WOJNA uderzyła w sektor zbrojeniowy. Kursy spółek SPADAJĄ. Co dalej? [Wojna i Zbrojeniówka]

Spadek akcji zbrojeniówki w czasie wojny

FXMAG 116 000 subskrybentów
4 733 203 04/04/2026

Film analizuje wpływ trwającej wojny na Bliskim Wschodzie na sektor zbrojeniowy. W ciągu kilku miesięcy kursy akcji gigantów jak Lockheed Martin czy Northrop Grumman znacznie wzrosły, ale po rozpoczęciu konfliktu zaczęły gwałtownie spadać. Autor wyjaśnia, dlaczego tak się dzieje, odwołując się do zmienności rynków, presji inflacyjnej czy mechanizmów obronnych inwestorów. Przekonuje, że obecna sytuacja geopolityczna niekoniecznie oznacza długotrwałego wzrostu dla spółek zbrojeniowych.

Od początku marca notowania ETFów dotyczących europejskich spółek poleciały o prawie 15%, przez co wymazał wzrost z trzech poprzednich miesięcy. Amerykańska zbrojeniówka lepiej sobie radzi, ale i tam widoczne są spadki rzędu 10%. Autor podkreśla, że przeciętny inwestor nie zawsze potrafi logicznie wyjaśnić zachowania rynków w takich warunkach.

Wyćzerwanie amerykańskich zasobów

Analiza ujawnia, że Stany Zjednoczone w ciągu kilku dni wypżykały się z rakiet i pocisków znacznie szybciej niż przypuszczało. Przykładem są pociski manewrujące typu Tomahawk – ich produkcja wynosiła około 100 sztuk rocznie, a w pierwszych dniach wojny zostało wystrzelonych ponad 850. Takie tempo zużycia sprawi, że niektóre rodzaje amunicji mogą wkrótce zabraknąć.

Perspektywy sektora i nowe trendy

Autor zwraca uwagę na inwestycje w drony i systemy obrony przeciwlotniczej, które mogą stać się kluczowe w przyszłych konfliktach. Mowa o firmach takich jak Powerus czy Mach Industries, które szybko zwiększają produkcję. Również europejscy producenci, np. CSG czy BAE Systems, zauważają wzrost zainteresowania swoimi produktami.

Zobacz pełną transkrypcję filmu

Ostatnie miesiące były dla spółek z sektora zbrojeniowego na giełdzie wyjątkowo udane. Od grudnia do końca lutego ceny akcji samych spółek oraz notowania funduszy ETF dotyczących całego sektora wyraźnie podskoczyły. By nie być gołosłownym, szybko zerknijmy na kilka przykładów. Najpierw na tapet weźmiemy sobie tak zwaną wielką trójkę amerykańskiej zbrojeniówki. Tak w omawianym okresie prezentował się kurs akcji Lockheit Martin. Te w tym czasie podrożały o około 50%. Tylko nieco gorzej poradził sobie w tym czasie na giełdzie inny z gigantów, Northop Graman. Jego kurs skoczył o 40%. Najsłabiej poradziło sobie RTX Corporation, choć w tym wypadku określenie najsłabiej i tak brzmi dosyć zabawnie, bo mówimy o wzroście o ponad 25%. A tak z kolei prezentuje się wykres dla ETF z całego amerykańskiego sektora powietrzno-zbrojeniowego. Tu także mówimy o wzroście rzędu ponad 25%. Ale żeby nie było, to był dobry okres nie tylko dla spółek z Ameryki. Również notowania tych europejskich rosły, choć już nie aż tak efektownie. Nie mniej, co widać na przykładzie tego ETFU skoczyły sumarycznie o niecałe 20%. Wszystko wyglądało bardzo obiecująco, a potem cytując klasyka polskiego internetu, coś się popsuło i nie było już tak kolorowo. Od początku marca notowania ETFU dotyczącego europejskich spółek poleciały w dół o prawie 15%, przez co już w całości wymazany został wzrost z ostatnich trzech miesięcy. Nieco lepiej jest w przypadku