Wnioski z katastrof inwestycyjnych
Chcesz uniknąć kosztownych błędów inwestycyjnych? Obejrzyj analizę największych porażek inwestycyjnych w historii, takich jak nietrafione przejęcia Microsoftu (Nokia), Google (Nest) i eBaya (Skype).
- Microsoft & Nokia: nietrafiona strategia wejścia na rynek smartfonów, problemy z integracją i przeszacowana wartość przejęcia.
- Google & Nest: konflikt kultur korporacyjnych, brak synergii i odejście kluczowych osób.
- eBay & Skype: brak logicznego połączenia między firmami, brak synergii i ogromne straty.
Dowiedz się, jak uniknąć podobnych błędów i zainwestuj mądrze. Przeanalizuj przykładowe strategie inwestycyjne strategie inwestycyjne (partner odcinka). Odbierz do 20 darmowych akcji!
Ważne: Inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Zarządzanie ryzykiem i kapitałem
Zobacz pełną transkrypcję filmu
Prawie 8 miliardów dolarów wywalonych w błoto przez Microsoft, ponad 3 miliardy przepalone przez Google i prawie miliard do niczego wywalone z kolei przez eBaya. To nie są jakieś przypadkowe cyferki. To realne, kolosalne pieniądze, które te firmy utopiły na totalnie nieudanych inwestycjach. Więc nie tylko inwestorzy indywidualni, jak widać, popełniają błędy. Nawet największe firmy, które mają zastępy analityków, potrafią koncertowo wtopić kasę. Przejęcia, które miały być złotym interesem, okazały się ostatecznie finansową katastrofą. I pytanie brzmi, co takiego sprawiło, że te wymarzone wszystkie synergie zmieniły się w wielkie straty? Prześwietlam dla was absolutnie top najgorszych korporacyjnych wpadek w historii. No i co? Zobaczcie, jak łatwo jest wyrzucić miliardy dolarów do śmieci. Partnerem odcinka jest Freedom 24, broker będący częścią grupy Freedom Holding notowanej na amerykańskiej giełdzie Naszdak. Załóż konto i odbierz do 20 darmowych akcji o wartości do 800 $ar każda. Jak to zrobić pokażę ci na końcu tego materiału. Dołącz do prawie 2200 inwestorów w strefie premium DNA. To najlepsze miejsce do inwestycyjnej i finansowej edukacji również dla ciebie. Dziękuję wam za wszystkie niemal 70 000 waszych subskrypcji. Pomóżcie temu kanałowi dalej się rozwijać i zostawcie swoją już teraz. Zaczniemy sobie od klasyka. Microsoft przejmujący Noki. I żeby było jasne, mówimy tu o roku 2014, czyli czasach, kiedy już Nokia miała swoje lata świetności dawno za sobą. Już wtedy rynek kręcił nosem i miał spore wątpliwości, czy ta akwizycja, to aby na pewno jest dobry pomysł. Zresztą cena akcj Microsoftu poleciała ponad 6% w dół na jednej sesji, kiedy ta informacja obiegła świat dokładnie 3 września 2013 roku. Dlaczego Microsoft, gigant oprogramowania w ogóle kupił upadającą gwiazdę komórek? Każdy, kto ma dziś więcej niż 25 lat, świetnie pamięta na pewno czasy, kiedy ta fińska właśnie Nokia dominowała na rynku telefonów komórkowych. sprzedawała setki milionów urządzeń, przez ponad dekady była liderem całej branży, ale w drugiej dekadzie XX wieku na scenę z Impetem wkroczyły smartfony, a Nokia totalnie przespała rewolucję i nie nadążyła za zmianami. iPhone od Apple czy urządzenia z systemem Android od Googlea szybko zdominowały rynek, a sprzedaż telefonów Nokia zaczęła gwałtownie spadać i leciała na łeb na szyję. Sam Microsoft z kolei zbyt późno też zorientował się, że smartfony to jest przyszłość i szybko został w tyle za Applem i rosnącym w siłę wtedy ekosystem Androida. Choć w listopadzie 2010 roku Microsoft wypuścił na rynek swój nowy mobilny system operacyjny, który się nazywał Windows Phone, no to on nie zdobył żadnej większej popularności wśród użytkowników. W 2013 roku ówczesny prezes Microsoftu Steve Balmer dostrzegł, jak mu się wtedy wydawało, szansę w tym, żeby przejąć sobie Nokię. fińską firmę, która wciąż miała rozpoznawalną markę, ale dramatycznie