dużo większą ochotę na powiększanie i rozwój arsenału. Nawet raporty instytucji fing tanków wprost sugerują im, że liczbę rozmieszczonych głowic warto zwiększyć, nawet dwukrotnie. Coraz więcej wskazuje na to, że czeka nas druga zimna wojna. Jak na sequel przystało, pojawią się nowe postaci, które mogą zamieszać w całej historii. Teraz sprawa nie będzie dotyczyła już tylko dwóch nuklearnych gigantów, których zapamiętaliśmy z ubiegłego wieku, czyli Stanów Zjednoczonych i Rosji. Teraz na linii startu wyścigu zbrojeń ustawia się znacznie więcej aspirujących mocarstw, a gdzieś tam w szatni. Powoli swoje przygotowania do tych zawodów zaczynają kraje, które jeszcze niedawno nawet nie myślały o tym, by mieć własną broń jądrową. Na przykład Dania czy Niemcy. Stawka jest tak duża, jak tylko można sobie wyobrazić, a pula jest już na tyle imponująca, że gra mogłaby się zakończyć. Mimo to trwa dalej. Najlepiej podsumowują ją słowa Donalda Trumpa. Mamy już tego tak dużo, tak dużo, że można byłoby zniszczyć świat 50 razy, nawet 100 razy. A mimo to budujemy kolejne i oni też budują kolejne. W głowie rodzi się więc fundamentalne, ale proste pytanie. Dlaczego? Jak będzie wyglądał nowy nuklearny porządek świata? Co państwa robią, by się na to przygotować? No i gdzie w tym wszystkim Polska? Zapraszam na materiał. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Partnerem tego materiału jest broker Axi, gdzie możesz handlować ponad 220 aktywami, w tym parami walutowymi. Link do oferty znajdziesz w opisie. 5 lutego 2026 roku wygasło porozumienie New Start. Był to dwustronny traktat między Stanami Zjednoczonymi a Rosją mówiący o redukcji i ograniczaniu nuklearnych zbrojeń strategicznych. Jego zapisy dotyczyły między innymi liczby rozmieszczonych głowic oraz wyrzutni. Tu warto wspomnieć, że umowa nie miała większego sensu już od dwóch lat, gdyż w lutym 2023 roku jednostronnie udział Rosji zawiesił Władimir Putin, co było efektem eskalacji napięć między Rosją a NATO w wyniku trwającej wówczas od roku wojny na Ukrainie. Co ciekawe, ten sam Putin całkiem niedawno, niedługo przed formalnym wygaśnięciem umowy, proponował Stanom Zjednoczonym, by przedłużyć porozumienie o rok. Takie rozwiązanie sprawy drugiej strony jednak nie satysfakcjonuje z kilku powodów. Donald Trump jakiś czas temu publicznie krytykował swoich poprzedników, twierdząc, że umowa New Start była źle wynegocjowana, co dawało przestrzeń do jej naruszania. Jak w swoim tekście zaznaczył Andreas Clu, nie obejmowała ona użycia taktycznej broni jądrowej, która jest nie tak potężna jak strategiczna, ale również potrafi siać zniszczenie. Autor twierdzi, że to poważny błąd, bo gdyby tabu zostało przełamane przy jej pomocy, dalsza kontrola nad użyciem nawet tych strategicznych broni byłaby złudna. Z kolei Marco Rubio podkreślił, że w obecnych realiach przedłużenie tylko dwustronnego traktatu jest bez sensu. Być pełną kontrolę nad rozwojem wyścigu zbrojeń w XX wieku niemożliwe jest w takim porozumieniu nie uwzględnić Chin z uwagi na ich wyjątkowo dynamicznie rosnący arsenał. To właśnie Chiny jawią się jako główny rywal dla Rosji i USA w wyścigu po koronę nuklearnego supermocarstwa. Gdy Sidzin Ping dochodził do władzy w państwie środka w 2012 roku, miało ono około 240 głowic nuklearnych, znacznie mniej od Rosji i USA. Pod wodzą nowego przywódcy Chińczycy mocno zakasali rękawy i wyraźnie