amerykańskiej zbrojeniówki, ale tam też widać wyraźne spadki. Nie będę już przynudzał kolejnymi wykresami, bo trochę się ich na wstępie pojawiło. Akcje każdego z przedstawicieli Wielkiej Trójki z USA poleciały w tym czasie o jakieś 10%. No tylko dlaczego? Przecież dokładnie wtedy zaczęła się wojna na Bliskim Wschodzie, a na logikę taki konflikt zbrojny powinien oznaczać żniwa dla spółek zbrojeniowych, prawda? Poza tym media grzmią o tym, że Amerykanie wyraźnie wyczerpują w jej trakcie swoje zasoby. Przede wszystkim te dotyczące rakiet i pocisków. Dlaczego w takim razie spółki zachowują się na giełdzie tak, jak się zachowują? Czy hossa może wrócić? No i na które spółki warto zwrócić uwagę? Czy gdzieś w tłumie zbrojeniowych gigantów można znaleźć mniejszą perełkę? Być może w niszy dronów, o których tak głośno w trakcie tej wojny? Już teraz zdradzę, że jest w czym przebierać. A na całą resztę tych pytań szerzej odpowiem w dalszej części materiału, dlatego zachęcam do oglądania. Partnerem tego materiału jest broker Axi, gdzie możesz handlować 220 aktywami, w tym parami walutowymi. Link do oferty znajdziesz w opisie. Ja nazywam się Michał Fit. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Obecnie trwająca na Bliskim Wschodzie wojna pokazuje nam, że tak zwany chłopski rozum czasem zawodzi, gdy podsuwa sugestie dotyczące tego, jak powinny się zachowywać rynki. Na przykład w tak niestabilnych warunkach geopolitycznych mogłoby się wydawać, że cena złota, które uchodzi za jedną z najbezpieczniejszych przystani dla kapitału, powinna tylko rosnąć. Tymczasem od początku wojny Kruszec potaniał o około 17%. O tym dlaczego tak się dzieje mówiłem w tym odcinku. No dobrze, złoto złotem, ale dlaczego podobny los spotkał akcję z sektora zbrojeniowego, który według wcześniej wspomnianego chłopskiego rozumu też powinien przeżywać teraz bardzo owocny czas? Ba, w pierwszej chwili wydawało się, że może nawet tak być, bo w trakcie pierwszej sesji po wybuchu konfliktu, czyli tej z drugiego marca, kursy czołówki zbrojeniówki podskoczyły. Akcje Northop Gram w trakcie tylko tej jednej sesji podrożały o 6%, RTX Corporation o 5%, a Lockheit Martin o 3%. Potem jednak zaczęły już konsekwentnie tanieć. Wynika to z kilku czynników. Przede wszystkim perspektywy dotyczące potencjalnych zysków tylko w tym sektorze są odleglejsze od kwestii, które ciągną całą resztę giełdy w dół. A wojna wywołała już niemałe zamieszanie. Drastyczny skok cen ropy, a wraz z nim rosnąca presja inflacyjna, która z kolei oddala perspektywę cięć stóp procentowych. Do tego ogromna zmienność panująca na giełdzie, bo jeden wpis Donalda Trumpa w mediach społecznościowych potrafi doprowadzić do wyraźnych ruchów na rynkach, a tylko garstka wybrańców wie, kiedy takich wieści się spodziewać. Tę niepewność dobrze oddaje też indeks F and Grid sporządzany przez CNN. Ten obecnie wskazuje na ekstremalny strach panujący na giełdzie. Wartość 9 tego indeksu jest najniższą w tym roku. By odnaleźć okres większego strachu na giełdzie, musielibyśmy cofnąć się do końcówki listopada ubiegłego roku. W takich sytuacjach notowania całej giełdy przeważnie często lecą w dół. A nawet taki sektor zbrojeniowy, który pozornie powinien być beneficjentem tej sytuacji, leci wraz z nimi. Dość