traciła udziały w całym rynku. Balmer znany z energicznych wystąpień doprowadził do zakupu całego działu telefonów Noki za astronomiczną kwotę 7 miliardów dolarów. Tę umowę sfinalizowano ostatecznie w 2014 roku. Teoretycznie wyglądało to na pierwszy rzutoka, może nawet sensownie. Nokia miała markę, ale nie miała knoowu. Microsoft trochę miał więcej knoowu i bardzo, bardzo chciał. No ale to małżeństwo z rozsądku szybko okazało się totalną porażką. Ich wspólny projekt, nowa linia smartfonów Lumia oparta na systemie Windows Phone, nie zdobył prasadzie żadnego potrzebnego wsparcia. Ani od operatorów komórkowych, ani od twórców aplikacji, a bez popularnych apek. No przecież telefon w typu smartfon jest trochę jak samochód bez paliwa, bezużyteczny. W efekcie Lumie nie przyjemia się na rynku. A w tym samym roku, w którym sfinalizowano przejęcie, Steve Balmer odszedł z firmy, a nowy prezes i dalej dotychczasowy prezes Satia Nadela stanął przed naprawdę sporym wyzwaniem, bo musiał przeprowadzić bolesną restrukturyzację w Microsofcie, w tym zwolnić aż 15 000 pracowników przejętej Noki. Już w 2015 roku Microsoft był zmuszony spisać całą tą nieszczęsną inwestycję na straty, odnotowując wtedy księgową stratę w wysokości 7,6 miliarda dolarów po roku z hakiem. No to oczywiście mocno odbiło się na wynikach finansowych spółki w tamtym roku, a w 2016 Microsoft ostatecznie pozbył się tego balastu, sprzedając dział telefonów komórkowych, ten przejęty od Noki, firmom HMD Global i FH Mobile, za śmieszną kwotę 350 milionów dolarów. W pakiecie nabywcy otrzymali też prawa do używania legendarnej marki Nokia aż do 2024 roku. Dziś Nokia co prawda wróciła w fińskie ręce i skupia się na produkcji tańszych budżetowych telefonów oraz trochę angażowania się na rynku telefonii komórkowej pod kątem infrastruktury. No ale jeśli chodzi o smartfony i telefony, to rozpoznawalność wśród młodszych pokoleń jest obecnie prawie zerowa. Co tak naprawdę poszło nie tak w tej kolosalnej klapie? No po pierwsze system Windows Phone pojawił się na rynku zdecydowanie za późno. Nie był w stanie jakkolwiek realnie zagrozić już mocnej pozycji Androida iOSa. Do tego nowa linia smartfonów Lumia po prostu nie miała wystarczającej liczby aplikacji ani odpowiedniego wsparcia ze strony operatorów, deweloperów, a to skutecznie odstraszało potencjalnych klientów, którzy już byli przyzwyczajeni do bogatego i ciągle rozszerzającego się ekosystemu oferowanego przez konkurencję. Po drugie, sama integracja obu firm spotkała się ze sporymi problemami kulturowymi i organizacyjnymi. Microsoftowi niezwykle trudno było efektywnie wcielić doświadczonych inżynierów Noki w swój zupełnie inny model pracy, a to znacznie wydłużało procesy decyzyjne, krytycznie spowalniało wprowadzanie nowych oczekiwanych przez rynek funkcji. No i ogólnie wszystko to się wlekło. Takie różnice w stylach zarządzania i ewidentny konflikt pomiędzy tradycyjną bardziej inżynierską strukturą Noki, a mocno korporacyjną już wtedy kulturą Microsoftu doprowadziły i do spadku morale w zespołach projektowych, i do frustracji pracowników, no i do braku posuwania się projektów naprzód. A kolejny i niezwykle istotny czynnik to po prostu przeszacowana wartość samego przejęcia. Microsoft zapłacił 7 miliardów dolarów za same operacje telefoniczne NOKI i oddzielnie za licencje na jej bogaty wtedy bogaty portfel patentowy. Po zaledwie roku od transakcji okazało się, że wolumen sprzedaży smartfonów Lumia jest tak niski, że absolutnie nie jest w stanie uzasadniać ponoszonych kosztów. Wreszcie cała strategia sprzętowo-programowa Microsoftu okazała się zbyt skomplikowana i nieefektywna, a firma próbowała rywalizować z konkurencją na obu tych polach jednocześnie i zamiast skupić się na wzmocnieniu jednej, ale