Analiza ryzyka inflacji w styczniu 2027
W materiale omówione zostają kluczowe czynniki, które mogą wpłynąć na poziom inflacji w Polsce na początku 2027 roku. Autor wskazuje na pięć głównych obszarów ryzyka:
- Szok naftowy związany z konfliktem na Bliskim Wschodzie – rosnące ceny ropy Brent i WTI oraz uszkodzenie saudyjskiego rurociągu ograniczają podaż.
- Wzrost cen gazu ziemnego TTF – obecnie około 2,5-krotnie wyższe niż rok wcześniej, co przekłada się na wyższe rachunki za ogrzewanie.
- Podwyżki taryf elektrycznych – kontrakty terminowe wskazują na wzrost ceny energii do około 590zł/MWh, co może skutkować podwyżkami rachunków dla gospodarstw domowych.
- Wzrost płacy minimalnej przy słabszym tempie inflacji – planowana podwyżka do 4950zł brutto może nie nadążyć za rzeczywistym wzrostem cen.
- Możliwe podwyżki stóp procentowych NBP – rynek wycenia stopy w okolicach 4,5%, co zwiększy raty kredytów zmiennoprocentowych.
Analiza uwzględnia także wpływ zakończonego rządowego programu tańszego paliwa (CPN) oraz historię inflacji w Polsce, która według badań MFW kształtuje reakcję na szoki zewnętrzne. Materiał nie stanowi rekomendacji inwestycyjnej, lecz prezentuje obiektywne zestawienie czynników, które warto monitorować w nadchodzących miesiącach.
Zobacz pełną transkrypcję filmu
1 września skończył się rządowy program tańszego paliwa, a benzyna sięga blisko 8 zł. 9 września ropa przebiła 100 $ar za baryłkę. Mamy już nawet 107 $ar. A 10 września drony uderzyły w saudyjski rurociąg, którym płynęła większość ropy omijającej cieśninę Ormus. To wszystko wydarzyło się w ciągu zaledwie 10 dni i nic z tego nie jest jeszcze w żadnych danych o inflacji. Kluczową datą do zapamiętania z tego materiału będzie styczeń 2027. to już za 3,5 miesiąca. Wtedy w jeden miesiąc zbiegnie się nam kilka niekorzystnych rzeczy na raz i dziś pokażę jakie. Zacznijmy jednak od tego, że inflacja nie była nam lekką w ciągu ostatnich kilku lat. Od początku tej dekady, czyli od 1 stycznia 2021 roku, ceny w Polsce wzrosły o niemal połowę, bo około 48%. Mówię tutaj o koszyku GUS. Tyle wyniosła skumulowana inflacja w tym czasie. Ten wykres pokaże to chyba nawet lepiej. Cel inflacyjny NBP to 2,5% to ta linia czerwona z dopuszczalnym odchyleniem o jeden punkt w górę i w dół. Od 1 stycznia 2021 w celu NBP lub poniżej, czyli na poziomie 2,5% albo niżej, byliśmy tylko przez 9 miesięcy. Natomiast w szerszym paśmie dopuszczanym przez NBP byliśmy tylko przez 1/3 tego okresu. 1/3 na przestrzeni blisko 6 lat to jest naprawdę mało. Oczywiście łatwo obwinić o to rząd czy NBP. Jednak wiele szoków mieliśmy po drodze. Mieliśmy przecież pandemię. Mieliśmy wystrzał cen ropy po wybuchu wojny na Ukrainie. Mieliśmy potem kryzys gazowy w Europie. No i ostatnio kolejny szok cen paliw. Kryzysu gazowego nie mamy, no bo latem takich kryzysów po prostu nie ma w Polsce. Jednak zimne miesiące powoli nadchodzą, a ceny hurtowe europejskiego gazu TTF są 2 i pó razy wyższe niż równo rok temu. Zima styczeń 2027. Możliwe, że szok inflacyjny wojny z Iranem na dobre zagości dopiero wtedy. Wtedy w jednym miesiącu zbiegnie się kilka rzeczy na raz. Rzeczy ważnych dla naszych portfeli. O tym dziś opowiem. Partnerem odcinka jest Dom Maklerski XTB, który przygotował specjalny raport na temat sytuacji na rynku ropy naftowej. Kliknij w link w opisie i odbierz darmowy materiał. A jeżeli nie masz jeszcze konta w XTB, to załóż je z kodem rabatowym FX Mac. Otrzymasz dodatkowe szkolenie. Linki w opisie. wracamy. Zaczynamy od najważniejszej liczby dla portfeli Polaków, czyli