powiedzieć, że notowania indeksu S&P 500 od początku konfliktu poleciały w dół o ponad 7%. W efekcie skutecznie wymazane zostały wzrosty z drugiej połowy ubiegłego roku. Indeks obecnie znajduje się na podobnym poziomie co w sierpniu 2025 roku. Kolejnym wytłumaczeniem tego, co widzimy na akcjach z sektora zbrojeniowego jest mechanizm obronny inwestorów. Jak tłumaczą analitycy cytowali na łamach Reuters, w sytuacjach wstrząsu dla rynku inwestorzy często potrzebują gotówki, a uzyskują ją właśnie poprzez upłynnianie tych najbardziej zatłoczonych i najlepiej radzących sobie w ostatnich miesiącach pozycji. A do takich zaliczyć można właśnie akcje zbrojeniówki. Ich wzrosty z ostatnich miesięcy pokazałem zresztą na samym początku odcinka. Poza tym ten mechanizm wpływa też na spadki na złocie, których teraz doświadczamy. Dopóki więc sytuacja na rynkach ogólnie się nie ustabilizuje, trudno oczekiwać, by kursy spółek wróciły do tego, co działo się przed wojną. Byron Calans, Capital Alpha Partners dostrzega jeszcze jedną potencjalną przyczynę tego, co dzieje się na kursach spółek z sektora zbrojeniowego. Ma to związek z ogłoszonymi w ostatnim czasie dużymi inwestycjami w obronność. O samych tych inwestycjach jeszcze sobie dziś powiemy. A jak ich wpływ na kurs interpretuje ekspert? Tu cytat. Mówienie o dodatkowych 200 miliardach dolarów na wydatki wojskowe oraz budżecie Departamentu Wojny na poziomie półtora biliona dolarów nie poprawiło nastrojów wobec amerykańskiego sektora obronnego. Spór dotyczący finansowania Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego może również wpływać na to, jak ludzie oceniają zdolność Kongresu do uchwalania większych wydatków na obronność. Innymi słowy, inwestorzy mają powątpiewać w to, czy te wszystkie huczne zapowiedzi zostaną zrealizowane. Już teraz znajdowanie dodatkowych funduszy na inne podobne wydatki nie przebiega łatwo, więc wygospodarowanie jeszcze kolejnych setek miliardów dolarów może wydawać się nierealne, tym bardziej przy rosnącym długu Stanów Zjednoczonych. Niewykluczone jednak, że firmy z tego sektora będą miały pełne ręce roboty już niedługo. Okazuje się bowiem, że Amerykanie w trakcie trwającej miesiąc wojny doprowadzili do wyraźnego skurczenia swoich zasobów. Mówiąc kolokwialnie, Stany Zjednoczone wypztykały się z rakiet i pocisków bardziej niż można było podejrzewać. Szczególnie jeśli chodzi o pociski manewrujące typu Tomahawk. Od 2024 roku ich produkcją dla amerykańskiej armii zajmuje się wyłącznie wcześniej. przytaczana w tym materiale spółka RTX Corporation. Do tej pory wytwarzano około 100 takich rakiet rocznie. Jak donosi Washington Post powołując się na osoby blisko zaznajomione ze sprawą, amerykańska armia od początku marca miała wystrzelić już około 850 takich rakiet na Bliskim Wschodzie. Niewykluczone, że Amerykanie spodziewali się takiego zużycia, bo w lutym RTX ogłosił zawarcie umowy z Departamentem Wojny, na mocy której miał znacząco zwiększyć swoje moce produkcyjne. Nowy kontrakt podpisany na 7 lat mówi o dostarczaniu ponad 1000 pocisków tego typu rocznie dla amerykańskiej armii. A to machołki nie były jedynym przedmiotem tej umowy. Spółka zawiadomiła też, że zwiększono zamówienia dotyczące innego sprzętu. W komunikacie poinformowano, że