podkręcili produkcję takich głowic. Według obecnych szacunków amerykańskich służb już mogą mieć ich około 600, a na tym absolutnie nie zamierzają się zatrzymywać. Do 2030 roku Chińczycy mają posiadać przynajmniej 1000 takich głowic. Niedawno amerykańska administracja oskarżyła Chiny o przeprowadzanie testów ładunków nuklearnych. Co więcej, państwo środka miało nawet podejmować próby maskowania sejsmicznych konsekwencji tych działań, by reszta świata się o nich nie dowiedziała. Podano nawet konkretną datę. Miało do tego dojść 22 czerwca 2020 roku. Co ważne, mowa o teście z realnym uzyskiem energetycznym, a nie symulacji, choć państwo środka wcześniej zaprzeczało, że takie przeprowadza. Te zostały bowiem zakazane na mocy traktatu o całkowitym zakazie prób jądrowych z 1996 roku. Nie był on co prawda oficjalnie ratyfikowany, ale przez większość czasu kraje i tak zarzekały się, że go przestrzegają. Ten dokument podobnie jak traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z 1968 roku miał chronić świat przed kolejną zimną wojną. Problem w tym, że mocarstwa niespecjalnie uważają je za wiążące. Jak w swoim tekście pisze cytowany wcześniej Andreas Cluff, w praktyce żadna z tych wieloletnich obietnic nie jest nawet warta papieru, na którym ją zapisano. Chiny zresztą nawet póki co nie zamierzają kłopotać się parafowaniem jakichkolwiek świstków dotyczących tego tematu. Na łamach Wall Street Journal omawiane są słowa tamtejszego przedstawiciela do spraw rozbrojenia. Shengian mówił, że jego kraj nie jest obecnie gotowy do rozmów w sprawie porozumienia, bo jego arsenał nie jest porównywalny z tym amerykańskim i rosyjskim. Jeszcze poza tym dzisiejszy nuklearny wyścig zbrojeń nie dotyczy tylko tych trzech krajów. Choć to one nadają tempo, nieco za nimi kreuje się peleton innych państw, które również mogą rozwijać swój atomowy potencjał. Jak czytamy na łamach The Economist, Indie mogą poczuć się zmuszone do zrównoważenia rosnącego potencjału Chin, co z kolei doprowadzi do tego, że Pakistan będzie chciał zrównoważyć potencjał Indii. I tak tworzy się nuklearne domino, które tylko napędza wyścig zbrojeń. A głowicami dysponują też jeszcze inne kraje. To dobry moment, by pochylić się nad oficjalnymi danymi dotyczącymi arsenałów nuklearnych mocarstw. Liderami są oczywiście Stany Zjednoczone i Rosja, które w swoich arsenałach mają mieć ponad 5000 głowic. Za nimi Chiny, które póki co mają takich głowic prawie 10 razy mniej, ale sprawnie działają, by te stratę konsekwentnie odrabiać. Francja ma ich niecałe 300, a Wielka Brytania nieco ponad 200. Około 160-170 głowic posiadają Pakistan oraz Indię. Na liście nuklearnych mocarstw znajdziemy także Izrael, który ma mieć do swojej dyspozycji około 80 głowic, a także Koreę Północną, która może ich posiadać około 50. Co więcej, ta lista może wydłużyć się o kolejne kraje. W zeszłym roku głośno było o programie jądrowym Iranu, który miał wzbogacać Uran, rzekomo w celu stworzenia bomby. Stany Zjednoczone długo negocjowały z tym krajem w tej sprawie. Amerykanie chcieli, by Iran porzucił te działania. Rozmowy okazały się jednak bezskuteczne, co doprowadziło do konfliktu zbrojnego. W czerwcu armia USA przeprowadziła operację Midnight Hammer, w ramach której doszło do zbombardowania trzech głównych obiektów nuklearnych Iranu. Administracja Donalda Trumpa obwieściła misję jako kompletny, spektakularny