Rynki predykcyjne – co to jest i dlaczego budzą kontrowersje?
W materiale Michał Fitz wyjaśnia, czym są rynki predykcyjne – platformy, na których handluje się kontraktami odnoszącymi się do przyszłych wydarzeń, od wyników meczów po decyzje polityczne czy nawet hipotetyczne użycie broni atomowej. Cena kontraktu odzwierciedla prawdopodobieństwo zdarzenia, co przypomina mechanizm znany z rynków terminowych.
Kluczowe zagadnienia:
- Porównanie rynków predykcyjnych z tradycyjnymi bukmacherami i przewaga wynikająca z różnego traktowania prawnego.
- Przypadki insider tradingu – od wykorzystania poufnych informacji wojskowych po działania pracowników korporacji takich jak Google.
- Analiza regulacji w USA (CFTC, propozycje ustawy End Prediction Market Corruption Act) oraz stanowisko Europy, gdzie większość krajów uznaje takie platformy za nielegalne bez licencji hazardowej.
- Wpływ Donalda Trumpa i jego rodziny na rozwój rynków predykcyjnych oraz kontrariańska pozycja Michaela Berry’ego, który otwarcie zajął pozycję przeciwko tym platformom.
- Prognozy wzrostu wolumenu obrotu – według Bernstein do 240 mld USD w 2025 roku i potencjalnie 1 bilion USD do 2030 roku.
Film prezentuje dane, przykłady oraz opinie ekspertów, pozwalając widzowi zrozumieć zarówno możliwości, jak i ryzyka związane z tym nowym segmentem rynku finansowego.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
pięciokrotny wzrost wartości w zaledwie parę lat. Tak zdaniem niektórych fachowców ma wyglądać przyszłość rynków predykcyjnych. Mowa o tych platformach, na których można postawić swoje ciężko zarobione pieniądze na dowolne wydarzenie z przyszłości, począwszy od wyniku meczu finałowego mistrzostw świata, a skończywszy na potencjalnej dacie użycia bomby atomowej. Serio, takie zakłady też są. A prawdopodobieństwo wybuchu takiej bomby przed końcem 2026 roku rynek wycenił na aż 22%. Pula zakładu wyniosła około 850 000 $arów. Niepokojące bardzo, dlatego już rozumiecie czemu na temat tych platform trwa ta grzewna dyskusja, szczególnie za oceanem. Te nie dość, że proponują kontrowersyjne zakłady, to jeszcze stały się wylęgarnią obrzydliwych wręcz przypadków Insider Tradingu. Na dodatek operują w świetle innego prawa niż klasyczni bukmacherzy, co sprawia, że funkcjonuje im się dużo łatwiej. W klasie politycznej nie ma jednomyślności co do tego, jak je potraktować. Dlaczego skoro wzbudzają takie kontrowersje? A no dlatego, że pewne osoby mogą na tym nieźle zarobić. Kto dokładnie? Dziś sobie o tym powiemy. Inni z kolei mogą zarobić na ich problemach. Tu mam na myśli jednego z najsłynniejszych inwestorów, który całkiem niedawno założył pozycję de facto przeciwko rynkom predyk. O niej też sobie więcej porozmawiamy. Wyjaśnię również jak na sprawę patrzy Europa, bo to w końcu jej regulacje bezpośrednio nas dotyczą. Zapraszam na materiał. Inwestowanie to nie tylko giełda. Szwajcarska platforma MCLIAR pozwala zarabiać na pożyczkach dla europejskich firm zabezpieczonych realnymi aktywami. Co ważne, aż 90% wniosków jest odrzucanych po rygorystycznej analizie 60 parametrów. To szwajcarska precyzja w służbie twojego kapitału. Kliknij link w opisie, aby odebrać 3% cashback przez pierwsze 90 dni i zacznij inwestować już od 50 €. Ja nazywam się Michał Fit. Stałych widzów proszę o łapkę w górę. Jeżeli nie chcesz, żeby ominęły cię rzeczy ważne dla twoich finansów, to koniecznie dołącz do grona ponad 100 000 subskrybentów naszego kanału. Jeżeli szukasz wartościowych analiz, to zapraszam do zapisywania się na nasz FX Magowy inwestycyjny newsletter. Link znajdziesz w opisie. Zacznijmy sobie od omówienia, czym tak naprawdę są rynki predykcyjne. Według