kluczowej przewagi. Efekt był taki, że Microsoft poległ na rynku smartfonowym. Ta strategia sprzętowo-programowa Microsoftu w przypadku przejęcia Noki polegała na tym, że firma chciała mieć pełną kontrolę i nad warstwą sprzętową i nad oprogramowaniem, trochę próbując iść w ślady Apple, które odniosło wtedy gigantyczny sukces dzięki temu, że zintegrowały te dwa kluczowe elementy. No ale jak się okazało, zabrakło tam takiego wizjonera, jakim w Apple był wtedy Steve Jobs. Ale żeby nie było, że tylko Microsoft zaliczał takie spektakularne wpadki na akwizycjach, to w tym samym okresie, czyli w 2014 roku, również Google postanowiło zawojować sobie nowy rynek i przejęło spółkę Nest. W 2014 roku Google widziało rosnący potencjał rynku inteligentnych domów i zdecydowało się na przejęcie Nest Labs, czteroletniego wówczas startupu założonego przez dwóch bardzo utalentowanych byłych inżynierów Appla, Toniego Fadela i Mata Rogersa. Tony Fadel często nazywany jest w ogóle ojcem iPoda. Google, co prawda świetnie radziło sobie z tworzeniem różnego rodzaju zaawansowanego oprogramowania i usług internetowych, no ale miało spore braki w dziedzinie projektowania jakiegoś sprzętu fizycznego, takiego, którego faktycznie konsument może nosić przy sobie albo trzymać w domu. Dzięki przejęciu Nestlabsa Google nie tylko wtedy zyskało dostęp do takich najnowszych technologii fizycznych, jeśli chodzi o segment inteligentnych domów, ale też co być może było równie ważne, ściągnęło do siebie samego Toniego Fadela, czyli właśnie współtwórcę iPoda. Człowieka o naprawdę niezwykłej, niezwykłej wizji produktowej. Swego czasu Nestlabs stworzyło rewolucyjny, wtedy inteligentny termostat, który pod względem designu, jakości wykonania bardzo mocno przypominał kultowe produkty Apple z czasów Steva Jobsa jeszcze i do tego niezwykle innowacyjny, inteligentny czujnik dymu i tlenka węgla. Termostat Nest uczył się codziennych zachowań domowników. uczył się kiedy są w domu, kiedy śpią, jaką temperaturę preferują w różnych porach dnia i na tej podstawie automatycznie bez udziału użytkownika dostosowywał systemy ogrzewania i systemy chłodzenia, a przy tym generował znaczne oszczędności na zużytej energii. Jeśli chodzi z kolei o czujnik dymu, to też zamiast typowego, irytującego i często mylącego głośnego alarmu dźwiękowego, czujnik Nesta najpierw spokojnie ostrzega użytkownika komunikatami głosowymi. Na przykład uwaga, wykryto dym w kuchni. Domownik wiedział co się dzieje, wiedział dokładnie co się dzieje, gdzie może być jakieś potencjalne zagrożenie i wiedział jak się zachować. A do tego dostawał wtedy notyfikację na telefon, jeśli nie było go akurat w domu. No może dzisiaj to robi małe wrażenie, ale jest 2025 rok. Przed 2014 rokiem to jednak robiło spore wrażenie. Tylko, że niestety po przejęciu przez Google ten dynamiczny rozwój nowych innowacyjnych produktów w Nesście mocno zahamował. W firmie zaczęły narastać wewnętrzne konflikty i napięcia na linii właśnie Nest i Google, które skutecznie blokowały jakiekolwiek dalsze innowacje i dalszy rozwój portfolio produktów. W rezultacie obaj założyciele Nestlabsa, zarówno Tony Fadel, jak i Mat Rogers, z czasem rozczarowani jakimkolwiek brakiem postępów i rosnącą biurokracją po prostu opuścili firmę. Google kupiło Nesta za 3,2 miliarda dolarów na początku 2014 roku. Wtedy to było 20% rocznych zysków całego Google. Wkrótce potem cały Google przeszedł dużą reorganizację struktur i utworzono nowy holding alphabet, w ramach którego Nest stał się formalnie niezależną jednostką biznesową, często przedstawiany jako wzorcowy przykład projektu z kategorii Other Bets, czyli tych bardziej ryzykownych, ale potencjalnie przełomowych inicjatyw, w jakie angażuje się cały Google albo też Alfabet. Z perspektywy