sukces. Jak zapewniał prezydent USA, nuklearny program Iranu został w wyniku tych działań opóźniony o wiele lat. Później pojawiały się doniesienia, że Irańczykom udało się część zasobów zawczasu wywieźć w bezpieczne miejsce, przez co ich straty nie były tak duże, jak obwieściły to Stany Zjednoczone. Gdzie leży prawda, tego nie wiemy. Poza ograniczaniem potencjału nuklearnego innych, Stany Zjednoczone też ciężko pracują nad zwiększeniem swojego. Całe zapasy amerykańskich głowic mają wynosić ponad 5000 sztuk. rozmieszczonych i gotowych do użycia jest jednak tylko 1700. Niedawny raport f tanku Heritage Foundation mówi o konieczności znacznego zwiększenia liczby tych rozmieszczonych pocisków. Zdaniem ekspertów powinno być ich ponad 4000. To jednak dosyć skrajne założenie. Natomiast inni eksperci także mówią o konieczności zwiększenia tej liczby, choć o nie aż tak drastyczną ilość. Pojawiają się stwierdzenia, że wystarczyłoby rozmieszczenie dodatkowych 500 lub 300 głowic, ale takie samo dosztukowanie głowic aspiracji USA nie wyczerpuje. Te są znacznie większe, czego najlepszym dowodem jest monumentalny wręcz projekt o nazwie Złota kopuła, Golden Dome, którą Donald Trump zaanonsował w ubiegłym roku. Miałaby to być zaawansowana technologicznie tarcza, która chroniłaby calutkie Stany Zjednoczone przed wszelkimi atakami z powietrza. począwszy od dronów na głowicach jądrowych skończywszy. Według dostępnych informacji, a stany nie zdradzają wszystkich szczegółów, miałby to być system złożony z różnych technologii. Sercem tego systemu miałaby być sieć satelitów odpowiedzialnych za wykrywanie zagrożeń i ich śledzenie. Za tak zwaną brudną robotę miałyby z kolei odpowiadać kinetyczne systemy przechwytujące rozmieszczone nie tylko na lądzie i morzu, ale również w przestrzeni kosmicznej. Mówi się także o użyciu nowoczesnych systemów laserowych, które przechwytywałyby rakiety od razu w fazie startowej. Eksperci podkreślają jednak, że projekt ten, choć hucznie ogłoszony, jest na razie w mocno teoretycznej fazie i trudno określić jak będzie wyglądał w praktyce. Za takie cacko Amerykanie będą musieli też słono zapłacić. Oficjalnie Donald Trump obwieścił, że chce zmieścić się w budżecie 175 miliardów dolarów. Fachowcy uważają te wyliczenia za szalenie optymistyczne, żeby nie powiedzieć nierealne. Według Toda Harrisona z American Enterprise Institute najbardziej uboga wersja Złotej Kopuły wygenerowałaby koszty rzędu 250 miliardów dolarów na przestrzeni dwóch najbliższych dekad. Z kolei pełny pakiet zdolny do powstrzymania nawet północnokoreańskich głowic mógłby kosztować nawet 3,6 biliona dolarów. Kosztownym problemem w tym całym przedsięwzięciu ma być odpowiednia konserwacja satelitów. Te trzeba regularnie wymieniać, a jak czytamy na łamach The Economist, sam koszt tej wymiany przez najbliższe 20 lat mógłby wynieść około 1,2 biliona dolarów. System jest oczywiście przedstawiany jako narzędzie obronne, a nie ofensywne, ale wcześniej cytowany Andreas Clue uważa, że w praktyce jego stworzenie doprowadziłoby do eskalacji nuklearnych napięć, a nie ich stonowania. Jego zdaniem rywale Ameryki zostaliby w ten sposób sprowokowani i mogliby spróbować zniszczyć kosmiczną część systemu. Jak czytamy w tekście, niezależnie od reakcji Ameryki, świat byłby nie bardziej, lecz mniej bezpieczny. Jak widać Azja i Ameryka nie próżnują, a co z