definicji to platformy, na których handluje się kontraktami dotyczącymi przyszłych realnych wydarzeń. Cena kontraktu odzwierciedla prawdopodobieństwo zdarzenia. Im mniejsze, tym więcej można wygrać, jeśli się ziści i odwrotnie. Z jednej strony mamy więc mechanizm zapożyczony z rynków finansowych. Z drugiej jednak nie spekulujemy nad przyszłą ceną aktywa, a nad tym co się wydarzy. Zupełnie jak w Bukmacherce. Sęk jednak w tym, że rynki predykcyjne stworzyły sobie istotną przewagę nad zwykłymi platformami bukmacherskimi. Ileż bowiem można obstawiać, czy obie drużyny strzelą gola w meczu, albo czy przynajmniej trzech zawodników dostanie żółtą kartkę. Rynki predykcyjne wyszły daleko poza sport. Można na nich obstawiać to, kto wygra najbliższe wybory, z kim następny utwór nagra twój ulubiony raper, a nawet to, czy prezydent w najbliższej wypowiedzi użyje słowa orzeszki. Serio, nie żartuję. Sami zobaczcie i zwróćcie uwagę jakie emocje potrafi to generować. Nie mniejsze niż obstawianie półfinału mistrzostw świata. Filmików takich jak powyższy, na których ludzie obstawiają najróżniejsze, absurdalne cytaty Donalda Trumpa, znajdziemy w sieci mnóstwo. Ba, trend ten doszedł nawet do gali legendarnych nagród grami. W jej trakcie prowadzący Trevor Noa znikąd do swojej wypowiedzi wplutł słowo kartofel, po czym powiedział, że ci, którzy postawili takie wydarzenie na jednej z platform, czyli Poly Market, właśnie wygrali kupę pieniędzy. Pogratulował też osobie o pseudonimie takim samym jak jego imię. To oczywiście miał być niewinny żart wyśmiewający nowe zyskujące na popularności w szalonym tempie zjawisko. Niemniej sketch doprowadził do kontrowersji. Pojawiły się poważne oskarżenia o potencjalnym złamaniu prawa poprzez wpływ na wydarzenie, którego dotyczy zakład. Czym taka sytuacja różni się bowiem od piłkarza, który celowo otrzymuje żółtą kartkę, bo wie, że postawiła na to cała jego rodzina i przyjaciele? No właśnie. W świetle logiki niczym, ale w świetle prawa tu pojawiają się niemałe komplikacje, o których powiem później. Regulatorzy nie bardzo bowiem nadążają nad tym szalejącym trendem, niczym przed kilkoma laty nad namnażającymi się na chodnikach hulajnogami, przez co nie wiadomo dokładnie jak takie przypadki rozpatrywać. Zanim jednak przejdziemy do regulacji przytoczymy sobie kilka liczb, które pokazują jak bardzo wzrósł szał na rynki predykcyjne. Po to też pokazałem te powyższe przykłady, by uświadomić ci, drogi widzu, jak popularne stało się to zjawisko i to w jak krótkim czasie. Według prognozy Bernstein, wolumen obrotu rynków predykcyjnych w 2025 roku wyniósł 51 miliardów dolarów. W tym roku ma wzrosnąć blisko pięciokrotnie do 240 miliardów dolarów. Prognoza zakłada dalszy wzrost, w efekcie którego w 2030 roku wolumen obrotu takich platform ma sięgać 1 biliona dolarów. Swoją drogą wolumenu podobnej wielkości spodziewa się Bank of America, ale ten jednak nie podaje konkretnego przedziału czasowego, a jedynie zaznacza, że to wartość docelowa, tak zwana sufitowa. Ni mniej to ewidentnie bycze prognozy dla rynków predykcyjnych. Mają jednak kilka istotnych założeń. Ta od Bernstein zakłada chociażby, że udział zakładów sportowych jeszcze się zmniejszy. Obecnie wynoszą one około 60% obstawianych zdarzeń, ale do 2030 odsetek ten miałby spaść do około 30%. To o czym mówiłem wcześniej. Ludziom zwyczajnie znudziło się obstawianie meczy. Po co się nimi męczyć, skoro można położyć swoje pieniądze na tym, co głupiego tym razem powie prezydent, prawda? Niewykluczone, że ten trend faktycznie będzie szedł w tym kierunku. Prognoza Bernstein ma jednak jeszcze drugie bardzo ważne i bardziej problematyczne