czasu wielu byłych pracowników Nesta, kiedy posłuchać z nimi wywiadów, uważa, że to formalne oddzielenie Nesta od struktur Google ostatecznie zaszkodziło obu firmom. Sam Tony Fadel powiedział w jednym z maili do CNBC: "Zwnątrz wyglądało to na idealne dopasowanie, ale w rzeczywistości to rozdzielenie firm przekreśliło jakąkolwiek realną szansę na bliską współpracę, która była kluczowa dla sukcesu tego projektu. Fel ustąpił ze swojego stanowiska w 2016 roku po niezwykle trudnym okresie, w którym firma walczyła z problemami produktowymi, walczyła z niespełnionymi celami finansowymi i walczyła z narastającą krytyką jego osobistego stylu zarządzania. W 2016 roku pojawiły się nawet nieoficjalne informacje, że Google poważnie rozważało sprzedaż Nesta. Ostatecznie do tego nie doszło. Efekt tego kiepskiego, jak się okazało, przejęcia Nesta przez Google był między innymi taki, że kiedy w 2014 roku indeks S&P 500 zyskał ponad 11%, to cena akcji samego Google spadała w tym okresie o ponad 5%. No ale kopmy dalej. Nie tylko nieudane, ale kuriozalne wręcz przejęcie komunikatora Skype przez internetowego giganta eBay. W 2005 roku eBay będący wtedy kolosalnym potentatem w dziedzinie handlu internetowego ogłosił plany przejęcia Skypea za absolutnie zawrotną na tamte czasy kwotę 2,6 miliarda dolarów. To była ówczesna największa akwizycja w całej historii firmy, a stojąca wtedy na czele eBaya Meg Whitman, gorąco przekonywała analityków i inwestorów, że ta nowa rewolucyjna technologia komunikacyjna pomoże kupującym i sprzedającym na platformie eBay znacznie skuteczniej się ze sobą porozumiewać. To miało być według niej naturalne i logiczne uzupełnienie dla głównej działalności eBaya, który opierał się przecież na aukcjach internetowych, coś jak Allegro, gdzie komunikacja między stronami transakcji odgrywa kluczową rolę. Tylko problem w tym, że od samego początku ten pomysł nie miał sensu i bardzo szybko wszyscy poza, chyba tylko zarządem eBaya doskonale zdali sobie z tego sprawę. Użytkownicy eBaya po prostu nie potrzebowali gadać przez internetowy telefon na głos do przeprowadzenia swoich transakcji. Wystarczyły im w zupełności szybkie maile i wbudowany w serwis system wewnętrznych wiadomości tekstowych. Skype był narzędziem kompletnie nie pasującym do modelu biznesowego i do specyfiki działania tego modelu biznesowego, jaki miał eBay. I analitycy rynkowi już na samym starcie podchodzili bardzo sceptycznie do tego przejęcia, zarówno ze względu na absurdalnie wysoką cenę, jaką zapłaciłby, jak i co ważniejsze z powodu ewidentnego braku jakiejkolwiek synergii operacyjnej czy strategicznej między tymi firmami. No niech najlepszym i najbardziej obrazowym przykładem tej totalnej porażki będzie fakt, że komunikator Skype w momencie zakupu przez eBay generował 7 milionów dolarów rocznego przychodu. eBay zapłacił za niego 2,6 miliarda dolarów. No to była kwota oderwana od jakiejkolwiek biznesowej rzeczywistości. No i szybko okazało się, że coś bardzo morsło poszło nie tak, bo eBay aż cztery razy zmieniał cały zespół zarządzający Skypem w ciągu zaledwie czterech lat od przejęcia, co dość dobrze pokazało, że nie ma tam żadnego pomysłu na efektywne wykorzystanie i rozwój tej inwestycji. Już w 2007 roku eBay został zmuszony ogłosić potężny odpis aktualizujący wartość posiadanych udziałów w Skypie o niemal miliard dolarów, tym samym oficjalnie przyznając się, że cały ten zakup to po prostu totalnie poroniony pomysł był. I chociaż firma wciąż publicznie utrzymywała, że szuka jakiegoś sposobu na wykorzystanie rzekomo ogromnego potencjału Skypea, no to większość już wiedziała, że ta inwestycja nigdy nie przyniesie żadnych oczekiwanych efektów. Pokili się z tym jeszcze 2 lata. Przyszedł nowy prezes John Donaho, który postanowił w