od inflacji. Gdy spojrzymy na to, ile wyniosła w ostatnich miesiącach, to zaczyna kształtować się pewna tendencja. Może jeszcze nie trend, tendencja. Na początku tego roku inflacja w Polsce wynosiła 2,1%. Poniżej celu NBP i w nim byliśmy do czerwca. W lipcu mieliśmy już równe 3%, w sierpniu 3,4%. To ostatnie dostępne dane. No i mamy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy skok o blisko punkt procentowy. Owszem, paliwa podrożały najmocniej. Kategoria transport, tu widzimy 11% w górę, czyli przełożenie paliw na wskaźnik jest, ale jeszcze nie wybuchowe. No ale podrożały nie tylko paliwa. Możesz kliknąć pauzę, żeby przyjrzeć się temu, co jest na ekranie. Jednak to są dane jeszcze za sierpień. To nie uwzględnia jeszcze tego najważniejszego skoku cen paliw, który miał miejsce od początku. września. Tego jeszcze w tych liczbach nie ma, ale w danych za wrzesień już będzie. Oprócz tego w sierpniu żywność była tańsza niż rok temu, to ona trzymała ten odczyt w ryzach. Jednak bez cen paliw i żywności to taki główny trend, czyli stopa inflacji bazowej wyniosła w lipcu 3,1%. W tym nagraniu skupię się na trzech głównych kwestiach. Kwestia pierwsza. Szok naftowy z wojny w Iranie w polskich cenach na razie nie zagościł, ale może jeszcze nie zagościł. Zapewne dlatego, że rząd ograniczył ceny paliw. Finalnie efekt na stacji to była niecała złotówka na litrze. Cały program od marca kosztował według Ministerstwa Finansów 5 miliardów złotych, ponad 5 miliardów złotych, a to jest około 300 zł na każdego pracującego Polaka. Trafiłem jednak na jedną ciekawą rzecz, która mnie samego w sumie mocno zaskoczyła. Cztery miesiące temu ukazało się badanie, które sugeruje, że to co zrobił polski rząd może mieć pewien inny pozytywny skutek. I mówię to jako krytyk poczynań tego rządu. W maju tego roku dwóch ekonomistów Międzynarodowego Funduszu Walutowego opublikowało pracę, która porównuje 130 gospodarek i odpowiada na jedno ważne pytanie. Dlaczego ten sam szok, czy to pandemia, czy kryzys energetyczny, czy kryzys paliwowy uderza z różną siłą w różne państwa? Wniosek? Przede wszystkim wynika to z tego, jak ludzie pamiętają historię inflacji w danym kraju. Jak to wyglądało u nas w Polsce? Mamy chyba świeże i raczej bolesne wspomnienia, bo inflację rzędu 18% mieliśmy zaledwie 3 lata temu. Pamiętamy to i to dobrze. Jeszcze drugi wniosek i to może nawet ciekawszy. Kraje, które czasowo dopłacały do paliw albo obniżały ceny paliw, miały wyraźnie słabsze przełożenie cenergii na ogólną inflację. I nie chodzi o to, że benzyna w koszyku inflacyjnym wyliczanym przez Gó była tańsza. Chodzi o to, że paliwo nie jest tylko produktem. Paliwo jest składnikiem kosztu każdego innego produktu. Droższe paliwo to droższy transport, droższy transport to wyższy koszt producenta, więc wyższy koszt przekłada się na wyższą cenę na półce. I no i im dłużej paliwo jest drogie, tym mocniej się w to w cenach utrwala. A przez te trzy miesiące, kiedy ceny paliw były w Polsce pod kontrolą, przewoźnik nie musiał tak mocno renegocjować stawek, producent nie musiał zmieniać cennika, pracownik nie szedł do szefa po podwyżkę, bo tankowanie go tak nie bolało. Czyli to, co zrobił polski rząd, mogło realnie osłabić przełożenie szoku na ceny. Jednak takie coś rząd też kosztuje, czyli kosztuje obywatela. kosztowało 5 miliardów złotych, 300 zł na pracującego Polaka. Więc to nie jest cudowny lek. Objawów powiedzmy, choroby. Objawów choroby nie widać, no ale pacjent nie wyzdrowiał przecież. Kwestia trzecia. Dlaczego ten spokój z inflacją może