założenie. Jak podkreślają analitycy, by takie ambitne liczby mogły się zrealizować, wprowadzone wobec rynków predykcyjnych regulacje musiałyby być dla nich korzystne i jednoznaczne na poziomie federalnym, a do tego łączyć je z rynkiem krypto. Jest ono problematyczne o tyle, że nie wiemy na ten moment jak dokładnie będą wyglądały te regulacje za kilka lat. Wcale nie muszą być ujednolicone i wcale nie muszą być korzystne dla samych rynków. Są tacy, którzy są wręcz przekonani, że nie będą, ale o tym za momencik. To nie jest jedyna prognoza wieszcząca dynamiczny rozwój platform predykcyjnych. Na przykład ta sporządzona przez Citizens Financial Group mówi o wzroście przychodów z niecałych 2 miliardów dolarów obecnie do 10 miliardów dolarów w 2030 roku. Przy czym ta pierwsza z omawianych prognoz sugeruje, że rynki predykcyjne zyskają na sile, gdy zaczną bardziej odchodzić od sportu. To póki co nie ma wątpliwości, że obok polityki to właśnie sport jest głównym motorem napędowym wzrostu tych platform. Świetnym dowodem na to jest powoli kończący się mundial, który okazał się dla nich istnymi żniwami. Szczególnie dla drugiego z gigantów, czyli Kalshi, który wciąż bardziej stawia na sport. Ten obrót od połowy ubiegłego roku konsekwentnie rósł, ale jednak proporcjonalnie aż do momentu rozpoczęcia mistrzostw świata w piłce nożnej. Uczestnicy tego rynku wprost oszaleli na punkcie mundialu i wywindowali tygodniowy obrót do grubo ponad 8 miliardów dolarów. Jeszcze dwa tygodnie wcześniej był on dwukrotnie mniejszy. Skoro ten kapitał przypływa do rynków predykcyjnych w takim tempie, no to skąś musi odpływać. W tym wypadku stratne są właśnie klasyczne platformy bukmacherskie. Te okazały się po prostu zbyt nudne w porównaniu z tym, co proponują rynki predykcyjne. Dobrym dowodem otrzymanego przez bukmacherów ciosu niech będą ich giełdowe notowania. Tak prezentują się notowania dwóch głównych spółek bukmacherskich z amerykańskiego rynku, flatter i Draft Kings w porównaniu z indeksem S&P 500. Od stycznia tego roku są mocno w tyle za czołówką giełdy, którą obrazuje błękitna linia. Można przypuszczać, że w niedalekiej przyszłości ta konkurencyjność ze strony platform predykcyjnych zacznie też wychodzić w wynikach finansowych bukmacherów. W związku z tym ci robią co mogą, by jakoś zachęcić użytkowników do pozostania przy nich. Flatter, który jest właścicielem takich bukmacherów jak PD Power czy Fanduel, idzie w stronę tak zwanej gamifikacji interfejsów, by obstawianie wyglądało bardziej jak gra, przez co będzie bardziej zachęcające. Proponowane są też nowe, bardziej bieżące i ekscytujące zakłady, jak na przykład te, w których wskazuje się w który fragment bramki strzelec uderzy przy rzucie karnym. Póki co więc rynki predykcyjne mają przewagę w tej walce i patrząc na przedstawione przeze mnie dane pewnie nie jedna osoba postawiłaby właśnie na ich zwycięstwo, ale nie wszyscy. Wśród tej drugiej grupy znajduje się Michael Berry, stały bywalec naszego kanału. Z kronikarskiego obowiązku przypomnę tylko, że to ten pan, który przewidział kryzys finansowy w 2008 roku. Później już z różnym skutkiem bawił się w finansową wyrocznię. Ni mniej jego inwestycje, często będące swoistymi zakładami przeciwko pewnym sektorom czy spółkom, wciąż są szeroko omawiane w branży. No i nie inaczej jest z tą ostatnią. 