produkcja pocisków zostanie zwiększona dwukrotnie lub nawet czterokrotnie w zależności od modelu. Podobnie rozrzutni Amerykanie mają być w przypadku rakiet Patriot, które służą do obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej. W połowie marca na temat ich zużycia wypowiadał się prezydent Wołodymier Zełeński. Ten w wywiadzie dla BBC wyrażał swoje zaniepokojenie tym, jak dużo jest ich wykorzystywanych na Bliskim Wschodzie, bo z tego względu prawdopodobnie braknie ich na Ukrainie. Prezydent tłumaczył wówczas, że Amerykanie produkują ich od 700 do 800 sztuk rocznie, a tylko pierwszego dnia wojny wykorzystano 800 takich rakiet. Za ich produkcję odpowiedzialny jest z kolei przede wszystkim Lockheit Martin, też wcześniej wspomniany w tym materiale. A na tych rakietach nie koniec, bo z dymem i to dosłownie lecą też ogromne ilości innych modeli. Pod lupę wzięli te kwestie fachowcy z niektórych instytucji badawczych i fing tanków. Pain Institute szacuje, że przez pierwsze 16 dni wojny Amerykanie wystrzelili ponad 11000 pocisków ofensywnych i defensywnych. W przypadku niektórych modeli mowa o nawet ponad 40% zasobów. Zasoby wcześniej omawianych Tomałków miały zostać zużyte w 20%. Jeśli tempo wystrzeliwania rakiet specjalnie nie zwolni, wkrótce niektórych z nich ma całkowicie zabraknąć. Royal United Services Institute wylicza, że przy takich założeniach pocisków przechwytujących THAD zabraknie już 17 kwietnia. Nawet wcześniej mają wyczerpać się zapasy pocisków PRSM. Tych braknąć już 12 kwietnia. W tym miejscu warto te wyliczenia skonfrontować z zapewnieniami Donalda Trumpa w sprawie zasobów amunicji. Ten 3 marca w odpowiedzi na medialne doniesienia zapowiadał, że żadnych problemów z arsenałem nie ma i nie będzie, bo ten nigdy nie był większy. Tu cytat. Jak zostałem dziś zapewniony, dysponujemy praktycznie nieograniczonymi zasobami uzbrojenia. Wojny mogą być prowadzone bez końca i bardzo skutecznie, wykorzystując wyłącznie te zapasy. Przekonamy się, czy bez końca w słowniku Donalda Trumpa faktycznie oznacza mniej więcej połowę kwietnia. Co ciekawe, choć prezydent USA jest przekonany, że zasobów jego wojska nie da się wyczerpać, na początku roku wyraźnie narzekał na tempo ich uzupełniania. W mediach społecznościowych opublikował obszerny wpis, w którym wystosował szereg uwag i zaleceń dla spółek z sektora zbrojeniowego. Tu cytat. Firmy zbrojeniowe nie produkują naszego wspaniałego sprzętu wojskowego wystarczająco szybko, a po jego wyprodukowaniu nie zarządzają nim właściwie ani wystarczająco sprawnie. Dodatkowo konserwacja i naprawa sprzętu po jego sprzedaży przebiegają zdecydowanie zbyt wolno i muszą zostać natychmiast usprawnione. By zmienić ten stan rzeczy, Donald Trump zarządził kilka nowych zasad. Zabronił spółkom zbrojeniowym przeprowadzania wykupów akcji oraz wypłacania dywidend. Dodatkowo zarządził, że roczne wynagrodzenie prezesów takich spółek nie powinno przekraczać 5 milionów dolarów. Ci przeważnie inkasowali do tej pory jakieś cztery razy tyle. Na tym zresztą nie poprzestano, bo Donald Trump ogłosił, że chciałby sowicie dosypać do kolejnego budżetu militarnego na następny rok. Ten na obecny 2026 rok wynosi 900 miliardów dolarów. Wydawać by się mogło, że dużo, ale zdaniem prezydenta