końcu pozbyć się tego zgniłego jajka i zapowiedział, że Skype zostanie formalnie wydzielony ze struktur eBaya jako zupełnie samodzielna spółka i wprowadzony na giełdę w ramach IPO w połowie 2010 roku. Mimo że oficjalnie mówiono o tym, to w praktyce eBay również intensywnie rozważał możliwość bezpośredniej sprzedaży Skypea innemu inwestorowi. No i los się do nich uśmiechnął, bo w 2009 sprzedali 65% udziału w konsorcjum, w skład którego wchodzili wtedy tacy gracze jak Silverlake Partners, Andersen Horowit i Canada Pension Plan za łączną kwotę 1,9 miliarda dolarów. A później w 2011 loss uśmiechnął się do eBaya jeszcze raz, bo tym razem Microsoft w ramach swojej własnej równie kontrowersyjnej strategii odkupił całego Skypea i to co zostało eBayowi i od pozostałych graczy, którzy wcześniej się w to zaangażowali. całego Skypea za 8,5 miliarda dolarów, co ostatecznie pozwoliło eBayowi zrealizować 1,4 miliarda dolarów czystego zysku. No ale umówmy się, mieli po prostu kolosalnego farta. Do dziś ta historia jest przytaczana jako idealny przykład katastrofalnej pomyłki strategicznej i bardzo kosztownej lekcji dla wszystkich transakcji, fuzji i przejęć. Nawet jeśli sama technologia może wydawać się atrakcyjna i perspektywiczna, to musi ona mieć jakikolwiek sens biznesowy w kontekście naszej firmy i tej firmy, która przejmuje tą technologię. A w tym wypadku przejęcie Skypea przez eBaya zdecydowanie takie nie było i zapisało się w historii jako taki klasyczny podręcznikowy przykład fatalnie przeprowadzonej integracji i całkowicie błędnie ocenionej synergii. Efekt dla akcjonariuszy eBaya był taki, że to właśnie w 2005 roku po ogłoszeniu przejęcia Skypea rozpoczęła się wielka pięcioletnia Bessa na akcjach tej spółki, która to zakończyła się dopiero po globalnym kryzysie finansowym w 2009 roku i po tym jak cena akcji została zdołowana o ponad 80%. Nowe historyczne szczyty eBay zaliczył dopiero w 2014 roku, czyli po prawie dekadzie rynkowej posłuchy. No ale lecimy dalej i trochę znowu w prehistorię internetu, gdzie News Corporation Roberta Mordocha przejął największą wówczas platformę społecznościową na świecie, czyli MySpace. Zanim cały świat oszalał na punkcie Facebooka, to liderem w świecie mediów społecznościowych był właśnie MySpace. W 2006 roku to był najczęściej odwiedzany serwis internetowy w całych Stanach Zjednoczonych, wyprzedzając nawet Google. No i ta prawdziwa eksplozja popularności przyciągnęła uwagę medialnego patentata Reperta Mardocha i jego gigantycznej korporacji News Corporation, który to postanowił za wszelką cenę wykorzystać tę rewolucję i kupił ją za 580 milionów dolarów. Na pierwszy rzut oka to było genialne i wizjonerskie w szczytowym momencie popularności w 2007 roku wartość rynkową Myspacea szacowano nawet na 12 miliardów dolarów. No ale wtedy u szczytu tej chwały zaczęły się dla MySpacea prawdziwe problemy i to naprawdę poważne problemy. News Corporation to była tradycyjna korporacja medialna. Kompletnie nie rozumiała idei, specyfiki działania Platformy Społecznościowej i to był jej fundamentalny strategiczny błąd. Zamiast konsekwentnie rozwijać MySpace jako innowacyjną społecznościową platformę technologiczną, która miała być skoncentrowana na interakcji między użytkownikami, to News Corporation próbowała na siłę przekształcić ten serwis w coś na kształt takiego tradycyjnego portalu w internecie muzyczno-rozrywkowego. W efekcie była tam masa zmian w układzie strony, która się nikomu nie podobała. Wszechobecne natrętne reklamy, niedopracowane, często irytujące funkcje. No i wszystko to zaczęło skutecznie odstraszać od serwisu dotychczas lojalnych użytkowników. Zamiast skupiać się na ulepszaniu doświadczenia społecznościowego, czyli tego z czego wyszedł MySpace, no to firma za