8 lipca Michael Berry upublicznił swoją inwestycję. W ramach założenia pozycji długiej zakupił akcje flatter i Draft Kings w stosunku 60% do 40%. Stwierdził, że obydwie pozycje może jeszcze zwiększyć. Berry generalnie jest, uwaga, tu trudne dla mnie słówko, kontrarianinem, ale w tym wypadku nie dokonuje inwestycji tylko po to, żeby zrobić inaczej niż wszyscy. Stoją za nią konkretne argumenty, którym nie sposób odmówić logiki. Berry zauważa, że obecne rynki predykcyjne operują w luce regulacyjnej, która jest im bardzo na rękę. Choć ewidentnie mają sznyt hazardowy, to jednak w świetle amerykańskiego prawa są postrzegane nie jako hazard, a jako derywatywy, czyli instrumenty pochodne, jak na przykład kontrakty terminowe. To sprawia, że często problematyczne przepisy stanowe dotyczące hazardu ich nie dotyczą. Nie muszą przejmować się licencjami. Nie odprowadzają też takich podatków jak bukmacherzy. Berry twierdzi, że to długo już nie potrwa, a z czasem rynki predykcyjne zostaną objęte tymi samymi lub podobnymi ograniczeniami. Wtedy ich przewaga wyparuje, a kapitał, który uciekł od bukmacherów, znów do nich wróci. Zresztą kwestia podatków i licencji innych od tych, które obowiązują bukmacherów nie jest jedyną, która może sprawić, że działalność rynków predykcyjnych zostanie ograniczona lub przynajmniej bardziej uregulowana. Poważnym problemem takich platform stał się Insider Trading. Okazało się bowiem, że poufne informacje nie muszą już tylko dotyczyć rynków finansowych, by można było na nich zarobić. Mogą na przykład dotyczyć kwestii bezpieczeństwa narodowego. A gdy takimi informacjami się handluje, to żarty się kończą. Już możemy podać kilka konkretnych przykładów takich niecnych, perfidnych działań. W kwietniu tego roku aresztowano sierżanta amerykańskich sił specjalnych Ganona Kena Van Dijka za to, że wykorzystał poufne wojskowe informacje o misji pochwycenia Nicolasa Maduro właśnie na rynkach predykcyjnych. Van Dijk miał postawić 34 000 $arów na to, że Nicolas Maduro przestanie rządzić Wenezuelą do końca stycznia tego roku. Przypomnijmy, że 3 stycznia amerykańska armia przeprowadziła sprawną, trwającą raptem kilka godzin misję aresztowania prezydenta Wenezueli. Wówczas dla świata był to ogromny szok. Pomimo trudnych relacji na linii USA Wenezuela, mało kto spodziewał się tak drastycznych działań, tym bardziej zaraz po nowym roku. Tymczasem Van Dije postawił większość z tych 34 000 $arów na mniej niż dobę przed rozpoczęciem operacji. W momencie, gdy jej prawdopodobieństwo było wyceniane przez Platformę na zaledwie 8%. Dzięki temu zarobił 400 000 doarów, które natychmiast wypłacił. Pomimo obciążających dowodów nie przyznał się do winy i jego sprawa obecnie się toczy. W ubiegłym roku z kolei użytkownik o niku Rico Slave 666 z zaskakującą skutecznością przewidywał terminy nalotów bombowych Izraela na Iran. Zupełnie tak jakby nie zgadywał, a po prostu dokładnie wiedział kiedy do nich dojdzie. No i okazało się, że faktycznie wiedział. W lutym tego roku aresztowano izraelskiego rezerwistę oraz współpracującego z nim cywila pod zarzutem wykorzystania informacji dotyczących bezpieczeństwa narodowego w celu dokonania zakładów hazardowych. Ale poufne informacje nie zwiodły na pokuszenie tylko wojskowych. Pokusie uległ też inżynier Google Mikel Spagniolo, Włoch pracujący w szwajcarskim oddziale korporacji. Ten miał dostęp do tajnego narzędzia Google, dzięki czemu mógł sprawdzić najczęściej wyszukiwane hasła w Google, zanim spółka oficjalnie udostępniła swój coroczny ranking. Dzięki temu obstawił, że najczęściej wyszukiwaną osobą w 2025 roku będzie piosenkarz David, który w ubiegłym roku zasłynął nie swoimi piosenkami, a tym, że został oskarżony o zamordowanie 14letniej dziewczynki. Jego sprawa jest w toku. Mimo takich nagłówków użytkownicy na polimarkecie typowali inne gwiazdy do zostania tą najczęściej wyszukiwaną, a szanse Davida były wyceniane na niemal zero. Spagniolo dzięki tak niskiemu prawdopodobieństwu