USA to zdecydowanie za mało. Ten na początku roku informował także, że budżet na kolejny rok będzie chciał zwiększyć do półtora biliona dolarów, czyli o 65%. Wcześniej w tym materiale przytaczałem wypowiedź Byrona Kalana, z której wynika, że rynek może mieć wątpliwości co do możliwości realizacji tej zapowiedzi. David Rogowicz z agencji Moodis, cytowany na łamach Reuters, wyjaśniał, że takie zwiększenie wydatków byłoby bardzo mało prawdopodobne do zrównoważenia gdzie indziej, biorąc pod uwagę polityczne i praktyczne trudności w znalezieniu odpowiadających temu oszczędności lub źródeł dochodów. jego zdaniem nawet gdyby taka inwestycja spowodowała także wzrost PKB, związane z tym dodatkowe dochody rządowe nie zrekompensowałyby wzrostu wydatków. To nie oznacza jednak, że pomysł prezydenta został całkowicie odebrany jako fikcja literacka. David Deptula, były trzygwiazdkowy generał amerykańskich sił powietrznych na łamach renomowanego Forbesa, dywagował nad tą kwotą. Jego zdaniem jest jak najbardziej uzasadniona, ponieważ dodatkowe fundusze przydadzą się do odbudowy osłabionych sił powietrznych oraz do rozwoju powołanych do życia przed kilkoma latami sił kosmicznych, których waga w najbliższych latach będzie tylko wzrastać. Generał rzuca też ciekawą perspektywę na fiskalną kwestię propozycji. Zaznacza, że kwota może i jest duża, ale w odniesieniu do całego PKB Stany Zjednoczone i tak wydają na obronność najmniej od II wojny światowej. swoją analizę podsumowuje następującymi słowami: "Nedofinansowanie obronności nie oznacza oszczędności, jedynie odracza koszty, które później trzeba ponieść w znacznie gorszych warunkach." Na łamach Barons czytamy, że faktyczne zatwierdzenie tak dużego wzrostu wydatków na obronność powinno być jak najbardziej korzystne dla spółek z sektora zbrojeniowego. Autorzy tekstu podkreślają, że w perspektywie roku fiskalnego już wzrost o 5 do 10% byłby korzystny dla sektora. A przecież aktualnie jest mowa o grubo ponad 50%. Dywagacje na temat tego budżetu oraz jego wielkości jeszcze potrwają. Zanim zostanie on oficjalnie uchwalony, sporo może się zmienić. Przeważnie jest on bowiem parafowany przez prezydenta USA w drugiej połowie grudnia. A może się zmienić, bo już teraz wychodzą kolejne wątki, które mogą na niego wpłynąć. Jak informował The Washington Post, Pentagon zamierza wygospodarować od Kongresu dodatkowe 200 miliardów dolarów w celu sfinansowania wojny z Iranem. Jak zauważa już wcześniej cytowany Byron Kalan, to znacznie więcej niż wcześniej szacowano. Pierwotne szacunki dotyczące kosztów wojny w Ianie mówiły o 50 miliardach dolarów. Tymczasem teraz doniesienia dotyczą kwoty cztery razy większej. Czy ma to związek z jakże rozrzutnym wykorzystywaniem zasobów, głównie rakiet? możemy jedynie przypuszczać. Zapytany o te kwestie Pitt Hexet, sekretarz wojny, stwierdził, że może się ona jeszcze zmienić. Sam nie chciał rzucać konkretnymi liczbami. Konieczność dodatkowego finansowania działań skomentował w taki sposób. Tu cytat: "Zabijanie złych gości kosztuje. Niezależnie od dodatkowego finansowania, w międzyczasie podpisywane są także kolejne kontrakty z czołówką sektora zbrojeniowego. Przed kilkoma dniami Wall Street Journal informował o umowach ramowych, które z Departamentem