wszelką cenę próbowała agresywnie monetyzować serwis, de facto kompletnie nie rozumiejąc, co tak naprawdę przyciągnęło do tego serwisu miliony wtedy ludzi z całego świata. A tymczasem w tym samym momencie w cieniu, po cichu, ale bardzo dynamicznie rósł główny konkurent MySpacea Facebook. W przeciwieństwie do nieco chaotycznego, przeładowanego reklamami MySpacea, Facebook od początku oferował swoim użytkownikom o wiele bardziej przejrzysty, intuicyjny interfejs, jednolity, estetyczny, a wszystko to okazało się absolutnie kluczowe do tego, jaki później odniósł sukces. A przede wszystkim coś, co okazało się absolutnie kluczowe dla jego późniejszego sukcesu. Otwarte API, które pozwoliło zewnętrznym deweloperom na tworzenie tysięcy aplikacji i gier integrujących się bezpośrednio z platformą. MySpace tymczasem trzymał wszystko zamknięte i próbował rozwijać wszystkie funkcje wewnętrznie, co było oczywiście znacznie wolniejsze i mniej efektywne. W efekcie Facebook bardzo szybko zaczął przejmować tych bardziej zaangażowanych i technologicznie świadomych użytkowników od swojego konkurenta. No i od tamtego czasu leciał już MySpace tylko po równi pochyłej. Do tego wszystkiego MySpace dorzucił problemy wewnętrzne, bo w okresie gdy było zarządzane przez News Corporation firma czterokrotnie zmieniła cały swój zarząd. No co też pokazuje, że nikt tam nie miał spójnej wizji rozwoju. W kwietniu 2009 roku już Facebook dogonił MySpace pod względem liczby unikalnych użytkowników, a zaledwie 2 lata później miał ich już cztery razy więcej. i Facebook miał wtedy 150 milionów użytkowników w porównaniu do niespełna 40 milionów użytkowników MySpacea. W 2011 roku Myspace został ostatecznie sprzedany firmie Specific Media oraz znanemu piosenkarzowi Justinowi Timberlakeowi za symboliczną kwotę zaledwie 35 milionów dolarów. To była dramatyczna różnica w porównaniu do pierwotnej ceny zakupu. A jeszcze większa, wręcz niewyobrażalna w stosunku do dawnej szczytowej wyceny rynkowej, którą miał MySpace. I chociaż News Corporation jeszcze przez jakiś czas próbował reanimować serwis, między innymi zmieniając całkowicie profil na platformę typowo muzyczną, no to już wtedy było o wiele, wiele za późno. Strona lawinowo traciła użytkowników, firma generowała coraz większe straty. No a kto wie, być może gdy MySpace od początku był kierowany przez ludzi, którzy lepiej rozumieli samą ideę i specyfikę działania platform społecznościowych, to dzisiaj nikt nawet nie pamiętałby o tym, że kiedykolwiek było coś takiego jak Facebook. No dobra, zaczęliśmy ten materiał od spektakularnej wpadki Microsoftu, to i skończmy go wpadką Microsoftu. W ogóle Microsoft ma niezłą historię wpadek, jeśli chodzi o przejęcia. Podobnie jak w przypadku Noki. Także tutaj firma bardzo, bardzo chciała znaleźć swoje miejsce na dynamicznie rosnącym rynku mobilnym i była gotowa za to dużo zapłacić. W 2008 roku przejęli firmę Danger Incorporated za kwotę około 500 milionów dolarów. Na początku lat 2000 Danger wyglądał trochę jak prawdziwe spełnienie marzeń każdego inwestora branży technologicznej. Jego założyciele mieli za sobą naprawdę imponujące doświadczenia zawodowe. Pracowali w Appleu, w Philipsie czy w Web TV. A ich pierwszym flagowym produktem był niezwykle innowacyjny na tamte czasy telefon Danger Hipop znany znacznie szerzej pod komercyjną nazwą T-Mobile Sidekick. To było rewolucyjne narzędzie, rewolucyjne urządzenie, które w jednym sprzęcie łączyło funkcję telefonu komórkowego, zaawansowanego komunikatora internetowego i całkiem sprawnej przeglądarki internetowej. stało się mega popularne, szczególnie wśród młodych użytkowników i wśród wielu celebrytów, a niektóre z jego wtedy unikalnych funkcji, jak na przykład automatyczna synchronizacja danych użytkownika z