zyskał na swoim zakładzie 1,2 miliona dolarów. Wkrótce jednak społeczność internetowa zaskoczona takim rezultatem przeprowadziła własne śledztwo, które dokończyło już FBI i mężczyznę aresztowano. Postawiono mu kilka zarzutów, w tym zazustwo towarowe i pranie pieniędzy. Google zgodnie współpracowało ze służbami, by sprawę rozwiązać. Musiało poniekąd w ten sposób ratować swój wizerunek. To bowiem pierwsza głośna sprawa Insider Tradingu z udziałem prywatnej spółki, a nie urzędników czy wojskowych. Niestety mało prawdopodobne, że ostatnia. Póki konkretniejszych regulacji rządowych nie ma, spółki same biorą się za ich ustalanie. Niedawno Bloomberg informował o tym, że Bank Goldman Zachs uściślił wewnętrzne zasady korzystania z rynków predyków. Tym co prawda nie zabroniono całkowicie korzystania z nich, ale możliwość tę ograniczono tylko do zakładów sportowych i rozrywkowych, te dotyczące polityki czy przede wszystkim ekonomii, na przykład decyzji Fed w sprawie stóp procentowych zostały surowo zabronione. Podobne wytyczne miał wprowadzić także Morgan Stanley, Bank of America oraz JP Morgan Chase. Co ciekawe, podobne wewnętrzne zasady wprowadził także amerykański senat, ale te obowiązują tylko senatorów, nie są ustawą. Proceder ten pod lupę wziął nawet Harvard. Zbadano przypadki innych podejrzanych zakładów, na przykład przy okazji zaręczyn Taylor Swift z Travisem Kelsea czy wręczeniu pokojowej nagrody Nobla. Przypomnijmy, że ostatnia zwyciężczyni, Maria Corina Machado długo nie znajdowała się wśród faworytów, a jednak ktoś stawiał na nią duże pieniądze. Zespół z Harvarda oszacował, że przypadki Insider Tradingu mogły wygenerować nawet 143 miliony zysków na samym tylko polimarkecie, czyli raptem jednej z omawianych platform. Nic więc dziwnego, że pojawia się coraz więcej głosów na temat tego, że trzeba ograniczyć działanie takich platform albo chociaż potężnie je opodatkować. Te póki co w świetle prawa uchodzą za platformy do handlu kontraktami terminowymi, więc podchodzą pod jurysdykcję federalnej agencji CFTC, czyli Komisji do spraw handlu kontraktami terminowymi. Oznacza to, że są regulowane w spektrum całego państwa. No i właśnie szkopuł polega na tym, że przecież mają ewidentny szn hazardowy, a regulacje dotyczące hazardu są w USA ustalane na poziomie stanowym. W zależności od stanu przepisy są mniej lub bardziej wymagające i finansowo obciążające dla bukmacherów. Dochodzi więc do sytuacji, w których Polimarket i Kalshi mogą mieć masę klientów na terenie stanu, który generuje duże przychody z podatków od bukmacherów, podbierać tymże bukmacherom klientów, jednocześnie nie dokładając się do tych przychodów ani trochę. Te rozbieżności już w niektórych przypadkach skończyły się poważnymi pozwami. Arizona w marcu postawiła zarzuty karne oskarżając Kalsihi o prowadzenie działalności hazardowej bez licencji i oferowanie nielegalnych zakładów na wybory. Z kolei miesiąc wcześniej, w lutym sędzia w Massachusetts zakazał kalshi oferowania rynków sportowych w tym stanie ze względów zdrowia i bezpieczeństwa publicznego. Samo Kalshi oczywiście odwołuje się twierdząc, że podlega regulacjom federalnym ustalanym przez CFTC. W takiej sytuacji rośnie presja, by powstała ustawa, która jednoznacznie zdefiniuje, czym tak naprawdę są rynki predykcyjne i kto powinien je regulować. W kolejce Kongresu czeka projekt ustawy o wymownej nazwie End Prediction Market Corruption Act. Głównym założeniem dokumentu jest zdefiniowanie kontraktów eventowych i zakazanie handlu nimi członkom Kongresu, a także prezydentowi i wiceprezydentowi. Dodatkowo ustawa miałaby też ogólnie ograniczyć możliwość używania informacji poufnych. Co