Wojny podpisały spółki Lockhit Martin oraz Honeywell. Pierwsza z nich będzie na mocy przedłużonej współpracy produkowała jeszcze więcej rakiet. W dniu ogłoszenia tej nowiny jej akcje podrożały o ponad 2%, co było największym skokiem wartości od pierwszego dnia wojny. Honewell z kolei zajmie się produkcją kluczowych technologii obronnych, w tym systemów nawigacyjnych poprawiających możliwości manewrowe rakiet. Tego samego dnia jej kurs również skoczył o około 2%. Jak zauważają analitycy Jeffris, segment rakietowy dla głównych wykonawców osiągnął w 2025 roku wartość około 30 miliardów dolarów. Ich zdaniem do 2028 roku będzie rósł w tempie dwucyfrowym. W tym momencie warto rzucić okiem na to, co o tych spółkach mówią rekomendacje giełdowe banków i domów maklerskich. Podepre się tutaj konsensusami analityków zebranymi przez Market Screener. Jak widać w przypadku Lockheit Martins znaczna większość rekomendacji to trzymaj. Średnia cena docelowa akcji to 664 $. Obecnie za jedną z nich trzeba zapłacić 610 $ar. Najwięcej rekomendacji trzymaj ma także Northtrop Graman, ale w jego przypadku jest też niemało rekomendacji kupuj. Średnia cena docelowa to 752 $ za akcję, a ich obecna cena to 680 $ar. Z wielkiej amerykańskiej zbrojeniowej trójki najwięcej rekomendacji kupuj dotyczy za to RTX. Choć tu znajdziemy też dwie, które mówią sprzedaj. Obecnie za jedną akcję RTX trzeba zapłacić około 190 $ar, a średnia cena docelowa to 217 $ar. Na dozbrajeniu amerykańskiej armii rakietami, pociskami i innymi do tej pory bardziej powszechnymi broniami mogą zarobić w szczególności te duże wcześniej wymienione spółki. Ale branżowe media zwracają uwagę, że trwający bum na obronność to także szansa dla mniejszych wschodzących firm, szczególnie tych, które specjalizują się w tworzeniu dronów i systemów obrony przed nimi. Już wojna na Ukrainie pokazała, że drony są szalenie istotne w kinetycznych konfliktach w XX wieku, a Iran ostatnio tylko to potwierdził, generując spore problemy i koszty dla rywali za pomocą swoich szahidów. W najbliższych latach Pentagon ma zainwestować w kontrakty dronowe przynajmniej miliard dolarów. Tę okazję oczywiście próbuje wykorzystać rodzina Trumpów. Na łamach Bloomberga czytamy, że dwaj najstarsi synowie prezydenta USA, Donald Junior oraz Eric, są partnerami funduszu American Ventures. Obaj mieli od początku 2024 roku zainwestować w przynajmniej trzy firmy zajmujące się dronami. Udziały wspomnianego funduszu w tych firmach dronowych szacowane są łącznie na 750 milionów dolarów. Nie jest jasne ile z tego to dokładnie część Trumpów. Nie mniej wyraźnie widać kierunek w którym podążają. Jedną z tych firm jest Powerus i jeden z jej współzałożycieli, Bred Welikowic zapowiada, że spółka chce zwiększyć sprzedaż do Pentagonu i planuje wyraźnie podkręcić produkcję. Obecnie wytwarza około 1000 dronów miesięcznie, ale docelowo chce ich produkować po 10 000 na miesiąc. Innym podobnym startupem, o którym piszą media branżowe, jest Mach Industries. Firma produkuje obecnie autonomiczne drony uderzeniowe oraz technologie przeciwdronowe. Jej założyciel, cytowany na łamach Barons, mówił: "Nie trzeba mówić, że systemy bezzałogowe będą niezwykle, niezwykle ważne w przyszłych konfliktach. Ludzie nie do końca zdają sobie