chmurą, naprawdę no to kolosalnie wyprzedzało wtedy swoje czasy. Nic dziwnego, że w 2008 roku firma Danger przyciągnęła uwagę Microsoftu, który to znowu walczył o zaistnienie na rynku mobilnym i wykupił ją za około 500 milionów dolarów. Głównym celem tej akwizycji było oczywiście wykorzystanie ogromnego talentu i doświadczenia głównie zespołu inżynierów Danger do opracowania zupełnie nowej konkurencyjnej platformy mobilnej, która miała wtedy rywalizować z rosnącym sił iPhonem od Apple oraz z coraz większą popularnością systemu Android. No ale rzeczywistość okazała się brutalna. Microsoft początkowo planował oprzeć swój nowy flagowy produkt mobilny, nazwany później kin właśnie na istniejącej już platformie firmy Danger, która była oparta na języku Java i doskonale znana użytkownikom z popularnego modelu Site. Tylko, że wewnętrzne decyzje strategiczne w Microsofcie doprowadziły do nagłej zmiany koncepcji i przejścia na własną platformę Windows CE. To z kolei spowodowało, że wiele unikalnych cech i zalet oryginalnej technologii Dangera, takich jak gigantyczna intuicyjność i niezwykła łatwość obsługi, zostało bezpowrotnie spuszczonych do kibla, co oczywiście negatywnie wpłynęło na finalny produkt, niegatywnie wpłynęło na odbiór tego produktu przez rynek i w efekcie nikt nie był tym zainteresowany. Cały projekt telefonu KIN miał być głównym strategicznym powodem przejęcia Dangera i w efekcie został opóźniony o ponad rok. w efekcie tych wszystkich zmian, które nie były potrzebne i nikt ich nie chciał. No ale to oczywiście było bezpośrednio spowodowane wewnętrznymi tarciami decyzyjnymi, problemami związanymi z koniecznością pełnej integracji Dangera z ekosystemem Windows Phone, który nikomu się nie podobał. Wszystkie te opóźnienia sprawiły, że kin trafił na rynek dopiero w 2010 roku, czyli w momencie gdy główna konkurencja w postaci systemu iOS od Apple i Androida od Google była już na rynku na tyle silna i z na tyle ugruntowaną pozycją, że nikt nie był zainteresowany czymś nowym od Microsoftu. Kin po tym jak zadebiutował w kwietniu 2010 to zniknął ze sklepowych półek po zaledwie sześciu krótkich tygodniach, sześciu kompromitujących krótkich tygodniach. Produkcja urządzenia pochłonęła około miliarda dolarów, ale sam telefon był tragicznie wręcz pozbawiony wielu podstawowych i oczekiwanych funkcji. Był pozbawiony obsługi popularnych komunikatorów, był pozbawiony kalendarza funkcjonalnego, był pozbawiony nawet modułu GPS i nie było nawet sklepu z aplikacjami. No w dobie dynamicznie rozwijającego się wtedy iPhonea i Androida kin wyglądał trochę jak technologiczny relikt przeszłości. urządzenie z kompletnie innej epoki. Paradoksalnie firma Danger miała naprawdę wszystko, żeby stać się pionierem i liderem nadchodzącej ery smartfonów. już we wczesnych latach 2000 odważnie testowali różne innowacyjne koncepcje. No ale cóż, przyszedł większy gracz, wprowadził swoje zasady i okazało się, jak to zwykle bywa w świecie startupów, że te zasady kompletnie się nie przydały. Po przejęciu przez Microsoft firma całkowicie straciła niezależność, elastyczność operacyjną i co najważniejsze swoje unikalne podejście startupowe. W miejsce tej typowej dla startupów z winności, szybkości działania pojawiła się ciężka korporacyjna biurokracja, która to jak z reguły to bywa skutecznie stłumiła jakąkolwiek kreatywność bardzo bardzo utalentowanego zespołu Danger. Każda akwizycja, moi drodzy, każde przejęcie jednej firmy przez drugą to zagrożenie, czasem wynikające z niedostatecznej analizy, czyli kupowania kota w worku, bo przejmujecie firmę, a potem się okazuje, że są jakieś ukryte długi, jakieś trupy w szafie. czasem przez niezgodność kulturową. No bo wyobraźcie sobie połączenie dynamicznego startupu z tą ociężałą korporacją. To