potencjalnie się skończyć? Bo cena ropy znów wystrzeliła. Teraz ropa jest o ponad 30% droższa niż na początku sierpnia i o 50% droższa niż na początku lipca, a rządowej tarczy już nie ma. Do tego jeszcze jedno słowo, które powtarzali analitycy czy ekonomiści, to możemy to słowo w sumie sobie już wykreślić. Tymczasowy szok energetyczny no nie jest już tymczasowy, tylko po prostu to jest szok energetyczny, nie tymczasowy. Wojna na Bliskim Wschodzie trwa już ponad pół roku i chaos w cieśnienie Ormus też. Ropa już tamtędy płynie, ale to tylko część tego co przed wojną. Niektóre źródła mówią, że 20%, inne, że 50%. Do tego ropa płynie przez Ormus nocą, konwojami, pod eskortą amerykańskiej marynarki. No i co jakiś czas ktoś odstrzeli jakiś tankowiec. Zatem jeśli coś trwa już sze miesięcy, końca tego nie widać, no to to nie jest już tymczasowe. Jest to już problem, powiedzmy sobie szczerze, stały. A do tego doszedł jeszcze problem z saudyjskim rurociągiem przekierowującym kilka milionów baryłek z Ormu, bezpieczniejszą drogą. To nie jest tylko problem Arabii Saudyjskiej. To jest problem dla nas Polaków. I pokażę zaraz, dlaczego rurociąg ten powstał w latach 80 właśnie po to, żeby omijać cieśniny Ormus. Jeszcze kilka dni temu płynęło nim 5 milionów baryłek ropy dziennie. No właśnie płynęło, bo już nie płynie. 10 września uderzyły w niego drony. Został uszkodzony na tyle, że 11 września został wyłączony. A to cios dla rynku ropy, bo sam Amin Naser, prezes Saudi Aramko, mówił miesiąc wcześniej, że ten rurociąg zrobił dla stabilizacji rynku więcej niż uwalnianie rezerw strategicznych. Czas naprawy tego rurociągu. Mówi się o kilku tygodniach, ale ile realnie to potrwa, trudno powiedzieć. A w tym samym czasie huti zajmują kolejne wysepki w cieśninie Babandap. Zajęli całe jemeńskie wybrzeże upołudniowego wylotu Morza Czerwonego, czyli tam, gdzie miała płynąć ta saudyjska ropa, która nie płynie już rurociągiem. Co prawda ropa do Europy płynie na północ przez Sues, ale do Azji płynie przez właśnie Bab Almandab i w tym problem. Czyli mamy tak: Ormus ograniczony do połowy lub mniej, rurociąg wyłączony, cieśnina babandam zagrożona. Dlaczego mówię tyle o Saudyjczykach? Bo to jest też polska sprawa. Kontrakt Orlenu z Saudi Aramko opiewa na dostawy, które mogą pokrywać około 45% zapotrzebowania całej grupy Orlen w Polsce, w Czechach i na Litwie. Ramko ma też 30% udziału w rafinerii gdańskiej. Polska wyszła z rosyjskiej ropy i weszła w saudyjską i to była dobra decyzja. No ale skutek uboczny jest taki, że polskie rafinerie są dziś wrażliwe na to, co dzieje się między z Ataką Perską a Morzem Czerwonym, a akurat tam od pół roku jest wojna. Orlen zapewnia, że dostawy idą bez zakłóceń. Prawdopodobnie tak jest i możliwe, że paliwa nie zabraknie. Jednak zapewne cena kupowanej ropy w miejscu nie pozostanie. Kwestia trzecia. Styczeń 2027. Wtedy zbiegną się cztery rzeczy na raz. Pierwsza z nich to jeszcze jeden problem rodem z Bliskiego Wschodu, ale nie chodzi o ropę, chodzi o gaz ziemny. Z zatoki perskiej pochodzi spora część globalnej produkcji skroplonego gazu ziemnego, około 20% i przez to europejski gaz TTF jest 2,5 razy droższy niż rok temu. To już około 82 € za megawhz, najwięcej od grudnia 2022, czyli szczytu kryzysu gazowego sprzed 4 lat. A przecież właśnie zaczyna się na zewnątrz robić trochę zimniej. Nadchodzi jesień, a potem zima. I owszem, polskie magazyny gazu są dziś zapełnione w 96%. To jest najwyżej w całej Unii Europejskiej, ale magazyny pokrywają tylko ułamek naszego rocznego zużycia. Resztę i