sprawę, jak daleko i jak szybko ten rynek zmierza w kierunku sytuacji, w której praktycznie cała zdolność bojowa na polu walki będzie oparta na tego typu systemach. Redakcja Barons zwraca uwagę także na inną dronową spółkę, która już jest notowana na Nazdaq. Mowa o eroenvironment. Jak czytamy w artykule z 23 marca tego roku, według agregatora danych FTST 84% analityków analizujących tę spółkę utrzymuje rekomendacje KUP. Obecnie ten odsetek to jakieś 78%. Należy jednak podkreślić, że ostatnie miesiące to dla spółki trudny czas na giełdzie. Od początku wojny jej akcje potaniały o około 27%, a od połowy stycznia o ponad 50%. Podobny zjazd zaliczyła inna dronowa spółka notowana na Nazdak, czyli Ondas. Ta z kolei ma przyciągać inwestorów z uwagi na swoją współpracę z Palantirem, jednym z głównych kontrahentów Pentagonu, jeśli chodzi o analizę danych. Jej akcje od połowy stycznia potaniały o blisko 40%. A na nich nie koniec. W branżowych mediach przewijają się jeszcze dwie inne spółki zajmujące się budową dronów i nie tylko, które niedawno weszły na giełdę. Pierwsza z nich to Karman, która swoje IPO miała w lutym ubiegłego roku. Wówczas akcje zostały wycenione na 22 $. Teraz za jedną z nich trzeba już zapłacić 84 $. Według Fakt zet 9 na1 rekomendacji traktujących o tej spółce mówi kupuj. Już w trakcie trwania wojny, dokładnie 17 marca tego roku, na giełdzie zadebiutował za to Swarmer. Pierwotnie za jedną akcję spółki trzeba było zapłacić 5 dolarów. Obecnie cena ta jest już siedem razy większa. No ale przecież przemysł zbrojeniowy nie jest skoncentrowany tylko w Stanach Zjednoczonych. Potężne koncerny działają też w Europie i choć tamtejsze kraje nie biorą udziału w wojnie na Bliskim Wschodzie, to nie oznacza, że ci producenci nie cieszą się zainteresowaniem. Wręcz przeciwnie, niedawno na łamach Bloomberga cytowany był CEO czeskiego koncernu CSG. Ten mówił wprost, że to co dzieje się na Bliskim Wschodzie stwarza dla jego firmy nowe możliwości. Tu cytat. Niemal co drugi dzień dostajemy telefon z regionu, że potrzebują tego czy tamtego. Oczywiście nie jest to jeszcze w pełni odzwierciedlone w przychodach, ale istnieje tam ogromna liczba możliwości. Europejskim spółkom zbrojeniowym uważniej w swoich analizach przyjrzał się Bank of America. Tamtejsi fachowcy wyciągając wnioski na podstawie obecnie trwającego konfliktu lepszą przyszłość widzą dla spółek, które zajmują się tworzeniem systemów do wykrywania i neutralizowania ataków z powietrza. Jak wymieniają, ten trend może okazać się korzystny dla takich spółek jak BAE Systems, Tales, Leonardo, Hensold czy Kongsberg. W analizie pojawiło się także stwierdzenie, które pokrywa się z wcześniej przytoczonymi słowami CEO CSG. Fachowcy podkreślają, że firmy specjalizujące się w tworzeniu takich systemów już odnotowują rosnące zainteresowanie z krajów zatoki perskiej, a także rosnące oczekiwania ze strony krajów europejskich, które w wojnie na Bliskim Wschodzie uważnie się przyglądają. Bank of America wspomina natomiast, że nieco trudniej mogą mieć za to producenci bardziej klasycznego sprzętu, na przykład tradycyjnej artylerii czy czołgów. W tym gronie wymieniono chociażby niemiecki Rain Metal. Jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.

Przewijanie do góry