generuje konflikty, spadek morale, odejście kluczowych ludzi. Wszystko to generuje problemy. Czasem dochodzą do tego zbyt optymistyczne założenia co do synergii. Na papierze wszystko może wyglądać pięknie. Oszczędności, wzrost przychodów, a w rzeczywistości okazuje się, że często jest fig z MAIM. Przejęcie też potrafi całkowicie rozproszyć uwagę zarządu, uwagę zasobów firmy i odbić się czkawką na bieżącej tej funkcjonującej już dobrze działalności. A jeśli do tego dołożymy problemy z integracją systemów IT, problemy z logistyką, problemy z integracją sprzedaży, no to możemy mieć gotowy przepis na katastrofę. W większości tych dzisiejszych historii powtarza się w takiej albo innej formie pewien bardzo charakterystyczny schemat. Niezwykle trudno jest skutecznie zintegrować mały, zwinny innowacyjny podmiot z wielką ociężałą biurokratyczną maszyną. To jednak absolutnie nie oznacza, że każde firmowe przejęcie musi kończyć się spektakularną porażką i stratą milionów dolarów. nie musi, ale może. Istnieje jednak oczywiście bardzo wiele udokumentowanych przykładów, niezwykle udanych akwizycji, które to całkowicie odmieniły losy firm przejmujących i przejmowanych i tchnęły w nie nowe życie, przynosząc akcjonariuszom kolosalne wręcz zyski. Jeśli na przykład chcielibyście też taki materiał, który pokazuje trochę przeciwagę i tego, jak można na syneriach osiągnąć sukces, koniecznie dajcie znać w komentarzach. Ale mimo wszystko według Harvard Business Review aż od 70 do nawet 90% wszystkich fuzji i przejęć na świecie można najczęściej uznać za nieudane. A najczęstszym powodem tych porażek według analiz McKinzeya jest po prostu przepłacenie za przejmowany podmiot. Więc nawet największe i najmądrzejsze korporacje ze zgraju analityków potrafią skutecznie przepłacić za swoje inwestycje i robić kosztowne błędy. Inwestor indywidualny ma tutaj przewagę, bo przynajmniej może szybko swoje pomysły zmienić, jeśli coś idzie nie po jego myśli. No łatwo wyjść z inwestycji za 1000 zł czy za 10 000 niż za 5 miliardów dolarów. Może się też inwestor indywidualny inspirować specjalnie prowadzonym przeze mnie dla was publicznym portfelem, żeby takich błędów robić trochę z przepłacaniem mniej. Jeden z takich portfeli prowadzę na platformie Freedom 24, która jest partnerem tego odcinka. Możecie zawsze podejrzeć skład tego portfela w linku z opisu tego materiału i w przypiętym komentarzu. A niektóre z akcji, które są tam akurat kupione do portfela, możecie otrzymać też na rachunek całkowicie bezpłatnie. Freedom 24 to część notowanej na amerykańskiej giełdzie NZDAK grupy Freedom Holding. I żeby odebrać darmowe akcje, trzeba założyć konto z linka, który jest w opisie tego materiału. Wpłaćcie odpowiedni depozyt, podać kod promocyjny i już. Można odbierać jedną, 4, 10 albo nawet 20 darmowych akcji. Wszystko zależy od tego ile wpłacicie. A każda z tych akcji może być warta nawet 800 $ar. Żeby dostać jedną wystarczy już wpłacić zaledwie 1000 € depozytu. Listę wszystkich dostępnych akcji w losowaniu widzicie teraz na ekranie. A jeśli chcecie być też bardziej na bieżąco z tym, gdzie faktycznie szukać rynkowych okazji, to koniecznie sprawdźcie też wersję premium portalu DNA, gdzie można dołączyć do prawie 2200 obecnie inwestorów, którzy dostają codziennie różne analizy przemyślenia o rynkach gospodarce i ode mnie i całego naszego zespołu, a także mają możliwość obserwowania jak ja sam inwestuję własne oszczędności w portfelach łącznej wartości obecnie ponad 4 miliony złot duże pieniądze, dają duże emocje, ale gwarantuję, że dają wam jeszcze więcej nauki. Więcej na temat zajęcia na stronie premium naarynków.pl. Link jest oczywiście w opisie tego nagrania. A w tym materiale to już wszystko. Do zarobienia. Cześć. [Muzyka] [Muzyka]