tak kupujemy po cenach z europejskiego rynku. Nasz minister energii obiecał, że rząd zrobi wszystko, żeby rachunki za gaz ziemny w przyszłym roku nie wzrosły. Jednak przecież rząd nie ustala cen hurtowych. Jedyne co może zrobić to zamrozić ceny gazu, ceny energii. Mrozić w nieskończoność takich cen się też nie da. A kiedy w Polsce zużycie gazu na dobre wzrośnie? Pewnie w styczniu 2027, bo to styczeń jest w naszym kraju przeważnie najzimniejszym miesiącem. Jednak jeśli zima okazałaby się wyjątkowo ciepła, to taka ciepła pogoda zapobiegłaby kłopotowi w postaci drogiego gazu i ogrzewania. W styczniu 2027 wejdą też nowe taryfy na prąd. Kontrakty terminowe na dostawę prądu z dostawą na cały przyszły rok pokazują coraz wyższe wartości. Urząd Regulacji Energetyki bierze te kontrakty pod uwagę ustalając taryfy dla gospodarstw domowych. Na początku sierpnia cena tego kontraktu wyniosła około 480 zł za megawhzę. To było o 30 zł więcej niż w lipcu. Na początku września to już 520 zł. Teraz na dzień nagrywania tego materiału to już 590. Jednak pamiętajmy, że rząd może oczywiście zamrozić taryfy na prąd i też w sumie wyższe taryfy, które prognozuje biuro maklerskie PKO to jest podwyżka o około 20% czyli o 20 parę złotych miesięcznie dla gospodarstwa domowego, takiego modelowego. To jest odczuwalne, ale to nie jest katastrofa. Idźmy dalej. Weźmy płacę minimalną, która wzrośnie od 1 stycznia 2027 do 4950 zł brutto. Okej. podwyżka, czyli trochę działa proinflacyjnie, ale to w sumie nie o to chodzi. Chodzi o to, że zarabiający minimalną mogą w styczniu dostać podwyżkę mniejszą niż wzrost cen. To byłby drugi rok z rzędu, w którym najniższa krajowa właściwie nie rośnie w ujęciu uwzględniającym inflację. W tym roku wzrosła o 3%, przy inflacji około 3%. W przyszłym ma wzrosnąć znowu o 3% tylko, że inflacja idzie na koniec tego roku w stronę 4%, jak szacuje PKOBP. Co prawda potem w drugiej połowie 2027 roku inflacja ma wrócić w okolice celu NBP, ale zanim tam dojdziemy, no to jest styczeń i to o styczniu. Dzisiaj przede wszystkim opieram ten materiał. Jest jeszcze czwarta rzecz, która wydarzy się prawdopodobnie jeszcze przed styczniem 2027, a może i mniej więcej wtedy. Kto wie? Stopy procentowe NBP. Rada Polityki Pieniężnej nie ruszyła stóp od pół roku. W zeszłą środę też nie ruszyła, ale rynek spodziewa się, że jeszcze ruszy. Możliwe, że nie raz. Widać to po kontraktach terminowych FRA, które wyceniają w perspektywie kilku kwartałów stopy w okolicach 4,5%, czyli dwie, trzy podwyżki ze strony RPP. Nie jest to pewnik. Niektórzy ekonomiści spodziewają się mniej podwyżek, a może i wcale. Jednak jeśli Rada podniesie stopy, to rata kredytu o zmiennej stopie wzrasta kredytobiorcy w ciągu jednego kwartału. Natomiast inflacja zareaguje na tę podwyżkę dopiero po czterech, sześciu kwartałach. Także najpierw koszty dla kredytobiorcy, a potem efekt inflacyjny. Zbierzmy to razem. Na początku 2027 roku prawdopodobnie zbiegną się cztery rzeczy. Po pierwsze wyższe taryfy na prąd. Po drugie drogi gaz ziemny, który w hurcie w Europie jest 2,5 razy droższy niż rok temu. To nie jest prognoza. Po prostu pokazuje jak to wygląda na podstawie obecnej ceny gazu. Po trzecie płaca minimalna w górę, ale mniej niż spodziewana inflacja. Po czwarte istnieje pewne ryzyko podwyżek 100%, które zwiększą ratę kredytów, ale inflację opanują kilka kwartałów później. Po piąte, nadal możliwe, że trwał będzie szok naftowy i kryzys paliwowy. To jest całkiem prawdopodobne. Nic nie wskazuje bowiem na ten moment, żeby to się skończyło. Zresztą