Europą? Ta musiała prędzej czy później zareagować na rozwój wydarzeń. Obecnie na kontynencie mamy dwa nuklearne mocarstwa w postaci Wielkiej Brytanii oraz Francji. Coraz więcej słyszy się o tym, że to wąskie grono może się powiększyć. Pierwsze w kolejce miałyby stać kraje nordyckie, które niewykluczone, że stworzyłyby wspólny program nuklearny. Szwecja zresztą już w czasach zimnej wojny miała potajemnie rozwijać taki projekt, ale później zmieniła swoją politykę w tej sprawie. Teraz, poniekąd w wyniku amerykańskiej presji wywieranej na Grenlandię, przodownikiem tego pomysłu ma być Dania. Doradcy tamtejszej opozycji przedstawili projekt programu jądrowego o roboczej nazwie Miolnir. Za wymowę z góry przepraszam. Nazwa ta ma symboliczne znaczenie, bo tak nazywa się młot nordyckiego boga piorunów, Tora. Swoje zainteresowanie uczestnictwem w podobnych programach wyrażają także Niemcy. Według niektórych doniesień nasi zachodni sąsiedzi mieliby być w stanie wyprodukować własną broń jądrową w przeciągu zaledwie trzech lat, ale nie wykluczają też po prostu nawiązania bliższej współpracy na tej płaszczyźnie z już nuklearną Francją. Jak na łamach The Economist podkreśla przedstawiciel fing tanku FSR, Niemcy na bardzo wysokim szczeblu wykazały gotowość do rozważenia opcji, które jeszcze 5 lat temu byłyby nie do pomyślenia. Co ciekawe, w tym samym tekście na łamach renomowanego czasopisma znalazł się także fragment mówiący o ambicjach Polski. Tu jako argument użyto wypowiedzi Donalda Tuska z marca ubiegłego roku. Premier mówił wówczas: "Dzisiaj widać wyraźnie, że bylibyśmy bezpieczniejsi, gdybyśmy mieli własny arsenał nuklearny. To nie ulega wątpliwości. Natomiast tak czy inaczej droga do tego byłaby bardzo daleka i też musiałby być konsensus." Z kolei prezydent Duda w ubiegłym roku sugerował, że w ramach programu Nuclear Sharing w Polsce mogłyby zostać rozmieszczone amerykańskie głowice nuklearne. Do tego pomysłu szybko odniósł się wiceprezydent USA J. Van, który w wywiadzie dla Fox News przyznał, że byłby zszokowany, gdyby prezydent Trump poparł pomysł przesuwania głowic dalej na wschód Europy. A jakie w takim razie są szanse na to, że Polska sama zacznie taki projekt realizować? Na to pytanie próbował odpowiedzieć Artur Katprzyk, analityk do spraw odstraszania nuklearnego Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Ekspert całkiem niedawno wyjaśniał te kwestie w rozmowie z portalem Defense 24. Jak tłumaczył, pod względem technicznym Polska byłaby w stanie bombę atomową zbudować, choć podkreślił, że byłby to długotrwały proces. Wspomniał też o sporym ryzyku politycznym, które by się z tym wiązało. Jego zdaniem taki program najprawdopodobniej zostałby wykryty, zanim udałoby się uzyskać broń nuklearną, a to mogłoby się spotkać z negatywną reakcją zarówno Rosji, jak i sojuszników Polski. Tu cytat. Myślę, że ta reakcja byłaby bardzo negatywna, to znaczy byłaby presja, żebyśmy taki program porzucili. Własna bomba jest więc sprawą nie tylko nieprędką, ale i niepewną. Póki co Polska musi więc w tym zmieniającym się świecie liczyć na parasol nuklearny NATO lub niezależny francuski o możliwości którego również coraz więcej mówi się w ostatnich miesiącach. Sprawa jest rozwojowa i niewykluczone, że w najbliższym czasie ten temat wypłynie na sam wierzch debaty publicznej. Jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.