w teorii chroniłoby przed powtórkami takich sytuacji jak ta z pracownikiem Google w roli głównej? Pojawiały się też pomysły, by dodatkowymi zapisami dotyczącymi takich platform nowelizować już istniejącą Stok akt, która reguluje jak powinien wyglądać handel aktywami u urzędujących polityków. Inne propozycje dotyczą chociażby zakazania handlu kontraktami, które dotyczą terroryzmu czy wojen. W końcu to tego typu zakłady były w centrum najgłośniejszych przypadków Insider Tradingu. Niestety wśród rządzących nie ma jednomyślności co do tego jakie regulacje wprowadzić. Opozycja, czyli demokraci opowiadają się za mocniejszymi obostrzeniami czy nawet uznaniem rynków za bukmacherkę, co przeniesie odpowiedzialność na regulatorów stanowych i tym samym utrudni działalność takim platformom. Nie ma na to zgody. Donalda Trumpa, który najchętniej stworzyłby dla nich najlepsze możliwe warunki do rozkwitu. Sam to zresztą przyznał w niedawnym wpisie w mediach społecznościowych. Już w pierwszym zdaniu napisał, tu cytat, to krytycznie ważne, by komisja utrzymała ekskluzywny nadzór nad rynkami predyk oraz by te prosperowały. W dalszej części wpisu idzie bardziej po bandzie, wymieniając regulatorów stanowych i dodając, że takie szumowiny nie mogą zajmować się regulacją tak perspektywicznych rynków. Pisze też, że to nowy, szalenie ważny sektor i trzeba go chronić. Skąd ta stanowcza postawa prezydenta? Tu niespodzianki nie ma. Jego rodzina może po prostu na tym nieźle zarobić. Fundusz Venture Capital należący do jego pierworodnego syna Donalda Juniora zainwestował spory kapitał w Polarket. Żeby tego było mało, młody Donald zasiada w radach doradczych obydwu liderów rynku. Nie tylko Polimarketu, ale również Kalshi. Wiele więc wskazuje na to, że przynajmniej w najbliższym czasie rynki pozostaną pod korzystniejszą dla nich jurysdykcją CFTC. Komisja chce jednak pewne sprawy naprostować. Niedawno zaproponowała regulacje, dzięki którym uzyska możliwość blokowania zakładów uznanych za nie służące interesowi publicznemu lub szczególnie podatne na manipulacje. W pierwszej grupie znajdują się wcześniej wspomniane zakłady dotyczące wojen, ataków terrorystycznych i innych tego typu wydarzeń. Druga grupa z kolei traktuje o takich zakładach, na które wpływ może mieć tylko jedna osoba. Na przykład takich, które zakładają, że jakiś zawodnik dozna kontuzji. W końcu sam może do niej doprowadzić i to celowo. Jak twierdzi redakcja Wall Street Journal, lista tego, co dozwolone będzie jednak wyraźnie dłuższa od tej, co zabronione. Intencją jest bowiem umożliwienie rozwoju rynków z jednoczesnym ograniczeniem kontrowersji i insider tradingu. W końcu Donald Junior musi na tym zarobić, prawda? Dużo bardziej stanowcza wobec tych rynków jest Europa. Polacy się na nich nie pobawią, bo w świetle obecnego prawa Polimarket i Kalsihi są nielegalne. Ministerstwo Finansów jednoznacznie klasyfikuje je jako podmioty hazardowe, które wymagają licencji do funkcjonowania, a platformy te takiej licencji nie posiadają. Podobne ograniczenia uniemożliwiające korzystanie z platform obowiązują też w innych państwach Unii, na przykład Francji, Portugalii, Hiszpanii, Holandii czy Węgrzech. Tak naprawdę w całej wspólnocie nie ma kraju, który dopuszczałby rynki predyk w pełni legalne dla użytkowników detalicznych. Ale regulacje te nie są ujednolicone, bo przepisy hazardowe są w Unii ustalane na poziomie państwowym, a nie wspólnotowym. Niemniej widać wspólny front Europy w tej sprawie. Daj znać w komentarzu, drogi widzu, czy twoim zdaniem jest to słuszne podejście. A jeśli ten odcinek przypadł ci do gustu, to zostaw łapkę w górę. Do usłyszenia.