w zeszłym tygodniu on się jeszcze na dodatek pogłębił. Żaden z tych punktów nie jest sam w sobie żadną katastrofą. No nie, nie mówię o powrocie dwucyfrowej inflacji. No nie, to nie tak. Mówię o tym, że warto śledzić co stanie się w styczniu, czy wyjdziemy poza pasmo NBP i na jak długo. Nie twierdzę, że takie scenariusze zrealizują się na 100%. To nie jest prognoza. Ja raczej podaję listę rzeczy, które warto obserwować. Trzeba przyznać, że są dwie rzeczy, które mogą sprawić, że nic lub niewiele z tego się wydarzy. Po pierwsze, jest to rozejm na Bliskim Wschodzie. Wiadomo, gdy baryłki ropy i gaz popłyną szerokim strumieniem z zatoki perskiej, to wszystko by się wtedy uspokoiło. Rozmowy Iranu z państwami zatoki perskiej o otwarciu ormuzu podobno jeszcze istnieją. W zeszłym tygodniu zostały przełożone, no ale istnieją. Druga rzecz to pogoda. Ciepła zima oznacza mniejszy kłopot z gazem i ogrzewaniem. Tak było zresztą w sezonie 2022-2023. Europa wtedy szykowała się na najgorsze, a uratowała ją właśnie temperatura. I przyznam, że y w obu tych przypadkach ten materiał no nie zestarzeje się dobrze. Jednak no wolę o tym powiedzieć teraz otwarcie niż udawać w styczniu, że tego nie brałem pod uwagę. Natomiast żaden z tych wariantów nie zniweluje tego spodziewanego skoku inflacji we wrześniu, bo ceny paliwa podskoczyły przez koniec CPN i przez droższą ropę. Podsumujmy dzisiejszy materiał. Przez 2/3 trwania tej dekady, czyli trzeciej dekady XX wieku, inflacja w Polsce była poza pasmem NBP, czyli zakresem i tak jak na banki centralne całkiem szerokim. Ostatnie pół roku na wykresie wyglądało tak, jakbyśmy problem inflacji mogli mieć już za sobą, ale możliwe, że nie mamy. Rząd poświęcił 5 miliardów złotych z budżetu na to, żeby nieco ten problem złagodzić i kupić czas. Jeśli wierzyć badaniu Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie były to pieniądze wyrzucone w błoto. Rząd kupił nam tym kilka miesięcy czasu. Problem w tym, że wojna, w trakcie której ten czas kupował, wcale się nie skończyła. Pieniędzy na kolejne miesiące takiego programu już nie ma. Więc może podam na koniec jeszcze trzy daty, które warto śledzić. Pierwsza, wstępny odczyt inflacji za wrzesień. Gus przedstawi te szacunkowe dane 30 września. Możliwe, możliwe, że wyskoczymy już z dopuszczalnego przez NBP pasma odchyleń. Druga data, listopad. Wtedy NBP pokaże nową projekcję inflacyjną. Wtedy pewnie zobaczymy, czy Bank Centralny Polski traktuje ten szok jako epizod, czy coś stałego. Trzecia data, styczeń 2027. Wiele po prostu skumuluje się wtedy jednocześnie. Najprawdopodobniej to nie jest miesiąc, w którym coś się zawali. No nie. Styczeń jest miesiącem, po którym zobaczymy pewien inflacyjny odczyt. Po raz pierwszy w jednym miesiącu spotkają się nowe taryfy, nowe rachunki za gaz, nowa płaca minimalna i możliwe, że będą też pełne ceny paliw bez żadnej rządowej tarczy. Czyli po raz pierwszy zobaczymy ile z tego szoku naprawdę weszło do cen w Polsce. Jeśli w styczniu inflacja nie będzie podwyższona lub powiedzmy tylko będzie nieco powyżej pasma NBP, czyli jakieś 4%, a potem będzie schodzić, to znaczy, że szok pewnie już za nami. Jeśli po styczniu inflacja pozostanie z nami na dłużej, a przede wszystkim razem z nią inflacja bazowa, no to będzie znaczyć, że szok inflacyjny się w Polsce zadomowił. Ja tego dziś nie wiem. Nikt tego dziś nie wie. Zobaczymy dopiero w styczniu 2027. Myślę, że nudy do tego czasu nie będzie. na świecie dziać się będzie dużo. Tyle na dziś. Do zobaczenia w następnym materiale. Tak. >> [muzyka]










